prawieDramat pt.: „Na Piłsudskiego, czyli pokolenia w porze Familiady”
Dręczyciel Anieli: Aniela!
Dręczyciel Anieli: Anielaaaaaa!
[Niedziela stoi skondensowanym letargiem. Msze odbyte, sakramentalne i w Tesko. Plac przecinają wonie obiadowe; to rosół z parteru, to schabowe z trzeciego, gdzieś już kipi woda z ziemniaków. Niebezpieczna pora dla dziecięcych dywizji. Piasek jeszcze nie wszędzie zruszony, bazy nie sforsowane, nie strzelono koślawego gola do domniemanej bramki.]
Dręczyciel Anieli: Anielaaaaaaa!
Dręczyciel Anieli: ANIELA! DO! DOMUUU!
[Zwarły się nerwowo szeregi taktyczne, w orężu grabki (istnieją!) i rolki, w cień toczy się piłka. W dali, na deszczowym froncie jakby gęściej, choć tu, słońce leniwe i zaprzysiężone. Owadzi zwiadowcy w wojennych lotach zdają pośpieszne raporty; przemycają wiosnę, wyszeptują światło, skrzydełka im drżą, czułki wibrują.]
Uparty Dręczyciel Anieli: DO DOMUUUUU!
[NIE! – zadźwięczało słodko i groźnie, to najmężniejszy oficer korpusu. Aniela nie skończyła przedsięwziętych działań, jeszcze na jej twarzy grymas operacji. Skonsternowane drzewa wypuszczają pąki, pod altaną, w ciepłej plamie, kot spełnia śpiącą wartę.]
Dręczyciel Anieli [natarcie]: Ale TERAZ!
Najmężniejsza Aniela [odpór]: NIE TERAZ!
[Dręczyciel Anieli – złowieszczy głęboki wdech]
Dręczyciel Anieli: TAAAAAAAATOOOOOO...
[I stało się.
W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Ptaki przećwierkują w eter klęskę, nieuczciwa batalia na dziecięcą nieważkość, bierzemy jeńców i hulajnogi. Aniela przegrana, kabel w rodzinie (!), lecz nie wezmą jej żywcem. Choćby zupa, choćby pierogi. Jeszcze się zmierzy z obliczem kotleta, jego skwiercząca surowość obnaży stratę wolności, tej nietomnej cukierkowej swobody, chwil frapujących arcyrzeczy i spraw – poniemieckie kamienice przyjęły sceny tych rytualnych skazań, zmiękczyły je w zapętlonym echo rozczarowania. Aniela na czele poległych, Aniela legenda, Aniela wraz z łopatką w małej, gniewnej rączce.
Koniec buntu pustych żołądków, karłowickie dzieci, do reszty, pojmane.
Na Piłsudskiego popołudnie, już tylko brzęki sztućców.]







