Koci talizman 🐱
seen from Canada
seen from United States
seen from United States
seen from South Korea
seen from China

seen from United States
seen from Venezuela
seen from Russia
seen from Australia

seen from Netherlands
seen from Spain

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from Türkiye
seen from United States
seen from China
seen from Russia
seen from China
seen from Poland
Koci talizman 🐱
Typical Saturday #saturday #doggo #kamyczek (w: Kraków, Poland) https://www.instagram.com/p/B5OTS3rAkzi/?igshid=mkgrzihu7xnd
kamień / instalacja dźwiękowa
the stone / sound installation
Local Temperature, Obrońców Stalingradu 17, 2015
https://vimeo.com/150943472
W marnej służbie Jej Królewskiej Mości. Akt II, część 8 – Kamyczek
Na koniec pozwoliłem sobie zostawić przypadek, który doczekał się skrajnie różnych ocen ze strony moich współpracowników. Jedni uznają go za najtrudniejszego ze wszystkich resident evili, inni twierdzą, że jest łagodny jak baranek i praca z nim to pestka w porównaniu z Divą czy Sikorem na przykład. Ja nie wiem jeszcze, co mogę na jego temat powiedzieć. Widziałem obie strony jego osobowości i rzeczywiście, są różne jak Jekyll i Hyde. Z czego to wynika? Odpowiedź na to pytanie jest ukryta gdzieś w jego mózgu. Głęboko, głebiej niż u kogokolwiek innego.
Zasadniczo rzecz biorąc, Kamyczek potrafi być całkowicie bezobsługowy. Budzi się rano, schodzi na dół i włazi do wanny. Tam spędza kilka minut, kucając na golasa nad strumieniem wody i bawiąc się z nim. Należy mu przypomnieć, że ma na to dziesięć minut (najczęściej nie jest to realne dziesięć minut, tylko odliczenie co jedną „minutę” do tyłu przez rozsądny czas), po czym ma przystąpić do napuszczenia wody i umycia się. Na to ma kolejne 10 minut, odliczane w ten sam sposób, podczas których wypluska się i napije dużych ilości wody z szamponem. Lubi smak szamponu. Wycieranie, ubranie – i Kamyczek jest gotów przystąpić do tego, co stanowi większą część jego aktywności, czyli wyjścia do ogrodu i grzebania w ziemi w poszukiwaniu kamieni (oraz okazyjnie, rozmaitych żyjątek). Słońce, deszcz, wiatr, mrozy lutego czy pierwsze skoki temperatury w kwietniu, będzie klęczał w rozrytej własnoręcznie ziemi, wybierał kamyczki i układał je jeden obok drugiego. Czasem uklęknie na obmurowaniu piaskownicy, pochyli się do przodu tak bardzo, że stanie niemalże na głowie – i będzie czekał przez godzinę na skorki, wije i krocionogi, żeby się z nimi pobawić. To ostatnie z reguły sprowadza się do spożycia.
I tak mijają godziny. Kamyczek wraca tylko na posiłki i do toalety. Kiedy w końcu ma dość, wyciąga swojego tableta i przez kolejne godziny ogląda w jadalni video z YouTube, koncentrujące się dookoła dwóch tematów: sów i samolotów odrzutowych. Obejrzy pół minuty, czasem minutę z jednego i przełączy do kolejnego. I tak cały czas. Po kolacji przychodzi czas na kolejną kąpiel, powtarzając w najdrobniejszych szczegółach rytuał z poranka. I spać. To jest łatwy dzień.
Dzień trudny pojawia się, kiedy Kamyczkowi coś w mózgu przeskakuje i staje się niespokojny. Na przykład – wydaje mu się, że coś zrobił źle podczas zabawy w ogrodzie i jego opiekun to zauważy (podczas kiedy nie – bo ciężko mieć go na oku przez czały czas). Wtedy zaczyna się nakręcanie. Zachowuje się niepewnie, czai się po kątach – i w ciągu sekund następuje erupcja. Nie da się jej przewidzieć, bo Kamyczek nie mówi, nie używa języka migowego i mimikę ma bardzo ubogą.
Parę dni temu brałem udział w jego pacyfikacji. Właśnie po skończeniu zabawy w ogrodzie coś mu się umyśliło i zaczął uciekać od Johna, pomrukując jak gotujący się do ataku byk. To jedyny sygnał, że zaraz zacznie się dziać – właśnie na taką okoliczność każdy ma krótkofalówkę. W ciągu sekund była nas przy nim czwórka – i w samą porę, bo zaatakował, starając się walnąć najbliższego z nas z dyńki. Dla postronnego obserwatora nie istniał żaden powód takiego zachowania. Ot, facet stał, nagle zaczął się bać i w ułamku sekundy strach przerodził się w agresję, tak po prostu. Nawoływania do uspokojenia nie odniosły skutku, trzeba więc było zastosować obezwładnianie – czyli dwóch na ręce, dwóch na nogi i na glebę pana, dopóki się nie uspokoi. Oczywiście, Kamyczek ani zamierzał, i gęsto oblewał nas wybitnie obrzydliwą flegmą z paszczęki. Klęczeliśmy tak z dwadzieścia minut, zanim nie dotarło do niego, że można by było przyjąć odrobinę bardziej socjalną postawę.
Druga problematyczna sytuacja miała miejsce parę dni później, kiedy Kamyczkowi przestało coś pasować – i nikt nie wiedział, co – na 15 minut przed końcem zmiany. Bez żadnego powodu zaczął pluć do grzejników.To jedna z jego manii, którą staramy się temperować. Oczywiście, perswazje werbalne skutku nie odniosły i Kamyczek zaserwował kolejny wybuch agresji, tym razem okraszany jego numerem popisowym, czyli rzyganiem na zawołanie. O ile ma tylko coś w żołądku, jest w stanie to zwrócić w dowolnie wybranej ilości i przedziale czasu. I tak, pięknymi wielorybami farbował cały korytarz, podczas kiedy stałem nad nim jako straszak, zastanawiając się, czy dojdzie do ataku fizycznego i będę musiał go unieruchamiać, leżąc na podłodze z głową centymetry od kałuży rzygów. Nieswoich. Na szczęście, tym razem uspokoił się na poziomie poduchy (choć trzeba było go na niej trzymać). Oczywiście, zostało jeszcze posprzątanie... i nie on to zrobił.
Do dziś tam śmierdzi.
Także może nie dziać się nic, a może być tak, że Kamyczek zmieni dzień w piekło – bo na pojedynczym wybuchu agresji się nie kończy. Bywa po trzy, cztery, pięć. Ponoć teraz jest spokojniejszy.
Na tym kończę przegląd resident evili i mam nadzieję, że da on Wam większy poziom wglądu w to, co teraz robię, jak również pozwoli lepiej zrozumieć opisywane historie. Wielkanoc się kończy, jutro znowu do pracy. Ku lepszemu jutru i nowemu światu, oł jeee.
Me & You = ♥ ♥ = Alone ...
lecę, będę z powrotem po konkursie, mam nadzieję, że oszalała ze szczęścia :D
Trzymam kciuki, Chłopaki! Pokażcie swój gangsterki pazur :)