dlaczego przeszłość musi pozostać przeszłością.
Kiedy byliśmy dziećmi, życie nie dostarczało nam wielu generujących depresję problemów. Było proste. Z czasem mocno się skomplikowało…
Przeszłość przestała być tylko książkowym pojęciem, a stała się realnym tworem, który przez te wszystkie lata rósł razem z nami. Jak choroba, o której słyszeliśmy w dzieciństwie, a potem okazało się, że i nas dopadła...
Każdy na „dzień dobry” dostaje pustą walizę, do której z czasem dokłada swoje przeżycia. Z każdym rokiem jest ich coraz więcej i są coraz bardziej skomplikowane. Każdy ma jakąś przeszłość i to jest nieuniknione. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta przeszłość zaczyna nas terroryzować i czyni z nas swojego niewolnika, nie pozwalając ruszyć naprzód.
Pierwsza myśl, która się pojawia to „zapomnieć” o nie dających spokoju wspomnieniach. Niektórzy mają nadzieję utopić je w alkoholu, inni starają się zabić je kolejnymi, silnymi bodźcami . Czy to jest dobre? Moim zdaniem nie, bo to właśnie przeszłość nas kształtuje i sprawia, że dojrzewamy.
Ale dystans mimo to jest wskazany, więc jak to zrobić?
Najgorsze są pierwsze negatywne doświadczenia, bo je przeżywamy najboleśniej. Nie było nic wcześniej i tak silne doznania odczuwane po raz pierwszy przybierają charakter totalny. Zaczynamy postrzegać nasze życie głównie przez pryzmat tychże doświadczeń.
Sztandarowym przykładem jest pierwsza miłość. Wiele osób życie uczuciowe zaczyna od szczeniackich związków, opartych w dużej mierze na chęci pochwalenia się rówieśnikom. Nie padają wówczas żadne ważne słowa, może jakieś „kocham cię” bez przekonania, o ślubie na pewno nie myślimy – po prostu spędzamy sobie razem czas i jest fajnie. Może jakieś zauroczenie, ale bez szału. Traktujemy te nasze związki niby „poważnie”, jednak są one zazwyczaj przypadkowe i wkrótce ulegają rozpadowi. Co najwyżej pojawi się trochę łez, ale bez przesady…
A potem przychodzi ta idealna, pierwsza miłość. Pierwszy związek, w którym z kimś łączy nas chemia. Ta osoba staje się naszą pokrewną duszą, czujemy, że nas absolutnie rozumie. Spojrzenie wyraża więcej niż tysiąc słów. Pierwszy raz czynimy poważne deklaracje, a związek zamiast na miesiące przelicza się na lata, a w domyśle ‘na zawsze’. W końcu nigdy wcześniej się tak nie czuliśmy, prawda?
Ale nie wszystko złoto, co się świeci i zazwyczaj te pierwsze, poważne związki również się rozpadają. Po kilku latach okazuje się, że coraz więcej rzeczy „nie gra”. Opadło to silne zakochanie i wychodzi na to, że idealizujemy partnera, nasze potrzeby się rozmijają, a co gorsza, czujemy że, tak naprawdę męczymy się w tym związku. „Kocham cię na zabój, ale wolałabym żebyś…”, a dalej lista oczekiwań (najczęściej w obie strony). Zaczynamy dostrzegać, że pewne rzeczy wcale się nie zmienią. Związek zaczyna dogorywać, zanim się całkiem wypali, a próby jego naprawiania nie przynoszą większych skutków i z bólem dochodzimy do sytuacji rewolucyjnej gdzie „dół nie może żyć po staremu, a góra nie może rządzić po nowemu”.
W końcu, przy jakiejś okazji dochodzi do rozstania. Ktoś nie wytrzyma, jakiś poboczny wątek stanie się katalizatorem, dojdzie do poważnej rozmowy… W tym momencie czujemy, że to jest najwłaściwsza rzecz na świecie i że postępujemy mądrze, sensownie. Wracamy do domu zadowoleni, że „w końcu to się stało”. Ale nasz umysł był szprycowany przez kilka lat narkotykami w postaci silnego przywiązania, że w najbliższych tygodniach (a nawet miesiącach) funduje nam ostry zjazd…
Jak nowonarodzeni uczymy się od nowa życia jako single. Na zewnątrz udajemy twardzieli. W końcu odzyskaliśmy wolność, a zresztą nie można pokazać, że jest się słabym. Ale wewnątrz są zgliszcza. Emocjonalnie czujemy, jakby jakaś część nas umarła. Nasz mózg tego nie rozumie. W końcu osobie, z którą chcieliśmy się zestarzeć, teraz powiedzieliśmy „to koniec”. To czym, w takim razie jest miłość?
W dalszej perspektywie nie rozumiemy dlaczego, pomimo tego, że postąpiliśmy właściwie, czujemy się źle. Męczyliśmy się, a kiedy już jest po wszystkim, nagle okazuje się, że wcale nie jesteśmy tak szczęśliwi jak oczekiwalibyśmy. Nasza głowa nie współpracuje i przypomina nam różne piękne chwile, kompletnie pomijając te złe. Nie pamiętamy już tych momentów, kiedy czuliśmy się zmęczeni różnicami, które pogrzebały ten związek. „A pamiętasz kiedy” pojawia się w głowie pytanie i za piątym pełnym nostalgicznych wspomnień obrazem nasuwa się myśl „a może, to rozstanie to był błąd?”
Próbujemy zbudować coś nowego, i nawet jeżeli w nowej relacji jest chemia, to po jakimś czasie zaczynamy czuć się źle. Wpadamy co chwila w jakiś cykl tęsknoty za byłym partnerem. Mamy wrażenie, że on nas TAK rozumiał, że on TAK na nas patrzył, on wiedział, on nas znał. Zaczynamy porównywać obecnego partnera do byłego i odczuwamy zawód, a nawet irytację. Dlaczego on do nas TAK nie mówi jak ten poprzedni, dlaczego ma inne poczucie humoru, dlaczego on nie wie, co lubimy najbardziej.
Odczuwamy wyraźną różnicę. Co jest oczywiste, bo ludzie nie są identyczni. Jeśli miałeś psa, który kiedyś pożegnał się z tym światem, to czy myślisz, że następny będzie zachowywał się tak samo? Wcześniej nie mieliśmy żadnych podobnych doświadczeń, więc mamy mylne wrażenie, że ten pierwszy poważny związek jest wzorem dla każdego następnego. Tylko, że jak miarą dla następnych relacji ma być coś, co się rozpadło?
I pogrąża nas czarna rozpacz, odczuwana niczym agonia. Mamy wrażenie, że nie będziemy w stanie przeżyć już nic takiego, jak ten pierwszy związek. Na co dzień jakoś funkcjonujemy, ale kiedy zostajemy sami z myślami, zżera nas głęboki żal. Jest tym gorzej, im więcej rzeczy nam przypomina o byłym partnerze i jak wiele miejsc nadal „dzielimy” (np. mieszkamy na jednej ulicy, studiujemy na jednym wydziale). A nie daj Boże, jeszcze zaczniemy się widywać, bo przecież „rozstawanie się w nienawiści jest dla gimbazy”. Co innego cierpieć na odległość, a co innego stać twarzą w twarz i niestety ta ostatnia opcja uruchamia najwięcej wspomnień. Zwłaszcza dlatego, że w czasie przypadkowego (lub nie) spotkania, przez dwie czy trzy godziny tamta druga osoba nie zdąży zaprezentować swojego charakteru w całości, a przecież jak wiemy nie był doskonały. Kiedy spędzimy parę godzin w miłej atmosferze, momentalnie przypomną nam się dobre chwile, a nasz mózg znowu będzie starał się nas usilnie przekonać, że cały związek byłby taki. Zapominamy o tym co doprowadziło do jego nieuniknionego upadku, ponieważ prawda jest taka, że gdyby wszystko „rozgorzało na nowo” to po kilku tygodniach, wróciłyby też na nowo stare problemy i stare pretensje…
To wszystko dzieje się pomimo oczywistych dowodów, że tamta relacja musiała się zakończyć. Bo gdyby nie musiała, to trwała by nadal, a my nie szukalibyśmy „lepszego świata” w postaci nowej relacji, tylko robilibyśmy wszystko co możliwe, aby uratować tamten związek. Pomijam sytuacje kłótni, nawet burzliwych, które są następstwem chwilowej wściekłości. Piszę o rozstaniu „na poważnie” będącym wynikiem przemyślanej przez wiele tygodni/miesięcy decyzji, kiedy już się poddaliśmy i przyznaliśmy przed sobą, że „już nic więcej nie da się zrobić”.
Ale przeszłość mimo, że kształtuje nas i bez niej nie bylibyśmy tym kim jesteśmy aktualnie, w tym wypadku nachalnie stara się nam zaszkodzić, tworząc iluzje, wymazując to co niemiłe i idealizując partnera, przez co zaczynamy wierzyć, że był dla nas o wiele lepszy, niż to miało miejsce w rzeczywistości.
I pojawia się dylemat. Jak się odnieść do przeszłości skoro jest cenna i niszczycielska zarazem? Odpowiedź jest prosta - potrzebny jest dystans. Niestety, realizacja tego planu jest o wiele trudniejsza. Trzeba się nauczyć odkreślać przeszłość grubą krechą. Kiedy oglądamy stare zdjęcia, to nigdy nie powiemy, że jesteśmy tymi samymi ludźmi co wtedy, prawda? I tu trzeba postąpić podobnie. Stare związki, przeżycia, wspomnienia… wszystko musi być jak stare zdjęcia, które można czasem przejrzeć, ale nie determinują one tego co jest tu i teraz. Umieć „schować je do pudła”.
Trzeba przestać wiązać teraźniejszość z przeszłością. Oddzielić zdobyte doświadczenie od wspomnień. Nie patrzeć wstecz, ani do przodu, ale zakotwiczyć się w tym co jest obecne w danej chwili.
Za bardzo przyzwyczailiśmy się do kina pełnego dramatu. Gdzie ludzie potrafią pół filmu przeżywać swoje rozterki. Rozstają się i schodzą, mają depresję, albo traumę czy inne jeszcze zaburzenia psychiczne. Kiedy oglądamy filmy uczymy się, że prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Owszem prawdziwa miłość, przetrwa wszystko, ale to życie weryfikuje, a nie partnerzy, którzy urządzają sobie sprawdziany i wystawiają ją na różne próby. Jeśli druga strona źle cię traktuje, a tobie to nie odpowiada, nie ma w tym głębszej filozofii. Oznacza to, nie mniej nie więcej tyle, że tylko jedna osoba wynosi jakieś korzyści z tego związku, ale to nie jest to. Tak samo jak nie ma drugiego dna w tym, że chemia się skończyła albo, że kochamy wyidealizowane przez czas wyobrażenie o byłym partnerze. Brzmi mało cukierkowo prawda?
W prawdziwym życiu, im więcej dramatów, tym gorszy związek. A prawdziwa miłość jest tak naprawdę nudna jak flaki z olejem (o tym pisałam tutaj).
Nie ma rady, trzeba się odciąć i zostawić przeszłość za sobą. Tylko tutaj nie przecinamy jednej nitki, ale cały gruby sznur, więc „rozwód” z przeszłością przypomina rzucanie palenia. I także w tym wypadku wielką rolę gra silna wola.
Nie można się odciąć po troszku czy w części, a każda chwila słabości zazwyczaj bywa bardzo boleśnie karana nawrotami smutku i wątpliwości. Ale jak to zawsze powtarzam „po deszczu zawsze wychodzi słońce”. I kiedy wspomnienia przestaną mieć wpływ na chwilę obecną, można zacząć nowe, lepsze życie…