Biegówki tak wielkanocnie!

seen from Malta
seen from Germany

seen from Malta

seen from Malaysia
seen from Australia

seen from Malta
seen from Türkiye
seen from Hong Kong SAR China
seen from United States

seen from Netherlands

seen from Russia

seen from Russia
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from France
seen from United Kingdom
seen from China

seen from United States
seen from Russia
Biegówki tak wielkanocnie!
Mountains are calling and I must go.
Pamiętacie moją poświąteczną podróż do Victorii? 3 godziny zajęło mi dotarcie do terminalu promowego, chociaż mieszkam w miasteczku obok. Na Święta Wielkanocne wybrałam się do Whistler. Taka tutejsza wersja Zakopanego. Nie obyło się bez przygód! Okazało się, że moja rezerwacja hostelu nie powiodła się (nie pytajcie, dlaczego, dziwne rzeczy się dzieją...), cudem znalazłam jedno wolne miejsce w innym hostelu (szukałam hostelu, bo ceny są tu horrendalne!!!), a autobus mam zarezerwowany dopiero na niedzielę! Szczęście zaczęło się do mnie uśmiechać, kiedy zadzwoniłam do tego hostelu, odebrała Polka tam pracująca, kierowcą autobusu okazał się również Polak! W hostelu okazało się, że mogę zostać dwie noce dłużej! Nie będę bezdomna w Whistler! I nawet to, że pomyliłam lokalne autobusy nie popsuło mi dobrego humoru ;)
Takie widoki już dawno za nami. Wiem, że w Europie ostatnio przysypało śniegiem, więc, żeby Wam nie było smutno - tak, my też mieliśmy śnieg. Parę tygodni temu, ale zawsze! Samochody jeździły 10 km/h, a ja z pracy wracałam na nogach, bo mój rower nie dał rady w tak głębokim śniegu.
Poza tym, że Tsawwassen wyglądało w końcu przyzwoicie, paradoksalnie było też cieplej! Tutaj jest dość wilgotno, więc 5 stopni na plusie wydaje się o wiele zimniejsze niż lekko poniżej zera i śnieg (wtedy wilgoć spada i jest całkiem przyjemnie).
Ostatnim miejscem, do którego poszłam był Pierogi Bar. Jest to miejsce, dla którego tak naprawdę popłynęłam do Victorii. Niestety moje wyobrażenie o tym miejscu było zupełnie inne niż rzeczywistość. Ale i tak było spoko. I dobre pierogi w sumie. Z mieloną wołowiną, kozim serem i suszonymi pomidorami. I dziwna, trochę za głośna, ale dobra muzyka. W ogóle w Victorii knajpy mają dobrą muzykę.
Ostatni dzień w Victorii spędziłam głównie w muzeum (Royal BC Museum). Trafiłam akurat na wystawę fotografii zwierząt, gdzie utknęłam na parę godzin rzecz jasna. Wystawy stałej nie chciało mi się oglądać, ale minąwszy prędko sztuczne mamuty i skamieniałości, prawie przeniosłam się w czasie lądując w “miasteczku” z XIX w. Pomimo tego, że wszystko dookoła było dość sztuczne, widać, że się postarali, do niektórych “sklepów” albo “hoteli” można wejść i przejść się po różnych pokojach. Dźwięki i zapachy pomagają się trochę wczuć. W sumie nie miałabym nic przeciwko przeniesienia się w czasie na jeden dzień do tamtego okresu. Na jeden dzień tylko! Podejrzewam, że wcale nie było tak fajnie, jak nam się wydaje.
Jedną z bardziej interesujących dzielnic Victorii (poza centrum centrum) jest Chinatown. Ponoć jedno z pierwszych w Kanadzie, jak nie najpierwsze. Do tego miejsca można dostać się przechodząc przez olbrzymią bramę w chińskim stylu albo przeciskając się niesamowicie wąskimi uliczkami. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że z tych uliczek można wejść do najróżniejszych chińskich sklepów czy restauracji! Tego dnia jednak tak strasznie padało, że zamiast oglądać budynki, oglądałam chodniki, zakrywając jak największą część twarzy kapturem i szalikiem. A schowawszy się przed deszczem w pierwszej lepszej knajpce, strułam się bubble tea. Nie polecam.
Do Victorii pojechałam bez większego planu na to, co będę robić. I w zasadzie całkiem słusznie. Pogoda nie sprzyjała nawet wychodzeniu z apartamentu!
Korzystając jednak z przerwy w deszczu, postanowiłam udać się do Craigdarroch Castle. Znalazłam tę nazwę przeglądając mapę w poszukiwaniu czegokolwiek, co można w Victorii zobaczyć. Droga na piechotę była długa, ale mijałam po drodze mnóstwo domów w brytyjskim stylu, więc nawet nie zauważyłam, kiedy w końcu ociekająca deszczem dotarłam na szczyt małego wzgórza.
Tak naprawdę nie jest to zamek, tylko dość duży dom, który jakiś przedsiębiorca zbudował w XIX w. Czy kiedyś tam. Trochę nie chciało mi się czytać tych wszystkich tablic z informacjami...