29.01.2016
Jechałam wczoraj pociągiem w towarzystwie Rosemary Polańskiego. Dyskretnie, choć łapczywie wpatrywałam się w jej migdałowe oczy, szare tęczówki ruchome od lektury jakichś uczelnianych materiałów. Miała pełne, ściągnięte usta i bardzo wąską żuchwę - nadawało jej to urody małej baronowej. Szalenie ciekawił mnie jej głos, ale nie zamierzała go używać - pomyślałam, by się odezwać, uświadomić urok tej osobliwej wymowności, lecz jakoś nie potrafiłam. Normą w tych miejscach jest cisza, niepisana zasada milczenia - przymusowo integrujemy się jako pospolita masa w wagonach, poczekalniach, autobusach, przystankach i peronach, skrupulatnie pilnując granic odrębności. Posyłamy sobie wzajem - czasem prawie dzikie - spojrzenia istot niepodległych i samotnych. Głos zabrany jest głosem wariata, czyni niewygodnym narażanie wszystkich na inwazyjne dźwięki. Ciągnęłam więc milczący dialog z moją Rosemary, rozśmieszyłam ją raz, wciąż podziwiałam ciepłe rumieńce jej policzków. Przegadałyśmy tak całą drogę do Rawicza, a potem, znużona, przysnęłam z obrazem tych szarych oczu w pejzażu lasów i zimy. Bywaj, Rose. Miło było Cię poznać.













