Warszawa: przypadkowa zbrodnia bez kary
W chłodną niedzielę 17 marca 1996 roku Robert Gołąb wraz ze swoją dziewczyną, Katarzyną Kowalską od 8.00 rano handlowali sprzętem na giełdzie komputerowej przy ul. Grzybowskiej w Warszawie. Po godzinie 13.00 spakowali towar do swojego samochodu i ruszyli do mieszkania przy ulicy Lwowskiej 7. Zaparkowali przy kamienicy. Pani Katarzyna wyjmowała z bagażnika samochodu paczki, a pan Robert nosił je do mieszkania. Około godziny 13.40 z bramy przy Lwowskiej 7 wyszło dwóch mężczyzn w kurtkach i bawełnianych czapkach. Za nimi wybiegł z bramy cały zakrwawiony Robert B. Krzyknął na całą ulicę "łapać złodziei". Bandyci bili go, kopali, rzucili o ziemię. Jeden z nich przystawił mu pistolet do skroni i ukradł saszetkę z utargiem – 10 tys. starych zł. Mężczyźni zaczęli uciekać. W pościg za nimi ruszył sąsiad, Tadeusz Kowalski W tym samym czasie ulicą Lwowską szedł młody człowiek. Był to 20-letni student politechniki, Wojtek Król. Gdy bandyci znaleźli się na jego wysokości, Kowalski krzyknął "to bandyci, podstaw im nogę!". Ale młody człowiek nie zareagował. Napastnicy minęli go i pobiegli dalej. Kiedy znaleźli się obok młodej kobiety, Anny B., która też szła chodnikiem, jeden z bandytów sięgnął pod kurtkę, wyciągał pistolet, odwrócił się i strzelił. Celował prawdopodobnie w goniącego ich Tadeusza Kowalskiego, ale kula trafiła Wojtka Króla. Anna B. stała w tym momencie dosłownie metr od strzelającego. Ten odwrócił się do niej, a ich spojrzenia skrzyżowały się. Kobieta była pewna, że za chwilę również zostanie postrzelona, ale napastnik schował broń i uciekł.
Bandyci wsiedli do taksówki.Ten, który siadł na przednim siedzeniu, przekręcił kluczyk w stacyjce.– Jedź szybko, ojciec mnie goni – krzyczał.
Mieszkańcy Warszawy nie zapomnieli o Wojtku. W miejscu zabójstwa jest teraz tablica ku jego pamięci. W 1996 roku wciąż leżały tam świeże kwiaty, a kilka dni po zabójstwie ulicami stolicy przeszedł 25-tysięczny marsz przeciw przemocy i bezradności policji. Uczestnicy marszu nieśli transparent z napisem "To mógłby być każdy z nas".
Policja, prokuratura pracowały pod niespotykaną presją opinii publicznej. Po tygodniu od zbrodni zatrzymani zostali Mariusz S, Artur K., nieco później także Mariusz C. Cała trójka oskarżona została o napad rabunkowy w bramie ul. Lwowskiej. Mariusz S. o zabójstwo studenta. Pierwszy wyrok (październik 1999) - uniewinniający wszystkich oskarżonych ze wszystkich zarzutów - był totalną krytyką pracy policji i prokuratury. Barbara Piwnik, która przewodniczyła sędziom zarzuciła prokuraturze "porzucenie istotnych wątków śledztwa, budowanie oskarżenia na domysłach, przeprowadzenie ekspertyz zapachowych z "rażącym naruszeniem prawa". "To byli oni" - trwał przy oskarżeniu jego autor.
Po drugim procesie Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił oskarżonych z zarzutu zabójstwa i udziału w napadzie rabunkowym. W uzasadnieniu sąd zarzucił prokuraturze błędy w śledztwie, pomijanie istotnych wątków sprawy i budowanie oskarżeń na domysłach.
GOOGLE MAPS: <kliknij tutaj>
Miejsce postrzelenia Wojtka Króla oraz widok na tablicę ku jego pamięci.
GOOGLE MAPS 2: <kliknij tutaj>
Kamienica kilkadziesiąt metrów wcześniej, gdzie doszło do napadu.
Program TVP Info "Listy Gończe" poświęcony sprawie zabójstwa:









