Gdy w kalendarzu zagościł marzec, obstawiłem, że ten miesiąc zyska miano niezwykle, a może nawet rekordowo pracowitego. Myśli te objawiły się w mojej głowie nie bez powodu, ponieważ zdążyłem wcześniej zaklepać dla siebie aż piętnaście inwentaryzacji, tylko na ten miesiąc, a więc przy dobrych wiatrach czeka mnie przynajmniej tyle zleceń właśnie, ale oczywiście ich lista może się znacząco wydłużyć, dołączając m.in. plany zdjęciowe i być może również inne robótki, jakie zdołam złapać. Do tej pory, po pierwszym pełnym tygodniu marca, moje przewidywania zaczęły się potwierdzać!
Mimo, że minęło raptem dziesięć dni marca, to w tym czasie zdążyłem odhaczyć już pięć planów filmowych, oraz siedem inwentaryzacji (z czego cztery noce prawie nieprzespane), czyli dwanaście zleceń, zarobiwszy przy tym tysiąc złotych z kawałkiem. Jak na moją skromną kieszeń i jeszcze skromniejsze przychody, jest to wynik naprawdę dobry, a dopiero co rozpoczął się drugi pełny tydzień tego miesiąca. Rzecz jasna nie ma niestety niczego za darmo i jeśli zechcemy się wzbogacić, musimy za to zapłacić przede wszystkim energią, czasem, a i nierzadko też stresem czy dyskomfortem. Przydaje się również niewątpliwie szczęście i nawet odnoszę wrażenie, że pewnego razu tego szczęścia przypłynęło wręcz ogrom! Co się takiego wydarzyło? Przytoczę tu przypadek z czwartku, szóstego marca, kiedy to statystowałem w reklamie (prawdopodobnie banku ING). Godzinę zbiórki ustalono na 17:15, a koniec zdjęć przewidziano o około 20:40. Podkreślę najgrubszym flamastrem słowo "około", gdyż plany filmowe na ogół charakteryzują się wyraźną nieprzewidywalnością. Z planowanej godziny zakończenia 20:40 zrobić może się inna godzina - dwudziesta, może dwudziesta pierwsza, a może nawet północ w bardziej ekstremalnych sytuacjach? Nigdy tego nie wiadomo. Planowanie zajęć tuż po statystowaniu jest szalenie ryzykowne i niebezpieczne, o czym przekonałem się owego feralnego popołudnia. O 21:30 musiałem bowiem stawić się na inwentaryzacji (dużo wcześniej już zaklepanej) i generalnie nie byłoby w tym niczego strasznego, gdyby nie fakt, że między planowaną godziną zwieńczenia zdjęć, a godziną mojego obowiązkowego zjawienia się w inwentaryzowanym supermarkecie odstęp czasu wynosił jedynie pięćdziesiąt minut! Jest to na tyle mały zapas, że rozważałem poważnie rezygnację albo z planu, albo z liczenia, choć niestety nie było mi dane odejść z żadnego ze zleceń. Nagła ucieczka z planu reklamy, żeby zdążyć na inwentaryzację na pewno odbiłaby się niemałą karą, tak samo niestawienie się na liczeniu, a też wziąłem pod uwagę dojazd, oraz godzinę zamknięcia galerii, tam gdzie czekała mnie później inwentura w Carrefourze, więc większe spóźnienie w drugiej pracy nie wchodziło w grę. Jedyne, na co mogłem liczyć to cud. Cud, który początkowo wydawał się bardzo wątpliwy, ponieważ raz, że nie wiedziałem kompletnie, o której dokładnie skończę plan, zabiorę banknoty i legalnie zmyję się, a dwa, że o 20:40... cały w stresie czekałem na drugą scenę, jaka ponoć miała jeszcze być nagrywana, a nie działo się nic przez dłuższy czas! Promyczek nadziei momentalnie jednak zabłysnął, gdy chwilę po 20:40 usłyszałem z ust średnio sympatycznego II reżysera planu, że nakręcą tylko gwary "i lecicie do domu". Co za ulga!! Ujęcie dźwiękowe to już przecież pikuś, parę minut roboty i do widzenia. I rzeczywiście, poszło gładko i sprawnie, podziękowano, a ja, z ulgą jak chyba nigdy dotąd, wykonałem ostatnie formalności, zdążyłem na spokojnie przemieścić się do niezbyt odległej galerii na warszawskim Mokotowie, no i na inwentaryzacji obeszło się bez nadmiernego ciśnienia. Dzięki niezwykłemu farcie odhaczyłem dwie pracki, tym samym wszystko ułożyło się przepięknie, kasa się zgodziła, wróciłem nocnym autobusem, aczkolwiek to co ogólnie przeżyłem, zasługuje na tylko jedno słowo - "dramat". Co ja biedny poczyniłbym, gdyby ten plan przeciągnął się niczym makaron spaghetti, np. do dwudziestej trzeciej? Nie chcę wiedzieć.
Wygląda na to, że ten tydzień również zaobfituje w przygody. Wczoraj odhaczyłem krótki plan serialu "Przyjaciółki", później miałem liczyć towar, ale... ku mojemu zaskoczeniu, zabrakło dla mnie skanera i zapłacą mi tak, jakbym przepracował trzy godziny (krótko mówiąc - dobrze jest!), dziś znowuż na inwenturę, zaraz po niej na badanie rynku, wieczorem na następne liczenie i wszystko to zaczyna się kumulować tak, jak nigdy wcześniej. Cóż... pieniądze szczęścia nie dają, samotności nie wyleczą, lecz zawsze coś do przodu! Mam nawet wstępny plan, co by z kasą zrobić i jak przynajmniej częściowo wynagrodzić sobie wszelkie trudy i negatywne przeżycia.