Tour de Delta bike races Najlepsza miejscówka na oglądanie wyścigu - na dachu naszego nowego biura!
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH
EXPECTATIONS
Interview Vampire Daily
almost home
The Bowery Presents
Color Me Curious
sheepfilms

No title available

izzy's playlists!

blake kathryn
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open

roma★
Cosimo Galluzzi
Mike Driver

@theartofmadeline
untitled
YOU ARE THE REASON
todays bird
Keni
Cosmic Funnies

seen from Canada

seen from Malaysia
seen from Indonesia

seen from Australia
seen from United States
seen from Pakistan

seen from South Korea

seen from United States
seen from United States

seen from Canada

seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Germany
seen from Guatemala
seen from United States
seen from Brazil

seen from Canada
seen from Congo - Kinshasa

seen from Türkiye
@potrawkazkangura
Tour de Delta bike races Najlepsza miejscówka na oglądanie wyścigu - na dachu naszego nowego biura!
Lynn Canyon, North Vancouver Czasem włóczę się po lesie.
Convention Centre, Vancouver W oczekiwaniu na fajerwerki z okazji Dnia Kanady.
Gdyby tylko powroty zawsze miały takie zachody słońca...
Ledwo zdążyłam na prom zahipnotyzowana tym magicznym przylądkiem! Przypływ też przyszedł, więc droga na ląd odbyła się bez butów.
Statlu Lake, British Columbia. W drodze do drugiego jeziora.
Takie widoki z namiotu i zbudowane przez chłopaków palenisko!
Rano mężczyzna przygotował wszystko tak, jak zobaczył w wizji i zaatakował Sínulhkę. Potwór wpadł do jeziora i zablokował podwodny tunel. Poziom wody zaczął się podnosić. Bohater stracił przytomność, a kiedy się obudził, zauważył, że znajduje się na szczycie góry. Przeczekał aż woda opadnie i zaczął wędrówkę z powrotem w kierunku jeziora. Znalazł potwora, po którym zostały już tylko same kości. Zabrał jeden z kręgów z kręgosłupa Sínulhki, dzięki któremu nabrał nadprzyrodzonej mocy.
W drodze powrotnej spotkał górskie kozice. Xwechtáal pomachał w ich kierunku kością węża i wypowiedział magiczne słowa. Wszystkie padły martwe. Zdarł z nich skóry i pożywił się ich mięsem. Następnie machnął kością raz jeszcze i przywrócił zwierzęta do życia. Kontynuując swoją podróż dotarł do najdalej wysuniętej wioski na terytorium Sḵwx̱wú7mesh. Ludzie wybiegli zobaczyć kim jest, a on machnął magiczną kością raz jeszcze, zabijając wszystkich mieszkańców, a następnie przywracając do życia. Wódz oddał mu swoją córkę za żonę.
Maszerował tak nadal, robiąc to samo w każdej napotkanej osadzie i za każdym razem otrzymując kolejną żonę.Kiedy zgromadził żony z całego Sḵwx̱wú7mesh, dotarł do rodzinnego Stá7mes i użył ponownie swoich magicznych mocy. Zobaczył też, że jego pierwsza żona wyszła ponownie za mąż. Wtedy zrozumiał, że nie było go 10 lat, a nie jak jej obiecał - 4 dni. Zamiast przywrócić całą wioskę do życia, swoją byłą żonę i jej nowego męża pozostawił martwych.
Na szczyt the Chief nie dotarliśmy, bo padał deszcz, było ślisko, pod szczytem leżał jeszcze śnieg i dostałam ataku paniki próbując walczyć z zamarzniętymi śliskimi łańcuchami, wspinając się do góry... Następnym razem się uda.
W dolinie ciągnącej się wzdłuż rzeki Squamish żył dwugłowy wąż Sínulhka, który zjadał ludzi i wydawał piskliwe dźwięki. Nieopodal, w wiosce Stá7mes, młody mężczyzna zwany Xwechtáal właśnie się ożenił i odpoczywał po wielkiej uczcie, podczas której ojciec polecił mu zabić potwora.
Z trudem podążając śladem węża (z powodu silnej energii od niego emitującej), Xwechtáal dotarł pod zbocza góry Stawamus Chief. Zobaczył tam czarny ślad zostawiony przez Sínulhkę, który wspiął się po pionowej ścianie góry. Sam wybrał górskie przełęcze starając się z dnia na dzień nabierać więcej energii i oczyścić ciało przez kąpiele w zimnych strumieniach, mniejsze porcje jedzeniowe i spanie pod mniejszą liczbą kocy.
Wreszcie wytropił potwora nad jednym z górskich jezior. Zauważył, że kiedy jedna głowa węża śpi w ciągu dnia, druga jest czujna, a w nocy zmieniają kolejność. Trenując i poświęcając się coraz więcej Xwechtáal modlił się o odpowiedź jak zabić Sínulhkę, aż jednej nocy miał wizję.
Ukazała mu się postać kobieca, która powiedziała, że przygotuje cztery strzały, po dwie na każdą głowę i każdą z nich posmaruje smołą. Zbuduje tratwę, aby przeprawić się przez jezioro i wystrzeli dwie strzały w jedną z głów. Kiedy dzienna głowa zacznie obumierać, druga się obudzi, a w tym czasie on przepłynie szybko na drugą stronę jeziora i wystrzeli pozostałe strzały w drugą głowę. W ten sposób zabije potwora.
Biegówki tak wielkanocnie!
Mountains are calling and I must go.
Pamiętacie moją poświąteczną podróż do Victorii? 3 godziny zajęło mi dotarcie do terminalu promowego, chociaż mieszkam w miasteczku obok. Na Święta Wielkanocne wybrałam się do Whistler. Taka tutejsza wersja Zakopanego. Nie obyło się bez przygód! Okazało się, że moja rezerwacja hostelu nie powiodła się (nie pytajcie, dlaczego, dziwne rzeczy się dzieją...), cudem znalazłam jedno wolne miejsce w innym hostelu (szukałam hostelu, bo ceny są tu horrendalne!!!), a autobus mam zarezerwowany dopiero na niedzielę! Szczęście zaczęło się do mnie uśmiechać, kiedy zadzwoniłam do tego hostelu, odebrała Polka tam pracująca, kierowcą autobusu okazał się również Polak! W hostelu okazało się, że mogę zostać dwie noce dłużej! Nie będę bezdomna w Whistler! I nawet to, że pomyliłam lokalne autobusy nie popsuło mi dobrego humoru ;)
Takie widoki już dawno za nami. Wiem, że w Europie ostatnio przysypało śniegiem, więc, żeby Wam nie było smutno - tak, my też mieliśmy śnieg. Parę tygodni temu, ale zawsze! Samochody jeździły 10 km/h, a ja z pracy wracałam na nogach, bo mój rower nie dał rady w tak głębokim śniegu.
Poza tym, że Tsawwassen wyglądało w końcu przyzwoicie, paradoksalnie było też cieplej! Tutaj jest dość wilgotno, więc 5 stopni na plusie wydaje się o wiele zimniejsze niż lekko poniżej zera i śnieg (wtedy wilgoć spada i jest całkiem przyjemnie).
Jeśli nie opublikuję już żadnych postów, to znaczy że prawdopodobnie mój organizm nie przetrwał starcia z daifuku. Jednym z moich ulubionych tutaj sklepów jest Joe's Farm market. Poza lokalnymi warzywami i owocami, Joe sprowadza produkty z innych krajów. Szczególnie azjatyckie. Jestem fanką włoskich i japońskich makaronów, ale to półka z azjatyckimi słodyczami zaintrygowała mnie najbardziej. Im mniej rozumiem z opakowania, tym lepiej. Nie pytajcie mnie co to daifuku. Tylko tyle było napisane po ludzku na opakowaniu. Próbowałam podpytać Joe'go co to jest, ale zamiast odpowiedzieć, dał mi zniżkę. Nie wiem czy się bać...
Ostatnim miejscem, do którego poszłam był Pierogi Bar. Jest to miejsce, dla którego tak naprawdę popłynęłam do Victorii. Niestety moje wyobrażenie o tym miejscu było zupełnie inne niż rzeczywistość. Ale i tak było spoko. I dobre pierogi w sumie. Z mieloną wołowiną, kozim serem i suszonymi pomidorami. I dziwna, trochę za głośna, ale dobra muzyka. W ogóle w Victorii knajpy mają dobrą muzykę.
Ostatni dzień w Victorii spędziłam głównie w muzeum (Royal BC Museum). Trafiłam akurat na wystawę fotografii zwierząt, gdzie utknęłam na parę godzin rzecz jasna. Wystawy stałej nie chciało mi się oglądać, ale minąwszy prędko sztuczne mamuty i skamieniałości, prawie przeniosłam się w czasie lądując w “miasteczku” z XIX w. Pomimo tego, że wszystko dookoła było dość sztuczne, widać, że się postarali, do niektórych “sklepów” albo “hoteli” można wejść i przejść się po różnych pokojach. Dźwięki i zapachy pomagają się trochę wczuć. W sumie nie miałabym nic przeciwko przeniesienia się w czasie na jeden dzień do tamtego okresu. Na jeden dzień tylko! Podejrzewam, że wcale nie było tak fajnie, jak nam się wydaje.
Jedną z bardziej interesujących dzielnic Victorii (poza centrum centrum) jest Chinatown. Ponoć jedno z pierwszych w Kanadzie, jak nie najpierwsze. Do tego miejsca można dostać się przechodząc przez olbrzymią bramę w chińskim stylu albo przeciskając się niesamowicie wąskimi uliczkami. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że z tych uliczek można wejść do najróżniejszych chińskich sklepów czy restauracji! Tego dnia jednak tak strasznie padało, że zamiast oglądać budynki, oglądałam chodniki, zakrywając jak największą część twarzy kapturem i szalikiem. A schowawszy się przed deszczem w pierwszej lepszej knajpce, strułam się bubble tea. Nie polecam.