seen from China
seen from China
seen from Australia

seen from Canada

seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from Saudi Arabia

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Australia

seen from United States

seen from Malaysia

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from China
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
Stoją jak żołnierze na warcie. Odlane z żeliwa, przyprószone rdzą i patyną. Strzegą wjazdu do setek bram #kamienica, #fabryka i #pałac. To odbojnice. Ich celem było zabezpieczanie narożników bram czy przejazdów bramnych przed obijaniem ich przez wjeżdżające pojazdy. Tutaj #krasnolud z tarczą. Co ciekawe kobita podtrzymuje balkon a facet siedzi i trzyma tarczę. 19 wiek ma swoje uroki. A waszym zdaniem kto ma więcej siły? #WyprawyKojota www.YouTube.com/WyprawyKojota (w: Ulica Ząbkowska) https://www.instagram.com/p/CBp3zAGA4gY/?igshid=19ilfxngq3ev6
Źródło Przygód V : Świetliste wejście Mrocznych Braci
- Widzę, że już słońce zachodzi. Może się prześpimy i o świcie ruszymy szybkim tempem? – spytał Flinar z nadzieją w głosie
- Ileż można? Dopiero co zatrzymaliśmy się by coś zjeść, a teraz chcesz się zatrzymać jeszcze na noc? – Karraf był mocno poirytowany
- Chyba go się nie da przekonać. Odpocznijmy i ruszajmy o świcie.–oznajmiła Wendy
- Biorę pierwszą wartę. Mam zbyt dużo siły po tej drzemce. Popilnuję was tylko parę godzin, potem sami się pilnujcie.– powiedział krasnolud dorzucając gałęzi do ogniska.
- Ja pilnuję druga. Też nie jestem zbyt zmęczona
Podczas gdy oni omawiali warty, bard zasnął w najlepsze. Był zmęczony ciągłym podróżowanie i walkami. Od dłuższego czasu nie zaznał normalnego snu. Spał głęboko, skulony na zwijanym posłaniu, chrapiąc głośno denerwując wszystkich wokół. Śnił o swoim dziadku i opowieściach, które słyszał jak był jeszcze mały, opowieści o zakonie mnichów-historyków, którzy potrafią widzieć każde wydarzenie na skalnej górze. Albo opowieść o nieustraszonych piratach i ich srebrnej łodzi, która mknie po nocnym niebie. Wstał o świcie, wypoczęty i obudzony przez kopnięcie w żołądek przez Karrafa.
- Pobudka! Ruszamy!
- Och skąd w tobie tyle pozytywnej energii od rana? – muzyk wstał obolały i zaczął zwijać posłanie – To co, ruszamy? Wszyscy gotowi?
- Tak. To już nie daleko, jakieś pół dnia drogi stąd. Ruszajmy – oznajmiła młoda kapłanka – Tak przy okazji, gdzie byłeś?
- Nie Twój interes – odrzekł krasnolud
- Byłeś gdzieś? Myślałem, że spałeś z nami.
- Wyobraź sobie, że wstaje w środku nocy a po naszym krasnoludzie została jedynie zbroja, halabarda i jego tarcza.
- To pawęż. A poszedłem się przejść. Nie wasza sprawa.
- W środku nocy, w obcym lesie, gdzie wszędzie mogą czaić się gobliny? – Flin był mocno zszokowany tą wiadomością.
- Byłem w pobliżu. Nic by się nie stało.
- Nie byłeś uzbrojony, jakby coś nas napadło to byś szybko zginął – odparła Wendy
- Skończmy temat. To gdzie byłem i co robiłem uważam za temat zamknięty!
Długo maszerowali w ciszy. Nikt nie chciał mówić o tym co sądzi o wypadzie krasnoluda. Wendy szła mocno spięta i przygotowana na nagłe ataki z zaskoczenia. Była przekonana, że Krasnoludzki Kat jest zdrajcą i wydał ich na pastwę najemników. Flinar, natomiast wolał nie ryzykować gniewu krasnoluda i nawet się nie zastanawiał gdzie był krasnolud. Dopiero wczesnym południem muzyk zaczął nucić po cichu piosenki przerywając w ten sposób niebezpieczną ciszę i uspokajając podróżników. Późnym popołudniem natrafili na niepokojące ślady.
- Na oko Katona! Jakie zwierzę zostawia takie ślady!?
- To bydle Anaresa – odrzekł krótko krasnolud. – Chyba kierował się do wieży. Możliwe, że będziemy mieć problem, jak dotrzemy na miejsce.
- Przyśpieszmy, proszę! – poprosiła przerażona Wendy
Drużyna niemal biegła resztę drogi. Zbliżał się wieczór, słońce jeszcze mocno świeciło jednak przybierało już mocno pomarańczową barwę. Nie opodal można było zobaczyć wieżę zamkową. Gdy wybiegli z lasu ujrzeli zamek w całej jego okazałości. Stare podniszczone ściany i okiennice zabite deskami sprawiały jakby zamek błagał o litość. Stare wieże strażnicze wyglądały równie żałośnie, z czego tylko jedna z czterech posiadała flagę z herbem. U bram nikogo nie było, ani strażników ani Anaresa, jedynie ślady jego bestii która biegała w kółko przed główną bramą po czym ślady kierowały się dalej na wschód.
- Najwidoczniej był tutaj. Przyjechał na jakiś czas a potem odjechał dalej. Ciekawe co tutaj chciał? – zauważył Flinar – W środku może roić się od goblinów, biorąc pod uwagę brak strażników przed bramą. Powinniśmy zachować ostrożność.
- Idę przodem. Wendy, ty za mną! Grajku, pilnujesz tyłów! – obwieścił po krótce krasnolud i ruszyli w stronę bramy.
Brama była zamknięta, na ścianie widniało potężne wgniecenie a cegły były skruszone od potężnego uderzenia.
- Nasz ork chyba był nie zadowolony – muzyk wskazał na pęknięcie.
- Pośpieszmy się, martwię się o ojca!
Weszli gęsiego do środka. W ciemnym korytarzu paliły się tylko nieliczne pochodnie, było strasznie cicho, młoda kapłanka wspomniała tylko, że zaraz będą drzwi do sali balowej. I rzeczywiście, zwykłe, drewniane stanęły im na drodze. Krasnolud uchylił je lekko, sprawdzając czy nie ma nikogo w środku po czym otworzył je na oścież. Wszystkim ukazał się straszliwy widok. Wszyscy strażnicy leżeli martwi po całej sali. Jedni zmiażdżeni, inni zmarli z wykrwawienia. Stoły, krzesła i inne meble leżały porozrzucane po całym pomieszczeniu. Wszędzie była krew a w około unosił się fetor śmierci.
- Znam tych ludzi. Wszyscy kiedyś służyli memu ojcu. Znam ich odkąd byłam mała. – Wendy ogarnął strach
Z kocią gracją przeskakiwała nad zwłokami i biegła teraz w stronę kolejnych. Otworzyła je z rozmachem i stanęła dęba. Za drzwiami stało drewniane krzesło na którym oparto kuszę. Na klamce był umocowany sznur, który uruchamiał mechanizm kuszy. Wystrzelił bełt. Mknął szybko w powietrzy, po czym uderzył w przeciwległą ścianę. Wendy nawet nie zauważyła kiedy leżała na ziemi przykryta przez Flinara, który biegł zaraz za nią i gdy tylko otworzyła drzwi rzucił się na nią.
- Uważaj! Tak myślałem, że będą pułapki! Karraf idź przodem! – Flin wstał na nogi i podał damie rękę.
Wszyscy znowu ruszyli za krasnoludem, po drodze spotykając na kolejne tego typu pułapki. Kusze, wnyki a krzesła przyczepione sznurami do sufitu, które spadały wraz ze sztyletami. Kilka korytarzy, na które musieli zmarnować sporo czasu i siły krasnoluda, którego pawęż wszystko dzielnie znosił. Stanęli teraz przed podwójnymi drzwiami.
- Sala mojego ojca. Ratujmy go!
Karraf wyważył drzwi potężnym kopniakiem. Zamurowało ich. Przestrzenny pokój, z długim stołem i kilkoma drewnianymi krzesłami. Na stole były podane różne potrawy. Po lewej była niewielka biblioteczka obok okna. Po prawej ogromne łóżko z baldachimem. Wszystko było by normalne gdyby nie trzy postacie w środku. Zakrwawiony starzec, przywiązany do filaru baldachimu, siedzący przy stole człowiek o pokracznej posturze, silnych, kwadratowych rysach twarzy i szpiczastych uszach i odziany w czerń młodzieniec, który patrzył na nowo przybyłych gości.
- No proszę jaki ten świat mały! Karraf druhu! O i jest tu ten muzyk z celi! No i na dodatek macie ze sobą damę tego dworu! Witam w moich skromnych progach!
Postać, schyliła się teatralnie zamiatając podłogę czymś co trzymała w ręce. Wszyscy poza dziewczyną zrozumieli od razu kim jest „gospodarz”.
- Przegiąłeś Sineth! – wycedził Flin – Teraz to Twój koniec!
- Pomocy! – krzyczał starzec przywiązany do łóżka – To są jacyś sadyści, przywiązali mnie, odcięli kończyny i torturowali mnie od rana. Pomocy!
Bohaterowie zorientowali się co trzyma tamta dwójka. Były to ręce biednego starca. Przestępcy westchnęli dramatycznie jakby usłyszeli straszliwą obelgę, przysłaniając usta odciętymi dłońmi niczym kobiety ukrywające usta za wachlarzami.
- Jedynym sadystą jesteś tutaj Ty i twoi ludzie! Dobrze o tym wiesz! – wycedził basowym głosem siedzący mężczyzna wskazując na starca jego własną dłonią.
- Wendy? Czy to Ty? Zlituj się nad ojcem! Proszę cię! Obiecuję, że zniosę ten list gończy. Nie oddam cię już w ręce tego orka! Tylko proszę rozwiąż mnie! – wypalił mężczyzna chcąc się ratować
- Czekaj co?! To byłeś TY?! Myślałam, że to ten „mężulek” od siedmiu boleści a to byłeś przez cały ten czas TY?! A ja się o ciebie martwiłam! Zapłacisz za to!
Nikt nie zdążył nawet mrugnąć a postać starca zniknęła w płomieniach. Po całym pokoju rozległ się paniczny krzyk bólu. Wszystkich zamurowało.
- Koniec z tym wszystkim! Mam dość! Nigdy więcej o nikogo się nie martwię! Moje serce właśnie spłonęło z tym starcem! Jakieś sprzeciw wskazania?! – Ruda Wiedźma mówiła przez łzy z zaciśniętymi zębami złości.
Potem nastąpiła długa, niezręczna cisza. Dopiero po chwili została przerwana.
- Ej! Zniszczyłaś naszą tarczę! W co mamy teraz rzucać? – spytał piskliwie siedzący mężczyzna
- Mam pomysł – uśmiechnął się Sineth – Łap! – rzucił w Flinara ręką, która trafiła go prosto w twarz – Łoho! To się nazywa celność. Zapisz mi pięć punktów! W końcu to ruchomy cel!
- Kim jesteście? Czego tu chcecie? – spytała Wendy nie zważając na barda, który zwijał się z bólu. – Szybko! Mam dzisiaj zły humor, a wy wtargnęliście do mego zamku!
- A tak! Witam, szlachetna damo. Jestem Sineth. Były skrytobójca, do twoich usług – powiedział to uśmiechając się chytrze
- Oddawaj moje pieniądze! – powiedział muzyk, trzymając się za obolały nos. – Okradłeś mnie dwa razy
- Już mówiłem. Nie okradłem tylko zbierałem by wyleczyć mojego biednego, upośledzonego brata! – wskazał na mężczyznę siedzącego obok. Wszyscy na niego patrzyli, ze zdziwieniem.
- Przecież on jest zdrowy!
Zabójca wytrzeszczył oczy ze strachu i popatrzył na swego brata, który siedział jak gdyby nigdy nic na krześle i bawił się martwą ręką jak szmacianą lalką. Klepnął go w ramię.
- A tak! Aaauuu!!! – Postać wygięła się na krześle i zaczęła się wić po stole, trzymając się za brzuch i krzycząc piszczącym głosem – Ała! Mój brzuch! Pomocy!
- Nie wspominałeś, że był upośledzony? – spytał Karraf
Przerażenie znowu zagościło na twarzy łotrzyka, który palnął brata w łeb.
- Tyle razy to obmawialiśmy idioto! Jesteś chory na umyśle! A nie ty mi tu cyrki odprawiasz z bólem brzucha!
- Sam jesteś idiotą! Ja mogę zaraz być chory na umyśle. A co. Patrz. – postać znowu siadła na krześle, zrobiła zeza i zaczęła się ślinić.
- Tak czy siak, ten pół mózg to mój brat, Roctuss. Nie jesteśmy do końca spokrewnieni, ale trzymamy się razem odkąd tylko go spotkałem. Był jak ja, wygnańcem. Tylko przez to, że jest pół elfem, pół krasnoludem. Może i jest odmieńcem, ale za to świetnym kompanem i potężnym kapłanem Grrosha.
- Czekaj, stój! Co? Grrosh to bóstwo orków. – Wendy wyglądała na zaskoczoną
- Widzisz, Grrosh to także bóg wojny i tułaczki. A on od małego uciekał przez wieczną wojnę na południu. Ale to może innym razem. – popatrzył na Roctussa, który dalej siedział i się ślinił – ogarnij się już! Oni wiedzą, że jesteś normalny. Przynajmniej w teorii.
- Haha! Widzisz, wszystkich nabrałem! – zaśmiał się piskliwie – tak jak mój brat powiedział jestem Roctuss, potężny kapłan. Lepiej mnie nie denerwujcie!
- Bo co?! – Spytał wyzywająco Karraf
- Krasnoludzie, przyjacielu. Widziałem, co zrobiłeś ze strażnikami i znam twoją siłę, ale uwierz, nie chcesz go rozwścieczyć. Większość strażników zginęła z jego ręki. – uspokajał go Sineth – A właśnie, droga pani pytasz co tu robimy. Widzisz, powiedzmy, że próbuję odpokutować stare winy. Staram się zabić każdego z mojej starej gildii. Łącznie ze stałymi klientami. Widzisz twój tatuś, dosyć często miewał do nas interes. Pierw zabił własnego ojca by dojść do władzy. Potem służącą, która zaszła w ciążę, następnie swoją żonę, która chciała narobić mu „jakże dobrej” opinii na forum królewskim. Na koniec kazał im złapać ciebie żywcem. Co jak widzisz nie skończyło się dobrze. Jednak jeszcze dużo zostało do zrobienia.
- Ten pryk nie żyje, więc już mnie nie będą ścigać. Prawda?
- Z tego co go przesłuchiwałem to niestety nie. On tylko złożył do nas sprawę. Sam pracuje dla tego orka. Ale nie bój nic zajmiemy się tym orkiem.
- Idę z wami – odparła – Chcę się zająć tym orkiem raz na zawsze.
- Nie ma opcji! Ten ork jest mój! Idę z wami! – Karraf chwycił halabardę i wbił ją w stół
- No to chyba wszyscy idziemy, tak? – spytał ucieszony Flinar
- No ty akurat mógłbyś tu zostać – powiedzieli zgodnie krasnolud z kapłanką
- Ej, nie bądźcie dla niego tacy oschli. Jak powiedziałem przyjaźnie zawarte w celi trwają wiecznie. Po za tym nasza księżniczka nie dała by sobie sama rady. – Sineth uśmiechnął się złośliwie do barda
- Dobra, tak więc drużyno, ruszymy po obiedzie. Częstujcie się. Może jedzenie jest wczorajsze, ale jeszcze dobre. – oznajmił Roctuss – może coś o sobie opowiecie przy okazji?
Wendy i Karraf popatrzyli na Flina z przerażeniem – Nie! Wystarczy jak się przedstawimy! – krzyknęli razem.
- Mów mi Wendy, a to jest Karraf. Nie chcemy już żadnych opowieści.
- Ohh… szkoda. Ale skoro tak to jestem Flinar, ale możesz mówić mi Flin.
- Flin – powtórzył elfi krasnolud, plując sobie w brodę – Czy ktoś Ci mówił, że masz beznadziejne imię?
Wszyscy w sali popatrzyli na siebie z lekką ironią w spojrzeniu.
Źródło Przygód IV : Chłodne spotkanie płomiennej postaci
Bohaterowie przyśpieszyli kroku ku płomieniom, które ujrzeli w drodze do Pachnącego Zboża. Ogień był daleko od nich. Pomimo odniesionych wcześniej ran oraz zmęczenia biegli tak szybko jak mogli. Po chwili ujrzeli pierwsze chaty wsi. Bez zastanowienia minęli je i podążali w kierunku ognia. Nagle płomienie znikły tak szybko jak się pojawiły.
- To nie jest dobry znak – stwierdził Flin.
W końcu nieco za wsią znaleźli rozżarzone jeszcze drzewa i spaloną trawę. Przykucnęli za jednym z konarów i obserwowali teren w poszukiwaniu smoka. Ani na ziemi, ani w powietrzu nie było nawet śladu gadziny. Ruszyli zatem skuleni w stronę kolejnych drzew, obserwując i nasłuchując otaczający ich teren. Bard wdepnął w coś i zdławił w sobie kobiecy okrzyk strachu.
- Karraf popatrz! Zwłoki! – zapiszczał muzyk do krasnoluda.
Rzeczywiście, bard stał właśnie na spalonym, małym szkielecie. Zwłoki były jeszcze ciepłe od ognia, który prawdopodobnie chwile temu je strawił.
- Biedne małe dziecko. Jak to się stało, że poległ w tak młodym wieku. – Flinar klęknął, ze łzami w oczach i przytulił małe zwłoki do piersi – Pomścimy cię. Nie pozwolę by życie dziecka poszło na marne! Ten potwór jest już martwy! - krzyknął rozeźlony Flin.
- Weź się w garść babo! To goblin, a nie dziecko! – Karraf wyglądał na mocno zawiedzionego głupotą barda, który właśnie odrzucił od siebie osmolony szkielet – Ruszaj się! Nie ma czasu na twoje pajacowanie!
Ruszyli dalej pod osłoną drzew i nocy. Poruszali się powoli nie chcąc stwarzać najmniejszego dźwięku, który mógłby ich wydać na pastwę ognistego potwora. Nagle ujrzeli w oddali jakiś cień, który powoli poruszał się za drzewami.
- Karraf czekaj. Musimy pierw się rozejrzeć. Nie możesz tak na niego wybiec. – wyszeptał Flin, którego głos drżał z przerażenia. Wychylił się nieco zza drzewa i ujrzał – To kobieta! Musimy jej pomóc. - Bohater, który nagle stał się wielce odważny wyszedł zza drzew – Tu jest niebezpiecznie! W okolicy grasuje smok! Musimy się szybko gdzieś ukryć!
- Stój! Ktoś ty? – Odparła kobieta w płaszczu i kapturze.
- Ależ gdzie moje maniery? Witaj, jestem Flinar, podróżny bard i mistrz…
- Kłapania dziobem – przerwał mu Karraf, który wyszedł właśnie zza drzew.
- Tak czy siak. Jesteśmy poszukiwaczami przygód, którzy zmierzali do tych lasów w celu zgładzenia smoka, który rzekomo się tu zalęgł, dlatego nalegam byś się ukryła. Nie chcemy, by bezbronna kobieta ucierpiała z powodu jednego smoka. Przy okazji mów mi Flin – mrugnął do niej zalotnie, co kobieca postać od razu zignorowała.
- Nie jestem bezbronna, Flin – wypowiadając jego imię opluła sobie brodę – Czy ktoś ci mówił, że masz fatalne imię?
- Mówiłem – rzekł Karraf cicho pod nosem, potwierdzając słowa kobiety.
- Tak jak już wspominałem, grasuje tu smok! Powinnaś się ukryć! – zbliżył się do niej bard.
- Stój gdzie stoisz! Tu nie ma żadnego smoka! A was pewnie najął ten parszywiec! – warknęła, wyciągając przed siebie obie dłonie.
- To skąd ten ogień? – Spytał Karraf.
- Jakbyście nie wiedzieli! Jeszcze jeden krok i was zabiję! - odezwała się zakapturzona postać, zaciskając zęby.
Bohaterowie stali wryci jak słup soli. Nie zdawali sobie sprawy z tego, w co się wmieszali. Nagle zza drzew wyskoczyło pół tuzina goblińskich najemników.
- Tak myślałam! Jesteście z… nimi…? – kobieta po chwili zrozumiała, że bohaterowie nie przyszli po nią, po tym jak krasnolud rozpłatał dwójkę goblinów jednym cięciem, a Flin ustrzelił kolejnego zamachowca ze swojej kuszy. – Czyli jednak nie jesteście z nimi? - kobieta odetchnęła z ulgą.
- Mówiliśmy ci! Przyszliśmy po smoka! Nic o tobie nie wiedzieliśmy. Po za ty już wcześniej nas zaatakowały te gobl… - bard przerwał w pół zdania i padł na ziemię. W jego plecach tkwiła strzała.
- Kurwa! – Krzyknął Karraf podbiegając do rannego towarzysza i zasłaniając go pawężem przed kolejnym strzałem goblina.
Nagle kobieta zdjęła kaptur od płaszcza, a piękne płomienno-rude loki opadły na jej ramiona. – Teraz wam pokażę wy małe potworki! – Wysunęła ręce spod płaszcza, mruknęła coś pod nosem a z jej dłoni buchnął ogień trawiąc pozostałych goblinów, którzy rzucili się właśnie na krasnoluda. Gdy płomienie doszczętnie strawiły gobliny, ruda czarodziejka machnęła znowu dłonią, gorący żar wrócił do niej, a na rękach i twarzy przez chwilę pojawiły się świecące tatuaże w kształcie płomieni, niczym rozżarzone pręty, które zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Gdy czarodziejka skończyła zaklęcie, szybko pobiegła w stronę rannego barda i krasnoluda klęczącego obok niego.
- Karraf, przepraszam… - Flin wziął głęboki wdech, dusząc się – od teraz musisz iść beze mnie. Uratuj ją! – jego zimne spojrzenie padło na młodą kobietę. Po chwili jego powieki zamknęły się, a głowa opadła bezwiednie.
- Przepraszam. Czuję się za to odpowiedzialna. Może jakbym szybciej zareagowała nie doszło by to tego. A teraz on… - czarodziejka wpatrywała się w nieruchome ciało barda.
- Ta. Jakbyś się pośpieszyła to może on by tak nie dramatyzował. Wstawaj głąbie! – Krasnolud klepnął Flina w głowę. – Twoja lutnia przyjęła cały strzał. Nie umierasz, bałwanie!
- Nie umieram? – nagle ożywiony Flin usiadł z wrażenia. – Faktycznie, jestem cały! Chwila, co powiedziałeś o Wykidajle? – rozejrzał się i podniósł roztrzaskany instrument – No, to teraz możecie mnie dobić!
- Nie byłeś ranny przez cały ten czas?! A ja zaczęłam się nawet o ciebie martwić! – ruda dziewczyna wyglądała na wściekłą, a w jej dłoni pojawił się płomień, który oświetlił całe jej ciało przez co bohaterowie mogli w końcu się jej przyjrzeć.
Nieco niższa od Flina, czarodziejka o włosach tak chaotycznych, co pięknych, posiadała delikatne rysy twarzy. Łagodnie jasna skóra i piegi sprawiały, że wyglądała bardzo młodo. Flin zauważył jeszcze jeden szczegół. Pół szpiczaste uszy.
- Jesteś elfką? - spytał bard.
- Pół elfką, jeżeli mamy być dokładni. Moja matka była elfką a ojciec człowiekiem. – młoda czarodziejka wyglądała na spokojniejszą – A właśnie nazywam się Linuan Duan II z rodu Aterianda, ale mówcie mi Wendy. Jak zauważyliście jestem czarodziejką ognia, lub żywiołakiem, jeśli wolicie mnie tak nazywać.
- Wendy – powtórzyli razem poszukiwacze przygód.
- Piękne i bardzo proste imię – ucieszył się bard.
- Ta, w przeciwieństwie do twojego – zauważył krasnolud – Jestem Karraf. Tego pajaca już znasz.
- A co znaczy twoje oryginalne imię? – spytał oburzony Flin.
- „Elfi liść wśród ludzi”. Nadała mi je matka. Jest naprawdę piękne, ale nikt nie potrafi go powtórzyć. No cóż, chyba dla tego ojciec zawsze nazywał mnie Wendy.
- Czyli co, smoka nie ma? – spytał muzyk zasmucony myślą o utracie zdobycia sławy jako „Smoczy Pogromca”.
- Nie ma i nie było! Tylko ja, młoda, piękna i utalentowana ruda wiedźma. - dziewczyna przechwalała się - Wieśniacy nie odróżnią smoka od czarodziejki choćby widzieli ich z bliska.
- To co tutaj robiłaś i czemu ścigają cię gobliny? – spytał Flinar.
- Właśnie, dobrze, że mi przypomnieliście! Śpieszy mi się! Muszę jak najszybciej wracać do zamku. Przez te ciągłe ataki nie mogłam opuścić wsi. Jak nie najemnicy, to gobliny. Na szczęście ostatnio ataki osłabły. Pomyślałam, że zdążę się wymknąć. No cóż, ale może wy mi pomożecie? Obiecuję dużą nagrodę. - zreflektowała się.
- W sumie i tak nie mamy nic do roboty. Z chęcią ci pomogę. Co ty na to Karraf? - spytał Flinar.
- No właśnie panie wojowniku. Zależy mi na waszej pomocy. - czarodziejka wpatrywała się w Karrafa.
- Krasnolud, beznadziejny muzyk i ruda wiedźma? Żartujesz chyba? – warknął Krasnoludzki Kat.
- Wiesz, w sumie możemy zostawić tu tę beksę. Jest większą babą ode mnie! Głównie chodzi o twoją pomoc. – Wendy prosiła najpiękniej jak umiała.
- Dobra. Przekonałaś mnie, ale ten mazgaj i tak pójdzie za nami. Ruszaj się! Za pieniądze księżniczki kupisz sobie nową lutnię! W którą stronę? - spytał się Karraf.
- Na wschód! – Ucieszyła się wiedźma z pomocy nieznajomych i pokazała palcem w kierunku, wschodzącego już słońca.
- Chwila – przeraził się bard – Czy to przypadkiem nie tam pojechał ten ork?
- Świetnie! To będzie ostatnie nasze spotkanie z Anaresem! – krasnolud pogłaskał swoją broń.
- Z kim? – spytała zaniepokojona Wendy.
- Wszystko wyjaśnimy ci po drodze, w zamian ty opowiesz nam wszystko o sobie. – Ucieszył się bard z towarzystwa młodej czarodziejki – Ruszajmy!
Historia Postaci II : Krasnoludzki wojownik Karraf
„ Dwójka bohaterów zmierzała właśnie południowo-wschodnim szlakiem z Siwej Stajni w kierunku Pachnącego Zboża, wsi, w której według wieśniaków, zamieszkał smok. Już dawno minęła północ, budynków za nimi nie było już widać od dłuższego czasu. Byli bezpieczni i straż miejska raczej nie goniłaby ich aż do tego miejsca. - Rozbijmy tu obóz, jesteśmy już bezpieczni. – Warknął krasnolud.
- Przed… nami… daleka… droga… - wysapał zdyszany bard, po czym wziął głęboki wdech i kontynuował – Powinniśmy biec dalej, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej.
- Po pierwsze, nie dasz rady. Po drugie, w podróży nigdy nie wiesz kogo napotkasz. Wilki, bandyci i cholera go wie co jeszcze, czają się w ciemności. Rozbijamy obóz! Ruszamy o świcie! – Karraf zmierzył wzrokiem zmęczonego barda z obrzydzeniem i politowaniem.
Po chwili oboje pracowali przy zbieraniu drewna na palenisko i szykowaniu obozowiska. Wszędzie panował mrok, z wyjątkiem pięknego, bezchmurnego nieba wypełnionego gwiazdami. Było chłodnawo, dlatego czym prędzej rozpalili małe ognisko, przy którym szybko usiedli, aby nieco się ogrzać.
- Zauważyłem, że mówisz bardzo zwięźle, wręcz lakonicznie. Wszystko co chcesz mi powiedzieć kończysz przeważnie w kilku słowach. Twoją jedyną dłuższą wypowiedzią był plan ucieczki z więzienia. Czemu? – Spytał wyczerpany Flinar.
- Jestem wojownikiem, a nie poetą. Nie mam ochoty mówić teatralnie, jak ty. – wycedził Karraf.
- Ale chyba mógłbyś opowiedzieć coś więcej o sobie? Skąd pochodzisz? Jak stałeś się taki silny? Kiedy trafiłeś do miasta? I jakim cudem jesteś mniej zmęczony ode mnie, skoro biegniesz z takim wyposażeniem?
Krasnolud wyglądał na niezadowolonego tą falą pytań.
- Niech moje blizny opowiedzą moją historię! – warknął krasnolud.
Rozpiął klamry od napierśnika, który wyglądał na prowizoryczną robociznę. Zrobiony z poskładanych metalowych płyt zgrzanych ze sobą. Zdjął go, a następnie zajął się skórzaną koszulą, która również wylądowała na ziemi. Teraz Flin, mógł przyjrzeć się dokładniej krasnoludowi w świetle paleniska. Jego głowa miała charakterystyczny kształt zaokrąglonego sześcianu, jak w przypadku większości krasnoludów. Mocna, wręcz kwadratowa szczęka, pokryta była krótką brodą, a głowę porastały niewiele dłuższe włosy koloru brunatnego, przypominające bardziej sierść dzikiego zwierzęcia, niż normalną fryzurę. Nie był wysoki, za to jego muskulatura sprawiała, że wyglądał jak chodząca ściana mięśni. Był mocno opalony, jego skóra miała kolor niewiele jaśniejszy od pasów ze świńskiego grzbietu, którymi bard przypinał kusze do pleców. Inną rzeczą, która przykuła uwagę muzyka były blizny. Pokrywały niemal każdy kawałek tułowia i ramion, co przywodziło na myśl, że nogi mógł mieć ozdobione w podobny sposób. Jedynie na twarzy nie miał żadnej szramy. Część wyglądała na robotę zwierząt, inne były na pewno sprawką stali.
- Przepraszam, że zapytałem, ale muszę przyznać, że to nie zwykłe, że jeszcze żyjesz. Pewnie musiałeś wiele walczyć. - powiedział zaciekawiony muzyk.
- Widzę, że nie dasz za wygraną. Ehh… - wojownik założył na siebie koszulkę i usiadł wygodnie obok ogniska – Wszystko zaczęło się jakieś dobre pięćdziesiąt lat temu, w Akkarlad znanej również jako Lodowej Górze. Tam się urodziłem, jednak to nie było najlepsze miejsce. Podobno pochodziłem z najniższej kasty krasnoludów. Jak pewnie wiesz krasnoludzcy królowie są strasznie zachłanni na złoto i nie liczą się z nikim jeżeli mogą zdobyć go więcej. W szczególności ten zachłanny Arrathon Thar Akkarlad. Gdy jeden z szybów kopalnianych się zawalił, mój ojciec należący do kasty kopaczy zginął. Matka nie mogła pracować gdyż wychowywała mnie sama. Król słysząc, że jakaś rodzina nie przynosi mu zysków, rozkazał się pozbyć darmozjadów. Wysłał swoją straż by nas zabić. Moja rodzicielka zdążyła mnie ukryć na wysypisku, na zewnątrz góry. Składowano tam głównie popsute narzędzia, stare zbroje i inne odpadki. To właśnie tam została podobno zabita przez krasnoludzkich kuszników. Tak przynajmniej powiedzieli mi moi przybrani rodzice.
- Przygarnęli cię inne krasnoludy? – spytał zaciekawiony Flin.
- Na moje szczęście nie. – Karraf poprawił się nieco, wyprostował i kontynuował swą długą opowieść – Widzisz, nie wszystkie rasy żyją na własny rachunek. Przygarnęli mnie Muzhannaki, rasa czterorękich olbrzymów. Zwykłe plemię barbarzyńców i łowców, nic więcej. Żerowali oni na tym co krasnoludy zostawią. Kulturę i język przyjęli po swoich „żywicielach”. Co prawda, najwięksi czteroręcy osiągali maksymalnie sześć metrów, to i tak mocno wyróżniałem się z moich przybranych pobratymców. Byłem trzy razy mniejszy od niemowląt w ich wieku. Jednak Naylesha, moja matka, nie pozwoliła mnie porzucić i zastąpiła mi moją prawdziwą rodzicielkę. Dorastałem z nimi na wysypisku, ucząc się wielu przydatnych rzeczy jak rzemiosło, oszczędności, polowania i przetrwania w dziczy. Ale najważniejsze co wyciągnąłem z ich nauk to zamiłowanie do walki i siły. Od małego, wszystkie dzieci dokuczały mi, tylko dla tego, że byłem inny. W pewnym momencie nie wytrzymałem. Zacząłem ćwiczyć dzień i noc. Wdawałem się w coraz więcej bójek, a z każdą kolejną porażką stawałem się silniejszy. W końcu udało mi się, pokonałem jednego z moich braci. Mówię ci, ale była heca, jak odmieniec pokonuje czterorękie bydle w walce na pięści. W ich plemieniu rządzi ten kto jest najsilniejszy i zwycięży z wodzem na arenie. Chyba rozumiesz, że następną rzeczą jaką zrobiłem to udanie się na arenę i próbowanie moich sił z wojownikami? Co prawda dostawałem nieźle po głowie, ale z roku na rok pokonywałem coraz więcej olbrzymów. Aż w końcu nadszedł TEN dzień. Stanąłem naprzeciw wielkiemu czempionowi. Nawet nie sięgałem mu do kolan. - zaśmiał się krasnolud pod nosem – Dlatego czym prędzej próbowałem go powalić. Skoczyłem na niego z impetem byka, jestem prawie pewien, że w tym momencie powaliłbym wieżę – zażartował Karraf do Flina.
- „Chyba powaliłbyś cały zamek” – pomyślał ze strachem bard, który przypomniał sobie co rozpędzony wojownik, zrobił ze strażnikami w więzieniu.
- Tak czy siak, kolano mistrza areny złamało się z hukiem i olbrzym padł na łopatki. Wykorzystałem ten moment i wskoczyłem mu na klatkę piersiową i zacząłem okładać go pięściami po mordzie póki nie zaczął dławić się własnymi zębami. Cudny widok muszę przyznać. – stwierdził dumnie krasnolud – W ten sposób, według prawa klanu miałem stać się wodzem. Ja, wyrzutek! I tu, drogi chłopcze, zaskoczę cię, ale zostawiłem ich. Moje zamiłowanie do siły stało się obsesją, a skoro nie było tam nikogo, kogo mógłbym przewyższyć, postanowiłem wyruszyć w świat w poszukiwaniu godnego przeciwnika. Przed odejściem wykułem sobie poręczny nóż. I ruszyłem. Prawie dwadzieścia lat, na przemian, z dziczy do miast i znów do dziczy. Góry, lasy i wyspy. Zwiedziłem kawał świata. Miałem tam jednak parę nieprzyjemnych historii, które wolałbym ci darować i są takie, do których wstyd się przyznać. Tak czy siak, po tych dwudziestu latach wróciłem do plemienia.
- Czekaj! Już wcześniej to powiedziałeś ale myślałem, że się przesłyszałem. Spędziłeś dwadzieścia lat na obczyźnie?! A wcześniej przez długie lata walczyłeś we własnym plemieniu?! To ile ty do cholery masz lat?! – Spytał zaniepokojony muzyk.
- Coś koło pięćdziesięciu. Tak wiem jestem jeszcze dzieckiem, ale nie chciałem gnić w takim plemieniu do usranej śmierci!
- Pięćdziesięciu?! Dzieckiem?! Jesteś ode mnie starszy o ponad trzydzieści lat!
- Krasnolud dojrzewa dopiero w wieku siedemdziesięciu, niekiedy osiemdziesięciu. A jeżeli chodzi o najstarszych z krasnoludów to słyszałem, że jeden z tych pięciu gnid, krasnoludzki król, ma aż osiemset. Tak więc mój wiek nie powinien robić na tobie żadnego wrażenia. – oznajmił ze spokojem Karraf.
Bard wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Nigdy wcześniej nie zetknął się z krasnoludami ani z ich kulturą. Był to dla niego ciężki cios, który musi jakoś znieść. Czuł się głupio słysząc o ile starszy jest jego nowy towarzysz, który nazywa siebie jeszcze „dzieckiem”.
- Chwila, na czym to ja skończyłem? – pogubił się nieco wojownik.
- Wróciłeś do plemienia – powiedział Flin, przypominając teraz dziecko słuchające rodzica, który opowiada bajkę na dobranoc.
- A tak, po dwudziestu latach wróciłem do swoich. Jednak to, co tam zastałem nie przypominało w żaden sposób tego co zostawiłem. – krasnolud spoważniał – Widzisz, Arrathon dowiedział się o mym plemieniu i nagle stwierdził, że jest okradany. Ze śmieci! Ten niedorzeczny głupiec zaczął najeżdżać plemię regularnie, zabierając im to co upolowali. Bali się mu przeciwstawić ponieważ, nie byli tak dobrze wyposażeni jak jego armia. Po za tym było ich raptem czterdziestu. Wpadłem w szał. Jedyne co miałem w głowie to chęć zemsty na tym starym dziadzie. Wiedziałem, że nic sam nie zdziałam, tym bardziej, że miałem na sobie parę skór zwierząt i wyszczerbiony nóż w ręku. Ruszyłem czym prędzej do kuźni i objąłem tymczasową władzę nad plemieniem, które przysługiwało mi po poprzednim zwycięstwie na arenie. Dniami i nocami, kuliśmy dla siebie broń, przetapiając każdy kawałek metalu jaki udało nam się zdobyć w hałdzie śmieci. W przeciągu dwóch tygodni zrobiliśmy ponad tysiąc gigantycznych stalowych, zaostrzonych prętów, mierzących co najmniej dwa metry. Sam dla siebie wykułem ten prowizoryczny napierśnik, pawęż i halabardę. Na całe szczęście zdążyliśmy przed kolejnym nadejściem straży. Wraz z całym plemieniem stanęliśmy naprzeciw krasnoludzkiej ekspedycji składającej się z raptem dwustu wojowników. Płotki, nic więcej. Czteroręcy mają niezwykłą krzepę, a rzucając tymi wielgachnymi metalowymi prętami, przypominali bardziej balisty niż barbarzyńców. Prowizoryczne bronie przebijały z łatwością stalowe pancerze i wbijały się jeszcze w ziemię na głębokość metra. Możesz sobie tylko wyobrazić jaka to siła. Jakbym tylko mrugnął, mógłbym stracić całe przedstawienie. Wszyscy leżeli martwi nie wiedząc nawet co ich dokładnie zabiło.
Bard wyglądał na przerażonego. - „Jak taki mały krasnolud mógł rządzić tak potężną rasą?” - Myśl ta nie dawała mu spokoju.
- Gdy tylko pozbierali wszystkie pręty, ruszyliśmy pod bramę miasta. Tam zaczęło się piekło. Tylko ja stałem na froncie, oni zajęli miejsce na wzniesieniu. Krzyknąłem jasno: „Król ma pokazać ten parszywy ryj przede mną, albo zmasakruję was wszystkich”. To było jak wepchanie kija do mrowiska. Cała armia wybiegała przez główne wrota z krzykiem: „Jak śmiesz psie obrażać króla. Zdrajco rasy!”. Na ich nieszczęście to były ostatnie słowa jakie wypowiedzieli. Nie mieli nawet jak wyjść na plac, większość z nich ginęła już we wrotach. Ani krasnoludzkie tarcze, ani zbroje nie stanowiły przeszkody, dla włóczni tych dzikusów. Stal tylko gwizdała nad moją głową. Niektórzy ginęli po dwóch a nawet po trzech od jednego pręta. Ci co mieli mniej szczęścia i nie zginęli od pocisków, umierali z mojej ręki. Byłem tak wściekły, że rozcinałem ich w pół nędzną halabardą. Wzdłuż, wszerz, to nie miało dla mnie nawet najmniejszego znaczenia. Chciałem po prostu wymordować te kanalie co do jednego. Moim pobratymcom skończyły się już pociski, jednak to oznaczało, że około dwóch tysięcy żołnierzy oddało życie za Arrathona. Walczyliśmy od świtu do samego zachodu słońca. Dopiero wtedy ten zawszony sukinsyn raczył wyjść. Obwieścił, iż chce oszczędzić dalszego rozlewu krwi. Prawda jest taka, że jego strata była po prostu ogromna. Tyle krasnoludów zmarło, a z mojego plemienia jedynie ja miałem zadrapania i to nieznaczne. „Teraz ci pokaże czym jest prawdziwa siła śmieciu!”. Po tych słowach rzuciłem się na króla na krwawym pobojowisku i zacząłem go tłuc po tej jego tłustej mordzie. Najwspanialsze uczucie powiadam! – Na twarzy krasnoluda zagościł uśmiech tak morderczy, że sami bogowie by się zlękli. – „Nie pieniądze! Nie władza! Tylko pięści zdolne zgnieść królestwo! To jest siła!” Mówiłem i lałem chama po mordzie, nie hamując się. Jego twarz wyglądała gorzej niż całe to pobojowisko. Przestałem dopiero gdy zrobiłem w jego gębie tak wielką dziurę, że uderzałem już samą ziemię, a śmieć przestał już nawet drżeć pośmiertnie. W bramie widziałem całą jego rodzinę i część straży. Wszyscy okrzyknęli mnie „zdrajcą” i „Krasnoludzkim Katem”. Zacząłem się tak głośno śmiać jak jeszcze nigdy wcześniej, a śmiech odbijał się echem od góry. Podniosłem wtedy moją halabardę i krzyknąłem „A to moja Krasnoludzka Gilotyna! Uważajcie bo sięgnie każdego z was!”. Aż wstyd było mi, że urodziłem się w tak tchórzliwej rasie. Pierwszy raz widziałem, by ktoś zamknął dziesięciometrowe, grube, kamienne wrota z trzaskiem.
- „A co jeżeli krasnoludowi odbije i zabije go podczas snu?” - Flinar zaczął obawiać się o własne życie.
- Kazałem pozbierać moim olbrzymom stalowe pręty, które są jeszcze w dobrym stanie. Po wszystkim ruszyliśmy w bezpieczniejsze miejsce. Zostawiłem ich w głuszy daleko na północny-wschód od Akkarlad. Tam ich zostawiłem i powiedziałem, że następnym razem mają zrobić to samo, jeżeli ktoś będzie miał z nimi problemy. Zostałem okrzyknięty bohaterem. Na podróżowaniu z plemieniem straciłem rok, a wracając utraciłem kolejny. I tak skończyłem tutaj z tobą, szukając kolejnych wyzwań, by zwiększyć swą siłę. - krasnolud rozejrzał się dostrzegając promienie wschodzącego słońca - Za bardzo się rozgadałem, już świta. Ruszajmy dalej! I obiecaj, że więcej nie zmusisz mnie do gadulstwa.
- Tak jest! – stwierdził Flinar skacząc wręcz na baczność, byle tylko nie zdenerwować Krasnoludzkiego Kata.
Źródło przygód II : Dobre pierwsze wrażenie cz II
Flinar grał jeszcze do późnej nocy. Karczmarz przez duży natłok klientów nie zamykał karczmy. Był niezwykle ucieszony z powodu zarobienia nie małej fortuny na napitkach kupionych przez słuchaczy tego magicznego występu. Wszystko było w porządku, aż do godziny trzeciej w nocy. Karczmarzowi zaczęło brakować trunków, a goście wraz z muzykiem zaczęli czuć się zmęczeni. Gdyby nie zapewnienia barda, iż zagra jutro, goście prawdopodobnie spali by w karczmie tylko po to, by móc go jeszcze posłuchać. Przed samym świtem karczma była już niemal pusta, a Flin odczuwając zmęczenie po swoim występie, zaczął zbierać się do swojego pokoju.
- Panie muzyk, zaczekaj pan! – krzyknął karczmarz biegnąc w stronę barda – Proszę, to twoja dola, jaśnie muzyku. – gospodarz wcisnął młodzieńcowi sakwę z garścią srebrnych monet do ręki – Pięćdziesiąt srebrników. Mam nadzieję, że jest pan zadowolony.
- Jak najbardziej. – odpowiedział zadowolony Flin – Zwróciło mi się nawet za tamtą kradzież z rana. Pójdę się teraz położyć, jeśli łaska. – przeciągnął się, głośno ziewając.
Gospodarz ukłonił się i wskazał schody prowadzące do pokoi na górze. Bard udał się tam niezwłocznie. Na pierwszym piętrze było tak samo jak na dole, nie było zbyt bogato, ale na pewno przyjemnie. Flin szedł chwilę długim korytarzem do pokoju, nie marzył o niczym innym jak o odpoczynku. Łącznie było siedem pokoi, cztery z tyłu i trzy z oknami na ulicę przed karczmą. Grajek, zaraz po wejściu do pokoju, rozebrał się i zasnął na łóżku. Spał mniej więcej do południa, po czym obudziły go krzyki na dole gospody. Poprawił swój nienaganny wygląd i zszedł na dół jak szybko tylko mógł. Na dole zastał przerażonego karczmarza i trzęsącego się ze strachu chłopa.
- Powtarzam ci to już po raz kolejny, gadasz głupstwa i niepotrzebnie straszysz ludzi w mieście! Nikt ich nie widział na tym kontynencie od prawie wieku. – starając się uspokoić zarówno chłopa jak i siebie po tym co usłyszał.
- Kiedy my mówimy prawdę. Panie! Zlitujcie się i ogłoście to w karczmie, że ten kto zabije tą gadzinę, dostanie nie małą fortunę! – powiedział przerażony chłop do karczmarza.
- Ja mogę pomóc. Jestem poszukiwaczem przygód. Potrafię dokonać wielu rzeczy. W czym problem? – dołączył do rozmowy Flin, widząc źródło dodatkowego zarobku
- Smok! Panie, smok grasuje tuż nieopodal, a oni mi wierzyć nie chcą. W strażnicy miejskiej mnie wyśmiali i powiedzieli, że za zakłócanie porządku mogą mnie do lochu wrzucić. Pan mi wierzy, prawda? Cała wieś uciekła tutaj, do miasta. Wszyscy widzieli smoka! - powiedział z przerażeniem w głosie chłop, gestykulując żywo
- Przed chwilą mówiłeś, że widzieliście tylko ogień w lesie. Poza tym, smoków już dawno nie ma. Część pozdychała, a część poleciała na wschód, na Smoczy Archipelag. Panie muzyk, lepiej go pan nie słuchaj! – wycedził karczmarz do Flina.
Jednak bard był zbyt zajęty rozmarzaniem – „Smoczy Pogromca! To przydomek, którym mógłbym się szczycić.” – myślał – Dobrze, pomogę ci! – Rzekł ucieszony młodzieniec do chłopa.
- Bogom niech będą dzięki! - wieśniak krzyknął ucieszony - Kieruj się na południowy wschód, do Pachnącego Zboża. Niedaleko znajduje się las, gdzie widziałem tę gadzinę. W przeciągu 3 dni drogi powinieneś zobaczyć naszą wieś. Śpiesz się! Przynieś mi łeb bestii, a dostaniesz pięćdziesiąt sztuk złota!
Bard wręcz wyskoczył z karczmy i szybkim krokiem ruszył w stronę południowej bramy. Pobiegł tak szybko, jak tylko mógł wąskimi uliczkami, aż znalazł się na dużym placu podobnym do tego przy zachodniej bramie, którędy przybył do miasta. Już miał przejść przez bramę, gdy nagle ujrzał kogoś próbującego wspiąć się po murze. To był ten sam typ, który wbiegł w niego poprzedniego dnia!
- Stój złodzieju! – Krzyknął Flin i podbiegł do łotrzyka tak szybko, jak tylko mógł. Gdy był już wystarczająco blisko skoczył na niego, powalając go na ziemię. – Oddawaj moje pieniądze, nędzna szumowino!
- Ohoho… Domyśliłeś się, że to byłem ja. Jaka wielka szkoda, że nie mam już tych pieniędzy. – Złodziej powalił bohatera na ziemie i uderzył go pięścią w twarz. – Proszę, nie zrozum mnie źle. Ja nie jestem tym złym, tylko pomagam biednym.
- No, w końcu was mamy kochasie! – muzyk rozejrzał się i ujrzał miejską straż, która otoczyła ich. – Teraz się nie wywiniecie!
Oboje zostali ogłuszeni i zakuci w drewniane dyby. Późnym wieczorem Flinar obudził się na wąskiej pryczy.
- Co jest? Gdzie ja jestem? – spytał zdezorientowany bard.
- W miejskim lochu. – odparł niski, wręcz basowy głos w cieniu celi.
- Zostaliśmy skazani za kradzież kosztowności mieszkańców. Haha, kto by pomyślał, że wezmą taką ciamajdę jak ty za złodzieja? – odparł skulony łotrzyk przy ścianie.
Flin w końcu mógł przyjrzeć się mu uważniej. Łotrzyk miał gęste czarne włosy, postawione ku górze. Miał dwie blizny na twarzy, jedną na podbródku, drugą zaś na policzku pod okiem. Inną charakterystyczną cechą były nadcięte uszy. Drugą postacią o niskim głosie był krasnolud. Odróżniał się od innych krasnoludów potężną muskulaturą.
- Ty psie! Nie dość, że mnie okradłeś to jeszcze wplątałeś w kradzież! Teraz to nieważne muszę, się stąd jakoś wydostać! Chwila, gdzie są moje rzeczy? – Flin zorientował się w jakiej jest sytuacji. Jest sam, zamknięty z dwoma kryminalistami. Nie ma nic przydatnego przy sobie, ani nadziei, że stąd wyjdzie.
- Spokojnie – odpowiedział łotrzyk – Nasze rzeczy zabrała straż. Znajdują się one piętro wyżej. Poza tym, mam na imię Sineth. Miło mi cię poznać. – odrzekł uśmiechnięty łotrzyk.
- Najpierw mnie okradasz, a teraz się ze mną witasz jak gdyby nigdy nic? - spytał oburzony Flinar
- Już mówiłem, to było w ważnej sprawie biednych i potrzebujących! Poza tym, myliłem się co do ciebie. Masz tupet rzucając się na łotrzyka, który cię niedawno okradł. No i jeszcze siedzimy tutaj razem. Nic tak nie wiąże ludzkich znajomości, jak siedzenie w jednej celi. Haha – zażartował Sineth.
- Coś w tym jest. – mruknął krasnolud. – Jestem Karraf!
- To wszystko co chciałeś powiedzieć? – spytał bard z niedowierzaniem, a krasnolud mu przytaknął. – Rozgadany jesteś – stwierdził ironicznie Flin.
- Czemu chcesz tak bardzo się stąd wydostać? Przecież dopiero co się zaprzyjaźniamy – spytał sarkastycznie łotrzyk.
- Nic o was nie wiem, oprócz tego jak macie na imię. Nie muszę wam nic mówić! - odparł rozjuszony Flin
- Wiesz za co siedzę – uśmiechnął się bezczelnie złodziejaszek – tak właściwie, za co MY siedzimy. Z tego co mówią strażnicy, to jegomość Karraf wdał się w bójkę za karczmą. Historia jest przezabawna, jeżeli znasz ją całą. Widzisz, za karczmą odbywają się nielegalne walki na pięści. Jest tam pewien osiłek, który żeruje na słabych podróżnych, a za zarobione pieniądze trzyma strażników z dala od jego walk. Problem w tym, że krasnolud powalił go jednym porządnym uderzeniem i jego ludzie pobiegli przerażeni po straż. Osiłek trafił do klasztorku i go opatrują no, a krasnolud siedzi z nami.
- No, to teraz twoje imię i mów czemu chcesz wyjść! – Warknął Karraf do grajka
- Nazywam się Flinar, dla przyjaciół Flin. Jestem podróżnym bardem. Muszę, się stąd wydostać bo chcę zabić smoka, który grasuje w wiosce nieopodal.
- Flin? – powtórzył krasnolud opluwając sobie brodę. – Po pierwsze, już nie lubię twojego imienia dzieciaku. Po drugie, nie dasz rady. Jesteś za chudy. Ja zabijałem niedźwiedzie gołymi rękoma. Ty pewnie nie dałbyś rady nawet kurze! – Mówił Karraf zbliżając się do barda. Minstrel klęcząc na podłodze starał się odsunąć od zbliżającej góry mięśni. Krasnolud był niższy od Flina nawet gdy ten był na klęczkach. – I co dzieciaku? Powinieneś wracać do domu!
Muzyk nie wytrzymał i uderzył głową w krasnoluda z całej siły. Zaczął wyć z bólu – Nie porzucę przygód choćby to miał oznaczać mój koniec! I z czego wy macie zrobione czaszki? O mało moja głowa nie pękła na pół!- krzyknął, wijąc się z bólu.
Krasnolud nie wyglądał na zadowolonego. – Masz jaja chłopcze, ale czaszki krasnoludów są przystosowane by dostać nawet najtwardszą skała w kopalni i dalej kopać! Czas zapłaty! – Krasnolud zamachnął się i oddał mu pięknym za nadobne. Flin padł na ziemie od uderzenia i stracił przytomność.
* * *
Flinar ocknął się dopiero w środku nocy. – Co się stało? – spytał.
- Udowodniłeś, że nie jesteś tchórzem. Pomogę ci z tym smokiem. Lubię wyzwania i lubię twoje podejście. Zostało tylko dwóch strażników na noc. Damy rade uciec. – odpowiedział krasnolud pełen dumy z czynu wychudzonego barda.
- Niby jak? Mamy te cholerne dyby, stalowe kraty przed sobą i uzbrojonych strażników. Nie damy rady. - odpowiedział bezsilny Flin
Krasnolud napiął mięśnie, stęknął i dyby na jego rękach rozleciały się na drobne drzazgi. – Nigdy nie mów nigdy! – Podszedł do stalowych krat – Wystarczy je trochę wygiąć, co? – Krasnolud napiął mięśnie jeszcze mocniej. Flinar patrzył na jego idealnie zbudowane plecy i ramiona. Po chwili krasnolud stał z żelaznymi prętami w rękach – Kto montował to badziewie?! Dobra, poczekajcie chwilę i jak na górze ucichnie, to wychodźcie. Na górze jest kluczyk od dyb i waszych rzeczy. – Krasnolud pobiegł z niezwykłą prędkością w stronę schodów. Po chwili było słychać trzask łamanych drzwi, krótki piskliwy krzyk i dźwięk stłumionego metalu.
- Dobra, na mnie już czas – oznajmił Sineth, z którego spadły dyby. W ręku trzymał wytrych, a na twarzy gościł cwany uśmieszek – No chodź ofermo po swój „kluczyk” jak to krasnolud powiedział. Ha. – Po tym śmiechu ludzki łotrzyk zniknął za schodami.
Flin stanął o własnych siłach i ruszył powoli w kierunku schodów. Wciąż huczało mu w uszach po uderzeniu krasnoluda. Po kilku krokach zatrzymał się na schodach i ujrzał drzwi rozwalone na kawałeczki, obok leżały nawiasy i kawałek ściany, które zostały wyrwane w trakcie uderzenia. Pod resztkami wejścia leżał nieprzytomny mężczyzna. Prawdopodobnie nieszczęśnik opierał się o framugę, kiedy wbiegł w niego krasnolud. Bard wszedł do pokoju i sięgnął po kluczyk znajdujący się na stole. Rozpiął sobie dyby po czym ujrzał drugiego strażnika. Ten leżał nieprzytomny w stalowej zbroi z wielką pięścią odciśniętą na klatce piersiowej. – „Czym jest do cholery ten krasnolud?” – pomyślał. Rozmasował sobie nadgarstki i ruszył czym prędzej do pokoju ze skonfiskowanymi rzeczami. Tam ujrzał widok jeszcze bardziej przerażający niż zmasakrowani strażnicy. To, co ich zmasakrowało stało właśnie odziane w stalowy napierśnik, w jednej ręce trzymał większy od siebie pawęż, w drugiej zaś, potworną halabardę, wyższą od samego barda.
- Jak ty do cholery tak walczysz? Przecież to jest większe i cięższe od ciebie! Jak? - spytał zdumiony Flin
- Dobrze! – odparł Karraf na pytanie, bohatera. – A teraz zabieraj swoje rzeczy i ruszajmy na smoka. Twój przyjaciel wyszedł już chwilę temu.
- To nie jest mój przyjaciel - powiedział Flin zakładając pasy i przyczepiając do nich bronie i „Wykidajłę” – Chwila, gdzie jest moja nowa sakiewka? Nie. Nie mów, że ON ją zabrał. Dwa razy! Okradł mnie DWA razy!
- Wynośmy się stąd! - pośpieszył go krasnolud - Potem zajmiemy się sprawą złodziejaszka.
- Chwila, chcę coś sprawdzić. – Flin szybkim krokiem podbiegł do rejestru strażników. – 32-gi dzień wiosny. Zapamiętaj to! Z nocy z 31-go na 32-giego udaliśmy się na wielką przygodę. – Bard dopiero po chwili zorientował się, że jest już sam w strażnicy. Wybiegł i zobaczył krasnoluda przy bramie miejskiej czekającego na niego. Karraf ogłuszył strażników stojących przy wyjściu i razem z muzykiem szybko wydostali się z miasta.
- „Smoczy pogromca to tytuł, z którego mój dziadek byłby dumny. Muszę go zdobyć!“ - pomyślał uradowany Flinar