Wilcza Pieśń - [Leo & Anto + Cris] - RPF Football
Och jestem tak cholernie dumna, że to, aż nielegalne!
Słodka tragedia wróciła. Nikt tak krzywdy nie zrobi jak ja.
Wilk Leo i Cris myśliwy na podstawie pięknej animacji Wolfsong ->https://www.youtube.com/watch?v=0FJvh4va78s
SAMI ZDECYDUJCIE CZY CHCECIE OBEJRZEĆ PRZED CZY PO PRZECZYTANIU. VIDEO ZDRADZA ZAKOŃCZENIE. ZALECAM PUŚCIĆ DO CZYTANIA! Komentarze mile widziane! Och, kocham tą animację <3
__________________
To był dobry rok dla Crisa, jego kariera rozwijała się, dostał się do wymarzonego klubu, został nominowany do swojej pierwszej nagrody Ballon d’Or, a teraz odpoczywał na zasłużonych wakacjach z przyjaciółmi. Zawsze interesował go ten dreszczyk adrenaliny, może dlatego zgodził się na wyjazd do Szwecji na polowanie… polowanie na wilki.
Przodkowie psów. Dzicy i nieokiełznani.
Polowanie na wilki w Portugalii jak i Hiszpanii było nielegalne, jednak tutaj w kraju skandynawskim? Szwecja uznawała te stworzenia za szkodniki, co było mu akurat na rękę. Marzył o spreparowanym wilku, którego mógłby postawić u siebie w salonie.
Pierwszego dnia ustrzelił szczenię, podrostka. Sergio mówił, że młode mogło mieć kilka miesięcy. A gdzie szczenię, tam i rodzice, prawda?
Kiruna było małym, lecz pięknym miastem położonym w pobliżu złóż rudy żelaza, według miejscowych żyło tu kilka watah, jednak Cris był słabym tropicielem, bo poza ciemnawym młodym nie spotkał innego osobnika. Do czasu, gdy potężny samiec nie wpadł do wynajmowanego przez nich domku.
Musiał go mieć – pomyślał wpatrując się w długie nogi i masywny tułów basiora, którego czarne futro błyszczało w mroku salonu. Dopiero potem zorientował się, że samiec trzyma w pysku wypchane szczenię.
- Puść go! - wykrzyknął wzburzony. Szczenię było jego!
Jednak duże, czarne oczy zwierzęcia przebiegły po wypchanych jeleniach, łosiach, lisach i innych stworach zupełnie ignorując wściekłego Crisa dzierżącego strzelbę.
- Powiedziałem puść go! – warknął odbezpieczając broń. Ciemny wilk zwrócił wzrok czarnych jak węgiel oczu w stronę Crisa, spoglądając na myśliwego bezmyślnie. Bestia mrugnęła po czym rzuciła się w bok, mijając go o włos.
Drzwi były otwarte wpuszczając zimne, zimowe powietrze do środka. Cris odziany w puchową kurtkę, skórzane rękawiczki i bobrzą czapkę wybiegł z domku zatrzaskując za sobą wejście.
On jest mój! – pomyślał biegnąc tropem czarnego basiora. Pamiętał jak po wielu godzinach w pokrytym białym puchem lesie zobaczył szczenię, które wyskoczyło z nikąd, wprost pod strzelbę Crisa. Oddał strzał.
Wciąż słyszał huk wypalonej broni.
„Hej Cris! Nic Ci nie jest?”
Sergio i Marcelo odstraszyli wilka, który zjawił się tuż po postrzeleniu szczeniaka. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to był ten sam basior. Ojciec młodego. Oba wilki miały to samo czarne umaszczenie i kształt głowy. Te same, ciemne oczy błyszczące jak rozżarzone węgle.
Jednak przeklęta bestia ukradła jego pierwsze trofeum, a tego nie mógł wybaczyć.
- Będziesz stał tuż obok swojego młodego – wychrypiał wzburzony brunet biegnąc przez ośnieżony las. Zimne powietrze uderzało w opalone Hiszpańskim słońcem, policzki Crisa. – W moim salonie – zawyrokował.
Musiał go mieć, tak jak Sergio swojego niedźwiedzia, a Marcelo bizona. Ten czarny wilk będzie jego.
Po lesie rozniosło się ciche wycie, Cris udał się za dźwiękiem wpadając wprost na swoją zgubę. Basior mruczał liżąc futro szczenięcia, jednak, gdy zauważył myśliwego wstał zasłaniając młode ciałem. Rząd białych zębów drapieżnika zostało ukazanych jako ostrzeżenie. Tylko, że Cris za nic miał to cholerne stworzenie. Bestia ukradła coś co należało do niego.
- Zaraz się z Tobą policzę! – wykrzyknął załadowując strzelbę. Czarny wilk przykucnął gotując się do skoku, błysnęły zęby, a palce Crisa ześliznęły się ze spustu. Chwycił strzelbę oburącz odpierając atak basiora, który rzucił się z paszczą do jego twarzy. Czarne oczy drapieżnika spoglądały w tęczówki wściekłego Crisa, czującego oddech śmierci na karku. Nie mógł tu zginąć.
Wystrzelił tracąc kontakt wzrokowy z wilkiem.
Huk na chwilę go ogłuszył. Ciężkie cielsko przygniatające Crisa do skały zniknęło, bestia padła. Trafił?
Nie miał czasu na zastanawianie się, ruszył biegiem do szczeniaka, chwytając wypchane młode pod pachę, kątem oka zauważył podnoszącego się z oblodzonej ziemi skomlącego basiora. Środek głowy drapieżnika przecinała świeża szrama, krew spływała z łba wilka plamiąc biały śnieg.
Chybił.
Bestia wyglądała na oszołomioną i nieskoordynowaną.
Cris nie miał czasu rozmyślać nad basiorem, musiał uciec z lasu. Z wilkiem policzy się kiedy indziej. Ruszył przed siebie ile sił w nogach. Czuł wagę wypchanego szczenięcia pod pachą. Strzelba ciążyła mu w dłoni, lecz była jedynym co chroniło go przed rzędem ostrych zębów rozjuszonej, czarnej bestii.
Słyszał szum krwi i skrzypienie śniegu pod butami. W oddali zawył drapieżnik. Myśliwy stał się zwierzyną.
Cris biegł na złamanie karku, zapadając się w śniegu. Słyszał warkot zbliżającej się bestii. Czuł gorący oddech basiora na karku. Obraz zlewał się tworząc szare tło. Czy zginie w tym lesie? A może wróci do chłopaków wraz z czarnym wilkiem jako zwycięzca?
Brązowe trapery wpadły w biały puch skrywający dziurę. Cris potknął się turlając po wzniesieniu. Trofeum odtoczyło się znikając mu z oczu. Myśliwego bolała noga i plecy, jednak słyszał warkot basiora znajdującego się tuż za nim.
Nie zginę tu – pomyślał. Cris zerwał się na nogi celując strzelbą w bestię, jednak broń była pusta, a rozjuszony wilk stojący naprzeciwko niego wiedział o tym. Białe kły błysnęły wbijając się w chłodny metal. Basior warczał próbując wyszarpnąć strzelbę ze zmarzniętych dłoni Crisa, lecz ten wiedział, że bez broni białe kły zatopią się w jego szyi, więc trzymał stal w kurczowym uścisku.
Czarne oczy wpatrywały się w niego z nienawiścią, zaś szrama na trójkątnym łbie zamarzła. Cris zastanawiał się czy futro bestii będzie równie miękkie co to szczenięcia, jednak rozmyślanie przerwał mu wilk, który puścił strzelbę chcąc wbić ostre zęby w jego ciało. Myśliwy zasłonił się bronią w momencie, gdy bestia na powrót rzuciła się z paszczą. Kły chwyciły metal wzbijając uczepione ciało Portugalczyka w powietrze.
Cóż za siła – pomyślał lądując twarzą w białym śniegu. Nim zdążył się podnieść, basior naparł na niego przypierając ciało Crisa do pobliskiej skały. Białe kły znajdowały się tuż przy jego szyi. Czuł zapach mrozu na czarnym futrze wilka. Ciężki trójkątny łeb wbił się w jego klatkę piersiową, złość zdawała się rozpierać ciało bestii, która wbiła ostre kły w kurtkę Portugalczyka rzucając nim, niby szmacianą lalką.
Cris wzbił się w powietrze, opadając w dół skalnego wzniesienia. Bolała go twarz, łokcie i kolana. Cris uniósł wzrok spoglądając z wściekłością na przeklętą bestię, która tak go poturbowała. Basior zawył przeciągle jakby chcąc ogłosić światu swój triumf.
Bestia zgarbiła się szczerząc kły, czarne uszy położyła po sobie odsłaniając fafle.
Zaraz zginę – pomyślał Portugalczyk wpatrując się w długie łapy ugięte do skoku, jednak rozjuszony wilk zdawał się dostrzec coś za myśliwym. Bestia zachwiała się, wyglądała na… zrozpaczoną?
Jednak Cris nie miał czasu zastanowić się nad tym głębiej, ponieważ basior rzucił się ku niemu.
Nie zginie tu. Nie z powodu tej cholernej bestii.
Cris zerwał się na nogi przeładowując strzelbę w mgnieniu oka.
- No chodź! – wykrzyknął w świetle zimowego poranka.
Broń wystrzeliła.
Nastąpił huk.
Bestia pisnęła.
Pocisk przeszył klatkę piersiową drapieżnika. Ciężkie cielsko uderzyło o zmarzniętą ziemię, mijając Crisa o cal. Basior opadł po wzniesieniu zostawiając na białym śniegu smugę krwi.
Trafił.
Jednak czarny wilk miał wolę walki. Drapieżnik uniósł się na drżących łapach chcąc zbliżyć się do ciemnego futra leżącego nieopodal.
Trofeum – pomyślał Cris zbliżając się do szczenięcia przy którym padła bestia.
- Nareszcie – wycharczał klękając przy wypchanym młodym. Cris zanurzył palce w ciemnym futrze szczeniaka przyciągając trofeum do piersi. Czarna bestia wróci z nim do domu.
Stwór zaskomlał brocząc juchą na białym śniegu, wilk spoglądał z żałością na szczenię wyciągając doń masywną łapę. Czyżby bestia miała jeszcze siłę by walczyć?
Jednak jakież było zdziwienie Crisa, gdy czarny drapieżnik zaczął cicho wyć.
.
.
.
To nie był dobry czas.
Leo nigdy nie lubił Białego Zimna. Zwierzyny było mniej, niż Gorącą Porą, a ta cudem wytropiona była chuda i żylasta. Nie przeszkadzało mu to kiedy był sam. Umiał żyć z pustką w brzuchu czekając na pojawienie się pierwszych zielonych liści.
Jednak Anto pokazała mu, że nawet Białe Zimno da się lubić. Życie z piękną samicą wynagradzało mu czas głodu. Tak, gdy spadał śnieg, zwierzyny było mniej, jednak tym razem miał u swego boku ciepłe ciało swojej partnerki. Tropienie i polowanie we dwójkę było łatwiejsze. Razem mogli złapać Wielką Zwierzynę. Białe Zimno nie było już tak straszne, kiedy Anto była przy nim.
A potem przyszedł na świat ich pierwszy miot. Och, Leo o niczym tak nie marzył jak o rodzinie!
Ich piękny, piękny szczeniak Thiago. Syn Leo wdał się w ojca, wyglądali jak dwie krople wody, miał nawet te same wielkie uszy co basior. Życie ich małej watahy było dobre, w niedługim czasie na świat przyszły kolejne dwa młode - Ciro i Mateo. Szczeniaki jednak odziedziczyły po matce piękne, brązowe futro oraz jasne oczy.
Leo był taki dumny ze swojej rodziny.
Zapomniał o tym jakim ciężkim czasem było Białe Zimno. Leo zadomowił się w górach, poczuł się tu bezpiecznie. I to ich zgubiło.
Ojciec zawsze powtarzał, by Leo nie ufał górom. Tak, szare skały były domem wilków od pokoleń, jednak drapieżnik nigdy nie powinien tracić czujności. To była Noc Pieśni. Leo mógł wiedzieć, że nadchodzi zły czas, Wielka Gwiazda po raz pierwszy od lat została przysłonięta czarnymi chmurami. Białe światło skryło się przed wzrokiem wilczej rodziny.
Leo obudził się później, niż zwykle. Zawsze wstawał przed Anto wraz ze światłem, jednak tym razem do jaskini nie docierał blask słońca. Samica i szczenięta zniknęły. Basior nie wyczuwał zapachu swojej watahy. Musieli wyjść – pomyślał. Anto zawsze wyprowadzała podekscytowane szczenięta przed grotę w oczekiwaniu na zwierzynę. Leo zastanawiał się czemu partnerka nie obudziła go przed wyjściem. Basior przeciągnął się na ciepłym podłożu jaskini ogrzewanej przez sieć ciepłych źródeł. Leo nastroszył futro wychodząc na zewnątrz do rodziny, widział dużą ilość białego puchu przed wejściem.
Grota została przysypana zwałami śniegu. Basior potoczył wzrokiem po okolicy węsząc w powietrzu. Zapach Anto i szczeniąt był nikły, lecz nadal wyczuwalny.
Gdzie moja rodzina? – pomyślał spoglądając tępym wzrokiem w ślad łap partnerki prowadzący do zasp. Przecież tu byli.
Serce Leo zatrzymało się, gdy zrozumienie spadło na niego jak grom z jasnego nieba.
Anto, Thiago, Ciro i Mateo.
Byli tu wszyscy, a potem zeszła lawina.
Nie – pomyślał z przerażeniem rzucając się w zaspy. Leo kopał ile sił w łapach, odgarniając biały puch. Gdzieś tam pod spodem była jego rodzina walcząca o życie. Wiatr wył targając czarnym futrem basiora.
Nie.
Nie moja rodzina, nie oni – pomyślał kopiąc. Łapy pokryte gęstym futrem bolały z zimna. Noc Pieśni odbyła się mimo braku blasku Wielkiej Gwiazdy.
„ – Papi! Papi! Co teraz? – zapiszczał Ciro żując ogon matki, reszta szczeniąt spojrzała z nadzieją na ojca szukając odpowiedzi.
- Kochanie? – zakłopotana samica przyciągnęła najmłodszego syna do siebie, także wpatrując się w niego z pytaniem.
- Noc Pieśni musi trwać – oznajmił dotykając nosem, jej nosa. Wilcza tradycja będzie trwać.”
To jego wina. To wszystko wina Leo. Wilcza rodzina zawyła, jednak przodkowie nie byli zadowoleni. Dlaczego, więc mścili się na jego rodzinie?
- Anto! – zaskowytał czując pod łapami futro. Leo kopał szybciej uważając, by pazurami nie zadrapać ciała partnerki. Jednak kształt był mniejszy, a futro czarne. – Thiago? – Malec nie ruszał się. – Thiago – zaskomlał Leo chwytając syna zesztywniałego z zimna. Słyszał bicie jego małego serca. Leo z rozpaczą spojrzał na białe zaspy pod którymi wciąż leżała jego rodzina, jednak dźwięk dobiegający z ciała szczeniaka słabł. Basior schwycił syna ruszając biegiem do jaskini. Czarne futro wisiało bezwładnie ze szczęk ojca. Leo dotarł na tyły groty kładąc szczenię przy gorących źródłach. Ciepła para wsiąknęła w sierść syna basiora napełniając małe ciało ciepłem.
Tego dnia wilk przekopał pół góry w poszukiwaniu swojej partnerki i dwóch szczeniąt, jednak nie znalazł ich. Rodzina Leo zniknęła, pozostawiając mu do opieki jedynie najstarszego z synów – Thiago. Przodkowie oszczędzili pierworodnego.
Czasem żałował, że to nie Ciro albo Mateo. Kochał wszystkie szczenięta, jednak tęsknił za Anto, a młodsi synowie przypominali mu o niej. Nienawidził się za takie myślenie. Thiago, także stracił matkę i braci.
Nie mógł spać. Białe Zimno było coraz bliżej.
Znów zaczął nienawidzić tej pory. Nie mógł pilnować Thiago i polować. Jednak Białe Zimno nie było wyrozumiałe dla nikogo, nawet dla watahy w żałobie. Nawet dla Leo.
Potrzebowali pożywienia. On i mały Thiago. Szczenię zdawało się odzyskiwać radość życia, śpiąc jedynie, gdy ojciec śpiewał. Tak jak matka. Jak piękna Anto o brązowym futrze. Dzisiaj miała być Noc Pieśni, coś co kochał każdy wilk. Tradycja przypominała o rodzinie. Leo złapał tłustego zająca i wracał do syna. Będą dziś śpiewać.
To miał być dobry dzień.
A potem usłyszał grzmot.
Thiago – pomyślał przerażony biegnąc ile sił w łapach. Zostawił syna niedaleko groty, czyżby znowu zeszła lawina? Nie – pomyślał – ten dźwięk był inny.
Basior pokonywał las wielkimi susami gnając co sił do szczenięcia. Wciąż pamiętał dzień w którym przyszedł na świat. Mokra od wysiłku Anto spojrzała Lionelowi w oczy przedstawiając mu w porannym świetle ich pierwsze szczenię.
„ – To Thiago.
Młode było małe i ślepe, pachniało mlekiem samicy.
- Jesteś niesamowita – wyszeptał liżąc z czułością brązową waderę. Leo zetknął nos z małym noskiem syna wpatrując się w niego z zachwytem. – Kocham was.”
Nie… nie rozumiał tego.
Patrzył na czarne futro leżące na zamarzniętej ziemi i to… stworzenie trzymające w bezwłosych łapach szary patyk. Leo wypuścił z paszczy tłustego zająca wciąż czując na języku smak jego ciepłej krwi. Basior zszedł ze skały ku synowi. Leo szturchnął szczenię nosem próbując je obudzić.
- Thiago? – zaskomlał.
Dla… dlaczego się nie ruszał?
Ciało syna było ciepłe, i mimo, że od śmierci Anto minęło wiele dni to szczeniak wciąż pachniał mlekiem.
- Synku? – wyszeptał trącając miękkie futerko mokrym nosem. – Czas iść do domu.
Czuł zapach krwi.
Z zamyślenia wyrwał go świst, coś uderzyło o jego bok.
Boli – pomyślał odskakując od syna.
Dziwne, bezwłose stworzenia wymierzyły w Leo szare patyki. Zapach wydobywający się z nich gryzł go w nos. Owady wypadające z patyków kąsały Leo, szarpiąc jego ciałem.
To boli – pomyślał oddalając się od syna. Czarne oczy szczeniaka wpatrywały się w niego z zaskoczeniem.
„ – Papi!”
Owady kąsały raniąc Leo, huk wydobywający się z patyków sprawiał mu ból.
Tłusty zając leżał pod skarpą zapomniany przez czarnego wilka.
Bezwłose kreatury wydawały radosne dźwięki.
„- Dobra robota Cris! – zakrzyknął Ramos spoglądając z zachwytem na małą bestię.”
.
.
.
Stracił trop syna, jednak po wielu dniach w końcu go znalazł. Thiago pachniał trochę inaczej, jednak nadal był jego szczeniakiem, wciąż pachniał grotą i mlekiem, jednak pod spodem kryło się coś metalicznego. Leo schwycił czarne futro wbijając zęby w coś twardego.
Nie… nie zranił go, prawda?
Basior nie czuł krwi.
Zastanawiał się czemu zwierzęta za nim nic nie mówiły. Niedźwiedź, jeleń, łoś i lis wpatrywały się w niego bezrozumnym wzrokiem z otwartymi paszczami zupełnie jak jego syn.
Z zamyślenia wyrwało go to samo bezwłose stworzenie co poprzednio. Kreatura krzyknęła i miała patyk.
Ból.
Leo nie chciał by bolało, nie chciał, by Thiago został zraniony. Basior mrugnął, a w następnej chwili wypadł z dziwnej, drewnianej groty stworzenia. Zabierał szczeniaka do domu, obiecał mu śpiew. Noc Pieśni nie odbyła się, nie mógł kontynuować tradycji bez syna u boku.
Zanucił liżąc syna z czułością między uszami. Thiago nie mógł spać, nie bez piosenki. Szczeniak wpatrywał się w ojca czarnymi oczami. Powinien iść spać – pomyślał z rozczuleniem. W końcu dziś wielki dzień.
Zjedzą upolowaną zwierzynę i zawyją, a potem pójdą spać wtuleni w siebie. Jak za starych czasów, kiedy w grocie byli Anto, Mateo i Ciro.
Tylko najpierw pozbędzie się tego stworzenia. Kreatura znalazła ich po raz kolejny, krzycząc i wymachując patykiem. Leo czuł się jakby trwał w jakimś koszmarze.
Nie – pomyślał stając nad synem.
- Odejdź – warknął Leo szczerząc kły. Jednak stworzenie nadal krzyczało ignorując ostrzeżenie. Basior rzucił się na kreaturę chcąc zatopić w niej kły. Spojrzał z żałością w ciemne oczy stworzenia. – Zostaw nas w spokoju!
Ból rozpierał mu czaszkę, huk ogłuszył rzucając go na ziemię.
- Thiago?– zaskomlał unosząc się na drżących łapach. Czuł zapach krwi. Czy z jego synem wszystko w porządku? Zauważył kątem oka kreaturę trzymającą szczeniaka w bezwłosych łapach. Czego ten stwór od nich chciał? Jucha kapała mu do oka i spływała po nosie tłumiąc zapach syna.
Kreatura zaczęła uciekać.
Leo nie czuł zapachu Thiago, nic nie czuł. Tylko tę przeklętą krew. Wściekły zaczął wycierać pysk o śnieg, biały puch zabarwił się od juchy. Słyszał oddalające się kroki stworzenia uciekającego z jego synem.
Rozgoryczony Leo zawył, drapieżnik ruszył w pogoń.
Stwór strasznie hałasował poruszając się niezgrabnie po dominium wilków. Leo stracił węch jednak wciąż słyszał tę kreaturę. Cztery łapy były szybsze, niż dwie. Stwór sapał biegnąc na oślep. Popełni błąd – pomyślał podążając za Bezwłosym. Widział jak długa łapa kreatury zapada się pod jej ciężarem, stwór upadł tocząc się po wzniesieniu. Leo stracił z oczu szczenię, wpatrując się w Bezwłosego mierzącego do niego z patyka.
Głuchy dźwięk poniósł się po wzniesieniu.
- Oddaj mi mojego syna! – zawarczał rzucając się na stworzenie. Schwycił zębami patyk chcąc wyszarpnąć go kreaturze, jednak ta trzymała się go kurczowo jakby zależało od tego jej życie. Wzburzony Leo puścił zimny kij, który odmrażał mu język, by po chwili na powrót chwycić szary przedmiot. Jednak tym razem zaparł się odrzucając ciało stwora trzymającego patyk. Kreatura wydała dźwięk upadając nieopodal, lecz basior nie miał litości. Chciał pozbyć się stworzenia raz na zawsze. Leo przyparł Bezwłosego do skały wgryzając się w beżowe ciało.
Nie czuł krwi.
Rozzłoszczony rzucił stworem, który upadł kawałek dalej lądując na czterech łapach.
Nie podniósł się.
Leo zawył celebrując polowanie.
To dla Ciebie Thiago – pomyślał.
- No chodź! – warknął wpatrując się w stwora, jednak za nim, za Bezwłosym widział kłębek czarnego futra. Thiago, jego mały synek. Dlaczego przodkowie musieli ich tak pokarać?
Zrozpaczony basior rzucił się na oślep przed siebie chcąc za wszelką cenę dotrzeć do syna, do jedynej rodziny jaka mu została.
Obiecał Thiago piosenkę.
Ból przeszył klatkę piersiową Leo.
Pisnął.
Krew zalała mu paszczę, uderzył ciałem o zimną, twarda ziemię docierając do wpatrzonego w niego syna.
Za daleko – pomyślał. – Jestem za daleko – choć ciało bolało, a każdy wdech był coraz cięższy do nabrania, niż poprzedni, Leo zaparł się unosząc z lodowatej ziemi. Łapy ślizgały się i drżały nie mogąc utrzymać jego ciężaru.
Upadł.
Widział czarne oczy syna wpatrzone w niego z zaskoczeniem.
„ – Papi! Papi! Papi! ”
Słyszał w głowie głosy szczeniąt.
Stwór podszedł do poległego wilka odbierając mu ostatnią radość. Jego syna.
Zaskomlał.
Dlaczego?
Dlaczego to przytrafiło się akurat Im?
Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niego z zaskoczeniem.
Leo wiedział, że Thiago nie żył, kiedy usłyszał grzmot.
Owad, który wypadł z szarego patyka kreatury ugryzł szczenię. Pierworodny Leo odszedł.
Zginął jak ten tłusty zając, którego dopadł jego ojciec.
.
.
.
Zagryziony.
.
.
.
Myśliwy z zachwytem słuchał pieśni konającego wilka. Ojca, który po raz ostatni śpiewał swemu synowi. Cris nie mógł ich rozdzielić, nie mógł.
Myśliwy odszedł nieświadomy duchów rodziny, która połączyła się po miesiącach rozstania.
.
.
.
- Anto? – wyszeptał z nadzieją, nie śmiał otworzyć oczu bojąc się, że to sen.
Nie czuł bólu. Nie czuł niczego poza ciepłem.
- Witaj ukochany – rozpoznałby ten słodki głos wszędzie. Przestraszony Leo uchylił powieki wpatrując się w brązową samicę. Wadera wyglądała tak pięknie jak w dniu, w którym ją ujrzał spoglądając na niego ciepło. – Już dobrze ukochany.
- Papi, papi! – zaskowyczeli Ciro i Mateo dopadając do boku ojca. Szczenięta nic się nie zmieniły wciąż pachnąc mlekiem matki, wyglądały na zdrowe i silne.
Jednak to widok czarnego futra wzruszył go najbardziej. Ich pierworodny tyle przeszedł.
- Przepraszam Thiago, przepraszam – wyszeptał czując ból trawiący jego serce. Żałował, żałował tego co się z nimi stało. Z Anto, Mateo i Ciro, jednak nie mógł sobie wybaczyć, że nie ochronił Thiago, że zawiódł jako ojciec.
Lecz szczenię wciąż wpatrywało się w niego jak w bohatera. Dlaczego? Thiago uśmiechnął się trącając mokrym nosem, ten większy, ojcowski.
- Obiecałeś mi piosenkę, Papi.
.
.
.
Może przodkowie spojrzeli w końcu na nich łaskawszym okiem?











