Wczoraj, kiedy już zakupiłam co miałam zakupić, podeszła do mnie kobieta. Jak to napisać, aby nikogo nie urazić i "nikt nie poczuł się urażony". Rozumiesz?
Wychodzę, a ona, czy jakaś część mieszkania... skończyło się na garażu. Niewiele zrozumiałam.
Chciałam po prostu iść do domu.
Nie jestem chodzącą akcją charytatywną.
A ona, że
- No to może jakimś pieniądzem mnie pani...
- Nie, nie dam pani pieniędzy. Mogę pani coś kupić. Co pani potrzebuje?
- Kawę i trochę sera.
I cały czas mi truła dupę. Twierdziła, że zapach od niej jest od leków. Że była u lekarza. Ja, sarkastycznie: "W sobotę?" - "Tak, na Weigla". Zapytałam, jakie to leki. Nie pamiętała nazwy. Mówiła mi, że syn po udarze, że ona mieszka w piwnicy. Być może tak jest. Nie twierdzę, że nie.
Ale, po prostu, miałam dość. Kupiłam tej pani ser i kawę.
Myślę, że jak na mój obecny stan psychiczny zachowałam się w miarę w porządku.