Tyle się szwendam po lasach, krzaczorach, zaroślach, gruzach i bez komarów i kleszczy. A tu dziś rano budzę się i drapie po nodze i wyczuwam jakiś podejrzany obiekt. Kurwa kleszcz! Odpaliłam seek i zeskanowałam. Pajęczak. Zbyt mały, by seek określił go kleszczem.
Po szybkiej diagnozie szybka operacja z pogwałceniem wszelkich procedur bezpieczeństwa. Po pierwsze nie miałam czystego spreju do mrożenia, wiec zmroziłam dziada lakierem do włosów. A po drugie przy rwaniu pęseta chyba fragment został w nodze. I gdyby nie naglił mnie czas do pracy, to chyba bym nożem kuchennym operowała sobie nogę.
Ogólnie zaczęło swędzieć jeszcze bardziej i przez godzinę bolało. Bo oczywiście resztkę próbowałam zdrapać i wycisnąć xD bez powodzenia. Teraz obserwuje czy nie ma rumienia.







