Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa #Katowice, niedzielny foto spacer
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa Katowice, niedzielny foto spacer, Fot. Piotr Witowski Urokliwy Śląsk / Śląsk Jest Prze Śliczny

seen from United Kingdom

seen from United States

seen from India

seen from Malaysia
seen from United States

seen from United Kingdom

seen from United States
seen from United States
seen from Russia
seen from Japan
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United Kingdom
seen from United States
seen from United States

seen from United Kingdom
seen from China

seen from United Kingdom
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa #Katowice, niedzielny foto spacer
Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa Katowice, niedzielny foto spacer, Fot. Piotr Witowski Urokliwy Śląsk / Śląsk Jest Prze Śliczny
Murcki #Katowice stara architektura, jesienny foto spacer
Murcki Katowice Stara Architektura, Jesienny Foto Spacer Fot. Piotr Witowski / Urokliwy Śląsk / Śląsk Jest Prze Śliczny
966
Sznurek na membranie
Drzwi za odchodzącym rokiem szkolnym postanowiliśmy zatrzasnąć z hukiem, któremu towarzyszyły niskie pohukiwania bębnów ramowych, świsty wirujących w powietrzu peszli, brzęczenia marimb i wielu innych dostojnych instrumentów oraz przedmiotów pretendujących, zwykle bezskutecznie, do tego miana. W murach przyjaznej murckowskiej szkoły, w towarzystwie dzieci, niezawodnych współtowarzyszek mojej podróży oraz kilku dobrych duchów (tak, w Murckach żyją nie tylko czarownice, murckowska równowaga powinna być przysłowiowa) nasza mała-wielka spontaniczna Axis Mundi Orchestra zagrała pierwszy zamknięty, radosny dwudniowy recital. Lataliśmy wysoko na niskich tonach. W tej muzyce i rozmowach splatały się i porządkowały wątki, które do tej pory na zmianę tropiliśmy, łowiliśmy i znów wypuszczaliśmy. Łapaliśmy ślad wijący się między łaźnią, rynkiem, parkiem, to schodzący do Dolinki, to wspinający się na hałdę, gdzie na widok majaczących na horyzoncie Beskidów wątki wypadały nam z rąk i rozsypywały się po wysuszonym błocie. Człowiek wchodząc do lasy odzyskuje rozum, o czym była już mowa. Podobnie działa muzyka.
Osiedle, szkoła, las, park, kościół, dolinka, zwierzęta, Rynek, Rybaczówka (to nastąpił głośny protest, że to nie Murcki), boisko, odpust, Biały Domek (o tym może kiedyś więcej, intrygująca sprawa), plac zabaw, boisko szkolne, festyn przy kościele, dzwony, jezioro Barbary, droga, dźwięk roweru, ludzie całujący się na Rynku, szkolny dzwonek – to zestaw odpowiedzi dzieci na pytanie o dźwiękowe przestrzenie Murcek. Kopalnia zupełnie zniknęła już z przestrzeni dźwiękowej, brzmienie i zapach industrii nie miały szans na zadomowienie się w młodej pamięci (czy w świadomości, to jeszcze sprawdzimy). To zestawienie jest esencjonalne dla tego miejsca. Przypuszczalnie nigdzie indziej w Katowicach (może za wyjątkiem np. Doliny Trzech Stawów, ale to nie dzielnica) turkot obracających się szprych i rowerowych dzwonków nie mógłby konkurować na równych zasadach z kościelnymi dzwonami. Zbigniew Kadłubek w jednym z esejów swoich „Bezbronnych myśli” pisał o tzw. górnośląskim agraryzmie, witalizmie, jako o pewnej wykształconej w procesach historycznych postawie, dzięki której człowiek „oswojony tak samo z technologiami, jak z naturą i altruizmem, entuzjastycznie może przywitać nowe konstrukcje rzeczywistości postindustrialnej. Holistycznie objąć nieobejmowane dotąd płaszczyzny i aspekty życia”. Jeżeli ta utopia mogłaby gdzieś okazać się choć odrobinę możliwa, to chyba tylko w Murckach. Tu poszukiwanie drugiego człowieka, jako cząstki przyrody w industrialnym świecie, ze względu na położenie dzielnicy, nie musiało mieć tak rozpaczliwego charakteru jak w innych górnośląskich miastach-maszynach. Może również zmiana, która jest tu podstawową zasadą rzeczywistości również ma szansę odbyć się w sposób bardziej witalny i wspólnotowy…
Na koniec wspomnienie o zaskakującym instrumencie, który ujawnił się podczas szkolnego muzykowania. Jest nim kawałek sznurka z uchwytu bębna ramowego, który ze względu na swoją długość opiera się na jego membranie. Kiedy obrócić bęben do góry nogami i pozwolić sznurkowi na niej spocząć, zaczyna, po uderzaniu w instrument, drgać i brzmieć własnym dźwiękiem w harmonii z rytmem i wibracją membrany. Relacje dzieci potwierdzają, że na murckowskiej membranie leżą już krótkie sznurki. Długie już częściowo znaleźliśmy próbując wprawiać je w drganie. Również te, które póki co, służą tylko jako uchwyt utrzymujący bęben w dłoni …czas na nowe wynalazki i walenie w bęben!
Płacę tylko za las
Rozmowa z Sylwestrem Szwedą - część 1
AM: Zacznę trochę górnolotnie Juliuszem Rogerem cytowanym zresztą w opracowanej przez Ciebie książce „Ach te Murcki”: Na tych piaszczystych polach wyrosły wonne kwiaty pieśni gminnej, tam mieszkali wieszcze wśród ludu i z ludem. Zacznę pytaniem o to skąd w Murckach wziął się bard Sylwester Szweda?
SSZ: Czyli musimy sięgnąć do dzieciństwa – gdzie się Sylwek urodził i gdzie mieszkał jako dzieciak. Urodziłem się w Katowickim szpitalu na ulicy, dzisiaj chyba Raciborskiej, a potem mieszkałem przez piętnaście lat w Załężu, czyli jak to się w Katowicach mówi – w takiej rojber dzielnicy. Wcześniej była tam huta Baildon, kopalnia Kleofas i wiele mniejszych zakładów przemysłowych, więc mimo, że było tam kupa rojbrów, to nie było źle. Mieszkali tam, Cyganie, później wielu z nich przeniosło się do Lipin, i Grecy, nawet włosi, ale tych było niewielu.
AM: O, czyli takie śląskie multikulti?
SSZ: Trochę multikulti, a trochę takie śląskie Betlejem. Mimo, że biedne to wyszło stamtąd wielu ludzi, którzy dziś robią fajne rzeczy – i nie myślę tu o sobie. Tak więc moje korzenie to Załęże- choć to dzielnica odcięta od zieleni, to jako dzieci chodziliśmy często do lasu kochłowickiego, a w porywach nawet, kiedy mieliśmy więcej czasu, do samych Panewnik. Dzieci od pięciu, do ośmiu, dziesięciu lat – wtedy nikt się tym nie przejmował, dziś prawdopodobnie byłoby to karalne (śmiech). Jakoś przeżyliśmy. Chodziliśmy między innymi na cegielnię, która była na dzisiejszym Osiedlu Witosa. Tam zjeżdżaliśmy na takich metalowych wózkach… było rewelacyjnie. Były tam pola, łąki, wiejski klimat, czyli trochę taka typowa śląska wieś między Załężem a Załęską Hałdą. Za lasem, w okolicach Nadleśnictwa i dzisiejszej ulicy Kijowskiej była jeszcze stara huta, stare domy- wszystko to wyglądało wtedy jak wioska, tyle że przemysłowa.
AM: Czyli już wtedy ciągnęło Cię do zielonego
SSZ: Zawsze. Ale do lasu chodziliśmy też na łuski. Żołnierze ćwiczyli tam strzelanie i zawsze jakieś łuski zostawały i wtedy my ciach i łuski nasze. Tak sobie żyliśmy. Las zawsze był, ale troszeczkę daleko. Tutaj jest znacznie bliżej. Później mieszkałem jakiś czas, krótką chwilę na Wełnowcu, a potem w latach dziewięćdziesiątych, dokładnie w roku dziewięćdziesiątym trzecim wprowadziliśmy się tu, praktycznie z całą rodziną. To były lata, kiedy wybudowali domy dla górników, ale górnicy byli przyzwyczajeni do tego, że wszystko jest za darmo, albo na kartę, albo z dotacją, a to się nagle skończyło, więc trochę nie było na te domy chętnych.
AM: Czyli chciałeś wtedy właśnie do Murcek?
SSZ: Tak się złożyło. Wtedy mieszkał tu już nasz przyjaciel. Miałem koncert w muszli w Parku Murckowskim, pamiętam graliśmy akustycznie – śpiew, gitara, skrzypce, kontrabas, bo akustyk na tym koncercie był kompletnie pijany, więc kazaliśmy mu wyłączyć sprzęt i iść do domu, bo cały czas sprzęgało. Wtedy właśnie przyszedł tenże przyjaciel i mówi „wprowadź się bo są mieszkania, ja tu mieszkam, pracuję na kopalni jako inżynier i tu jest super” . I tak się tutaj znalazłem.
AM: Co Cię wtedy szczególnie przekonało do tego miejsca?
SSZ: To nie było tak, że nie miałem wcześniejszych kontaktów z Murckami. W latach osiemdziesiątych miałem tu dziewczynę, Anię, która była wicemistrzynią Polski w jeździe figurowej na łyżwach juniorów. Więc jeździło się tu na zolyty. Wtedy jeszcze była kopalnia, był gasthaus, wszystko to było spójne architektonicznie i myślę, że ta spójność dająca człowiekowi jakiś taki spokój wtedy mnie zaciekawiła. Lubię takie miejscowości, w których nie ma chaosu architektonicznego. O lesie wtedy jeszcze zbyt wiele nie wiedziałem. Wtedy przekonały mnie park i architektura.
AM: Czyli właściwie w Murckach, jeżeli dobrze to interpretują, pociągała cię enklawowość, o której rozmawiałem wcześniej chociażby z Olkiem Uszokiem. To, że jest to taka spójna, otoczona lasem, mała miejscowość, rodzaj wspólnoty w środku lasu?
SSZ: Jeżeli chodzi o enklawy to właściwie dotyczy to wieli miejscowości na Śląsku – na przykład każda z dzielnic Rudy Śląskiej to taka enklawa przedzielona osiedlami budowanymi w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
AM: Zgoda, ale tu właśnie jest dodatkowo las, który odcina Murcki od reszty. Właściwie jest tu jedna, dwie drogi, które komunikują dzielnicę z resztą Śląska. Tak to wtedy odebrałeś?
SSZ: Nie, wtedy nie zauważałem, że trzysta metrów w każdą stronę od Rynku jest las. Ale jak już odkryłem ten las to stwierdziłem, że wszystko w Murckach mam za darmo – płacę tylko za las. Woda za darmo, czynsz za darmo, wszystko, co płacę to za las. To jest skarb i trzeba o niego dbać. Mój ojciec w Załężu zawsze sadził drzewa, jak szalony.
AM: Bo tam akurat zbyt wielu nie było…
SSZ: Ale tam, gdzie mieszkaliśmy, na Wiśniowej, przed wojną była to ulica Wilsona, te drzewa do dziś się ostały. Szczególnie, że w Załężu brakowało drzew, jakoś się tam o to nie dbało. Niby był park, ogród jordanowski, ale strasznie to było zapuszczone. Pamiętam, że na boisku piłkarskim grano tak intensywnie w bala, że nie było na nim nawet źdźbła trawy. Jak zamontowano światło to grano na nim non stop, nawet w nocy (śmiech), a dziś boisko w Murckach stoi puste. Ale wtedy nie było komputerów, internetu, były inne czasy.
AM: Wróćmy do Murcek. Mówi się, że to zamknięta dzielnica, hermetyczna społeczność, z którą trudno się zasymilować. Jak to odebrałeś wtedy, kiedy się tu wprowadziłeś?
SSZ: W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku rzeczywiście tak to odebrałem. Była kopalnia i albo się pracowało na kopalni, albo się tu nie mieszkało. Powodowało to, że ta społeczność była bardzo hermetyczna. W okresie dwudziestolecia międzywojennego Murcki były najbogatszą gminą na Śląsku. Niejako przejęła bogactwo od Księcia Pszczyńskiego, który niby miał tu jeszcze jakieś dobra, ale na skutek nie płacenia podatków częściowo mu je odebrano. Nie zmienia to faktu, że i przed wojną i po wojnie, tak długo jak istniała kopalnia Murcki to była zamknięta społeczność. Nie było tu nowego osiedla, a ciekawostką jest to, że mieszkało tu około sześciu tysięcy mieszkańców do momentu wybudowania Tychów. Wtedy liczba mieszkańców zmniejszyła się do trzech tysięcy. Wielu ludzi, którzy mieszkali na tzw. kupie, w mieszkaniach jedno, dwupokojowych, i było im ciasno wyniosło się właśnie do Tychów. Wtedy wybudowano w Murckach osiedle i różnica się wyrównała. Budowa osiedla to moment, w którym ta hermetyczność została złamana, choć nie do końca. Bo choć byli to przyjezdni z kieleckiego, rzeszowskiego, górale z Beskidu Żywieckiego (był nawet autobus dowożący ludzi z Ujsoł) itd. to dalej pracowali w kopalni. To się skończyło dopiero, kiedy kopalnia, która załatwiała wszystko – utrzymywała szpital, dom kultury, zapewniała opiekę, rozrywkę, przestała istnieć. Niestety kopalnia niczego nie chciała oddawać ludziom choćby za darmo. Wszystko chciała sprzedawać, co spowodowało chociażby, że przepadło wiele zabytków. Ja niestety zbyt późno zorientowałem się, że trzeba to ratować. Teraz próbuję ratować łaźnię. Ta walka trwa już ponad dwa lata i jak tak dalej pójdzie, zanim miasto, albo ktoś inny to przejmie, to już nie będzie czego ratować. Aczkolwiek kopalnia powinna to zbywać, bo ma długi, jeżeli chodzi o podatek VAT i zrzekać się takich obiektów na rzecz skarbu państwa. Nie robi tego, a szkoda, bo dzieje się to ze szkodą dla zabytków, które nam jeszcze zostały.
AM: A jaką w tej chwili ta łaźnia mogłaby pełnić funkcję? Czego więcej Murckom potrzeba? Las jest, sklepy są, dom kultury jest…może gastronomii trochę brakuje.
SSZ: Myślę, o czymś na kształt Galerii Szyb Wilson. Biura, firmy, ale obok tego muzeum regionalne, miejsce do koncertów, spotkań, filmów. Jest dom kultury, ale on się mieści w budynku mieszkalnym. Do tego są schody będące barierą dla niepełnosprawnych, są mieszkańcy, więc nie można tam robić żadnych większy imprez. Jest to niekorzystne zarówno dla domu kultury jak i mieszkańców…
Z Murckowskiej Księgi Przysłów
Zaczynamy nowy blogowy mini-cykl, do którego zainspirowała nas wizyta w pozytywnej murckowskiej szkole podstawowej. Jak się okazało powrót do podstawówki wciąż może wiele nauczyć nawet tak zmurszałe Enty, jak my. Wystarczy otworzyć się na wiedzę i poruszać korzeniami (lub nogami w zależności od tego, kto, czym dysponuje).
Wielka, zabudowana polana
Kontynuacja rozmowy z Aleksandrem Uszokiem
AM: Ale ta obcość się już przedawniła…?
AU: Tak, i w odniesieniu do Murcek używa się określenia „enklawa”, na co miało wpływ wiele spraw i wiele zjawisk to warunkuje. Weźmy usytuowanie przestrzenne – od dowolnego miejsca Murcek las znajduje się w odległości od pięciuset do tysiąca metrów, jest z każdej strony. Murcki to takie maleństwo pośród lasu.
AM: Wielka zabudowana polana…
AU: Coś w tym rodzaju. Gdyby nie wieża kościelna to patrząc z hołdy w Kostuchnie pewnie byś ją przegapił. Tak więc Murcki zawsze były w pewien sposób odizolowane. Z kolei ze względu na intensywną eksploatację węgla Murcki na bardzo długi czas były niejako „zamrożone” w rozwoju w kontekście rozbudowy. Również z racji tego nie pojawiali się nowi mieszkańcy. W tym sensie Murcki zawsze pływały we własnym sosie.
AM: A czy ta enklawa przypadkiem nie gotuje się teraz w tym sosie? Czy nie jest zdana na siebie? Z jednej strony jest ten mit patrona, o którym wspominałeś – księcia, kopalni, którzy wyręczali Murckowian w budowaniu tożsamości, zarządzaniu dzielnicą, braniu spraw we własne ręce. Gdzie się teraz zawiązują te relacje, po dokonaniu się ostatniego aktu starego porządku symbolizowanego przez kopalnię, z której zamknięciem wszyscy się już pogodzili? Czy Murcki nie mają syndromu porzucenia, dosłownie porzucenia w lesie, na peryferiach Katowic, odstawienia od uczestnictwa w budowaniu nowej tożsamości miasta?
AU: Wydaje mi się, że pod wieloma względami sytuacja Murcek w tym kontekście jest dość schizofreniczna, ale pozwól, że jeszcze na chwilę cofnę się wstecz. Ta enklawowość, własny sos nie jest sprawą nową…
AM: Tego nie powiedziałem, ale twierdzę, że wcześniej był jednak ktoś, kto ten sos mieszał trzymając chochlę.
AU: Niby tak, ale nie do końca. Na różnych etapach decydowały o tym różne aspekty. W latach trzydziestych, profesor Chałasiński chciał pisać swoją rozprawę socjologiczną o Górnym Śląsku. O rozpoznaniu tematu wybrał jeden aspekt, czyli antagonizm polsko-niemiecki po okresie powstańczo-plebiscytowym i wybrał do tego celu właśnie Murcki stwierdzając, że to miejsce jest Górnym Śląskiem w pigułce. Ta separacja sprawiła, że w Murckach na małej przestrzeni zogniskowały się zjawiska i problemy, które można było odnieść do całego regionu. To samo wydarzyło się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy profesor Nawrocki wziął na warsztat problem zmian w społecznościach górniczych, inny aspekt życia społecznego na Górnym Śląsku. I znowu, mimo być może pewnych inspiracji Chałasińskim doszedł do podobnego wniosku, że Murcki dla socjologa są wymarzoną sytuacją, taką próbówką…
AM: …na ściankach, której skrapla się rzeczywistość regionu w danym momencie historii…
AU: Właśnie. Jest, zatem jakieś przenikanie- coś tam paruje, coś z zewnątrz skapnie. Skład tej substancji jest w dawce idealnie nadającej się do badania. I tu właśnie decydował element enklawowości.
AM: A co w tej enklawie można by zbadać dziś?
AU: I tu wracamy do schizofrenii. Z jednej strony mamy to poczucie wykluczenia, „pozostania w lesie” w sensie oczywiście negatywnym, bo dziś zostawanie w lesie może też kojarzyć się przyjemnie (śmiech). To dotyczy raczej młodego pokolenia i festiwal Muszlownik, który skupił grupę młodych organizatorów może być dobrym przykładem lokalnego, kulturowego wentylu bezpieczeństwa. To jedna strona medalu. Z drugiej mamy Murcki, jako pioniera Katowic, jeżeli mówimy o samorządności. Murcki były jedną z pierwszych dzielnic, w których powstała Rada Dzielnicy, bardzo aktywna, funkcjonująca nieprzerwanie, z tym, że mówimy tu dziś o pokoleniu 65+. Więc założycielami tej nowej samorządności byli emeryci górniczy, czyli w jakimś sensie beneficjenci porządku, który wcześniej Murcki utrzymywał. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że przez te dwadzieścia parę lat skład rady niewiele się zmienił. Są więc aktywni udzie, którzy próbują jakoś na Murcki wpływać i młodzi, żyjący w przekonaniu, że nic nie da się zrobić. Jest marazm. Muszę im przyznać trochę racji, bo widać, że choć dzielnica próbuje coś robić, to miasto nie jest w tym kontekście dobrym gospodarzem. Wystarczy pójść chociażby w okolice murckowskiego rynku, żeby się przekonać, że od czasów zamknięcia kopalni infrastruktura tego miejsca niewiele się zmieniła. To jeden z ostatnich obszarów Katowic, w którym znajdziesz jeszcze stare, duże płyty chodnikowe itd. Jakość tej przestrzeni, również zabytkowych budynków, które wyglądają, jak wyglądają także wpływa na emocje i odczucia. Gdzie dziś upatrywać światełka w tunelu? To sprawa dość złożona…
AM: Wróćmy jeszcze do muzyki, od której zaczęliśmy. Dużo mówiliśmy o naturze, synergii z przyrodą, ale wątek natury, jako motywu dźwiękowego jakoś nam nie wybrzmiał. Były za to orkiestry górnicze.
AU: Wspomniałem Sylwka Szwedę tworzącego również w nurcie ekologiczno-przyrodniczym, ale wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z szerszym zjawiskiem nie tylko z muzyką. Bowiem Murckowioki to społeczność bardzo twórcza. Kiedy kilkanaście lat temu w Domu Kultury pojawił się pomysł na wydarzenie pod hasłem „twórcy murckowscy” to ludzie klupali się w głowy. Bo niby jak przy około pięciu tysiącach ludzi na tzw. krzyż znaleźć tylu, żeby uzbierało się na wystawę? Okazało się, że już piętnasty rok z rzędu pojawiają się nowe osoby, które malują i wystawiają swoje obrazy. W tej chwili to już kilkadziesiąt osób tworzących na przyzwoitym poziomie. Można by to nawet porównać z Grupą Janowską, gdyby nie to, że się nie sformalizowali. Wydaje mi się, że Murckowioki są większymi indywidualistami, niż mieszkańcy Nikiszowca (śmiech). A może po prostu nie pojawił się jeden lider…Jest też muzykowanie. Tradycje muzyczne są tu dłuuugie. Kiedyś działały tu różne zespoły np. Kapela Murckowioki i do dziś też tych muzyków trochę na Murckach jest. Część to osoby starsze związane niegdyś z orkiestrami górniczymi, a teraz muzykujące na własną rękę. Mamy też muzyków grających w zespołach nagrywających płyty. Jak na tak mała dzielnicę to muzyka naprawdę tu żyje. Biorąc pod uwagę proporcje, można by zaryzykować tezę, że Murcki są pod tym względem wybitne.
AM: Pomyślałem sobie, że moje rozmowy o Murckach będą skonstruowane na zasadzie takiego łańcuszka szczęścia, gdzie każdy rozmówca będzie mi polecał kolejnego. Kogo ty byś wskazał?
AU: Z wiekiem robię się wyznawcą dialektyki, więc zaproponowałbym Sylwka Szwedę, z którym jednak różnimy się spojrzeniem na pewne sprawy.
AM: Również tym, żeś ty nie jest Murckowiok, o czym nie powiedzieliśmy…
AU: No nie. Jeżeli chodzi o mnie to historia z Murckami jest dość dziwna. Dla mnie, jako mieszkańca Kostuchny do pewnego momentu Murcki były krainą za lasem, o której niewiele się wiedziało. Jako bajtel nie miałem zbyt wielu powodów, żeby tam jeździć. Natomiast nazwa „Emanuelssegen” była obecna, od kiedy pamiętam. Mój opa był blisko związany z kopalnią i w jego opowieściach ta nazwa zawsze się pojawiała. Nie miałem wtedy pojęcia, że opowiada mi właśnie o tej położonej o trzy kilometry dalej miejscowości. Potem, w latach późnej podstawówki byłem już na Murckach stałym gościem załapując się jeszcze na lata świetności kopalni. Tak te nasze związki stawały się co raz mocniejsze, a potem doszły sprawy zawodowe i działalność społeczna. Murcki to dla mnie miejsce zupełnie wyjątkowe i mimo, że tam nie mieszkam, czuję się z nim bardziej związany niż z miejscem zamieszkania.
Szkaradny zwyczaj
Niejaki Atanazy Kircher w swojej Musurgii powszechnej czyli wielkiej sztuce brzmień zgodnych i niezgodnych pisał, iż przyjął się “najszkaradniejszy zwyczaj, że nikt z kapelmistrzów, którzy kierują różnymi chórami (...) ani nie ceni innej muzyki oprócz własnej, ani nie raczy jej śpiewać” I dalej “Któż z poetów Italii spodziewałby się dojść kiedyś do wybitnej biegłości w poezji volgare, gdyby przedtem nie ogarnął umysłem i pamięcią najsławniejszych dzieł Petrarki, Dantego, Tassa, Ariosta, Sannazara i niezliczonych innych. Któż z malarzy spodziewałby się dojść do jakiejkolwiek sprawności w sztuce, jeśli nie będzie się starał z całą usilnością naśladować istniejących dzieł malarskich Albrechta Durera, Rafaela z Urbino, Michała Buonarroti, Guido Reniego, Rubensa i innych mistrzów. To samo powiadam zaleca się muzykom, bez czego, niech wiedzą, że niczym godnym z pewnością się nie wyróżnią.(...) Tak portret Heleny ukształtowany z najodpowiedniejszych składników czerpanych z wszelkich pomysłów innych autorów wyrazi harmonię pod każdym względem najdoskonalszą.”
Takoż i my chcemy poznać brzmienie Murcek, dźwięki Siągarni, echa Hamerli, styl muzyczny Wzgórza Wandy, melodie borówek bagiennych z Płonego Bagna i dęcia z kopalni. Muzykanci leśni i miejscy, małoletni i dojrzali, śpiewający i nieśpiewający, grający i słuchający! Zapraszamy na dwa wydarzenia, istne murckowskie dźwiękobrania: warsztaty muzyczne niepowtarzalnej Asi Miny i spacer dźwiękowy z Marcinem Dymiterem. Wpadnijcie żebyśmy mogli się odpowiednio dostroić i nie brnąć w szkaradny zwyczaj.
http://www.miasto-ogrodow.eu/strona/axis_mundi