Gdzie obecnie najczęściej szuka się informacji? Czy opłaca się czytać blogi? Rola blogerów i twórców internetowych w społeczności!
Szukając informacji, coraz częściej trafiamy na blogi (zarówno należące do instytucji, firm jak i osób prywatnych. Pytanie czy miejsca te są godne zaufania?
👥💬 Na temat roli blogerów i twórców internetowych w społeczności dyskutujemy pod linkiem. ⤵️
#willsmith #quotes #inspiracjanadziś #inspiracja #myślenie #placz #tylko #odważnie #krótko #natemat #dziękuję Możesz zrobić dwie rzeczy z tym co masz. Myśleć i zastanawiać się, co byłoby gdyby, jak by się mogło potoczyc inaczej to wszystko, co świadczy o tym gdzie i kim jesteś. Lub zostawić to za sobą i skupić się na tym, co możesz zrobić aby było lepiej. W pierwszej opcji nic nie zyskasz, tracisz swoją teraźniejszość i zaczynasz myśleć z lękiem o przyszłości. W drugiej bierzesz się do roboty i idziesz pozytywnie w przyszłość, nie ważne jak jest źle. Will Smith miał 2,8 mln dolarów oddać państwu, na szczęście pozytywnie szedł i wyszedł z tego. Inaczej pewnie by nikt o nim nie usłyszał, a On sam by musiał odrabiać to pracując lub odsiadujac w więzieniu. Co wybierzesz? 🤔💵🔙🔛🔜 (at Podkarpackie Voivodeship)
Samowydanie się (self publishing) zdobywa coraz większa popularność. I nie sądzę, aby było to coś złego. Wcale nie czeka na zalew grafomanii, bo on już nastał. Wystarczy spojrzeć na stan współczesnego dziennikarstwa. Tam widać to najbardziej.
Należy zadać dwa pytania: co spowodowało falę grafomańskiego tsunami i czy jest ono w jakiś sposób wyjątkowe. Zacznijmy od końca. Ot tak, dla zgrywy, bo w zaczynaniu od początku nie ma nic oryginalnego.
Otóż nie. Grafomania istniała sobie zawsze i miała się całkiem nieźle. Aktualnie zajmuję się literaturą popularną dwudziestolecia międzywojennego. I to, co się tam działo, przypomina współczesną sytuację, tylko na mniejszą skalę. Chociaż, jeżeli weźmiemy pod uwagę kontekst historyczny, to dla ówczesnych krytyków literackich wzrost grafomanii był równie przerażający. "Nieudolni" pisarze próbowali swoich sił w gazetach. Lata międzywojenne to złoty okres powieści odcinkowej, drukowanej na ostatnich stronach dzienników. A publikowano tam nie tylko Sienkiewicza, ale także pomniejszych autorów, których nazwiska zasypały piaski historii.
Podsumowując: dzisiejszy zalew grafomanii nie jest wyjątkowy. Takie rzeczy wydarzały się już w historii literatury. A teraz przejdźmy do pierwszego pytania.
Odpowiedź będzie złożona, bo na współczesne grafomańskie tsunami złożyło się kilka rzeczy. Po pierwsze: rozwój Internetu. Wszyscy otrzymaliśmy olbrzymią powierzchnię, którą możemy zapełniać treścią (np. ja piszę tego bloga oraz innego, o chwytliwej nazwie, Połącz kropki). Ale to nie znaczy, że wszyscy powinniśmy z niej korzystać. Aktualnie Internet przypomina zabazgrany mur i bardzo ciężko znaleźć wejście do pięknej kamienicy. Na szczęście niektórzy wciąż próbują to zmienić. Trzeba tutaj wspomnieć o nowych akcjach Spider'sWeb oraz NaTemat. Internauci otrzymali nowe miejsca do publikowania swoich treści. Jednak zanim tekst pojawi się w ramach wyżej wymienionych serwisów, przejdzie on przez oczy i ręce redakcji. I tutaj przechodzimy do drugiego aspektu współczesnej grafomanii: zanik instytucji opiniujących jakość treści. Upadek znaczenia krytyków oraz przekonanie o tym, że "wszyscy mogą mówić o wszystkim" doprowadził do zmniejszenia znaczenia słowa pisanego. Najczęściej obserwuję to u różnej maści blogerów. Gdy ktoś zwróci im uwagę, stwierdzają: to mój blog i robię tu co mi się podoba, spadaj, ty wstrętny GrammarNazi/lewaku itp., itd. Możemy mieć odmienne zdania na ten sam temat - ba! nawet powinniśmy! - ale to nie znaczy, że trzeba je zawsze wyrażać. A jak już się to zrobi, to trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje słowa, a nie zasłaniać się formą bloga.
Świat się zmienia. A wraz z nim modyfikacjom ulegają nasze sposoby odbioru oraz tworzenia tekstów kultury. Zamiast się obrażać, powinniśmy próbować zrozumieć i opisać te przemiany. Taka odpowiedzialność ciąży na osobach uważających się za elitę intelektualną.
Miłość na bogato to może i głupi serial. Ale świetnie bawiłem się ze studentami, gdy analizowaliśmy jakie wzorce osobowości rozpowszechnia. Nabijanie się z kultury masowej i popularnej, przy jednoczesnych wywyższaniu tekstów kultury wysokiej, to nie krytyka - to zwykła dziecinada.
(powyższy akapit zawiera fragment niedojrzałej krytyki kultury)
„Rozwydrzeni informatycy”, czyli naTemat o branży IT
Dziś w naTemat ukazał się tekst, zarzucający informatykom w Polsce bycie najbardziej zepsutym i rozwydrzonym zawodem – nie dość, że tyle zarabiają, to jeszcze chcą więcej i mają wymagania. Niestety autor, Tomasz Molga, zarówno dane, jak i wnioski z nich płynące wyciągnął z bardzo głębokiej dupy i stworzył śmieciowy artykuł pisany pod tezę.
Pierwszy facepalm można zaliczyć już przy tytule, ale to nie koniec – wystarczy rzucić okiem na zdjęcia zamieszczone we wpisie i załączone do nich podpisy, wg których informatycy są obiektem kpin współpracowników. Już to mniej więcej daje obraz tego, jakie pojęcie o informatykach ma Tomek Molga i że w swojej mentalności zatrzymał się gdzieś na etapie serialu IT Crowd, w którym nawet przeciętnie inteligentny człowiek dostrzeże ironię i hiperbolę. Nie – informatycy nie są pośmiewiskiem w firmach, w których pracują i najwięcej żartów na temat tego zawodu wymyślają... oni sami. Ale trzeba mieć minimum jakiegoś ogarnięcia, by zdawać sobie z tego sprawę.
Polscy informatycy...
Facepalmów ciąg dalszy, czyli – kto to kurwa jest „informatyk”?! Jaki sens ma pisanie o zarobkach jakiejś grupy zawodowej, skoro nie potrafimy jej nawet jasno określić? Przecież ten artykuł od samego początku nawet nie aspiruje do bycia poważnym. Dziedzina informatyki już od dawna jest zbyt rozległa, by mógł się nią zajmować jeden rodzaj specjalisty, zwany informatykiem, a różnica pomiędzy serwisantem i managerem IT jest kolosalna. Nie tylko pod względem kompetencji i zakresu obowiązków, ale i zarobków, o które cały artykuł na naTemat się rozbija.
Dodaje, że na boomie płacowym w branży korzysta też nowa grupa pracowników. Nie są już oni twórczymi programistami, inżynierami czy specjalistami IT, a jedynie osobami obsługującymi rozwiązania informatyczne w firmach. Choć wiele czynności informatycznych jest do ogarnięcia dla nie-specjalistów, nadużywają oni technicznego slangu i żądają wysokich pensji za usługi polegające na instalowaniu poczty i aktualizacji Windowsa.
No właśnie – gdyby Molga przed napisaniem swojego tekstu dokształcił się nieco w temacie, to jego bzdurny artykuł nigdy by nie powstał to doskonale by wiedział, że rzeczy takie jak aktualizacja systemu to jedynie niewielki wycinek tego, co trzeba przy sprzęcie zrobić. Najwyraźniej według Tomka przychodząca do pracy sekretarka czy inny nietechniczny pracownik, spokojnie mógłby sobie zainstalować i skonfigurować system, podpiąć sprzęt i zainstalować odpowiednie oprogramowanie. Najlepiej niech sobie jeszcze sam założy konto i nada odpowiednie uprawnienia. Nie bez powodu zatrudnia się do tego specjalnie ludzi, ale życzę powodzenia.
Btw., co to jest instalacja poczty?
Pracownicy IT potrafią zarabiać ponad 10 tys. zł miesięcznie, a mimo to bez mrugnięcia okiem zmienią pracę za 500 zł podwyżki albo darmowy karnet na siłownię.
Pierwszy dowód rzekomego rozwydrzenia. Trzeba być bardzo naiwnym, by sądzić, że ktokolwiek kto zarabia 10 tys. miesięcznie, zmienia pracę dla darmowego karnetu na siłownię. Na zmianę miejsca pracy ma wpływ całe mnóstwo czynników, nie tylko tych finansowych. Dobre zarobki nie zawsze będą w stanie wynagrodzić pracownikowi złą atmosferę w firmie, brak możliwości rozwoju czy duże oddalenie od miejsca zamieszkania. To raczej oczywiste, że podobnie, jak każdy pracownik musi się liczyć z tym, że pewnego dnia może zostać zwolniony – tak i każdy pracodawca musi mieć świadomość, że nawet najlepiej opłacany pracownik może chcieć odejść. Poza tym – mieć pracownikowi za złe, że mając taką możliwość, chce więcej zarabiać? POWAŻNIE?
Ale spokojnie, najlepsze dopiero przed nami:
Polscy informatycy są tak rozwydrzeni, że pracodawcy muszą sprowadzać „normalnych” z Ukrainy, Indii, a nawet Korei Północnej.
Myślę, że to ten moment, w którym większość programistów wybucha śmiechem. Powiedzenie „hinduski kod” nie wzięło się znikąd i wcale nie oznacza dobrej jakości. Nic dziwnego – większość zdalnie pracujących programistów z Indii jest po lokalnych, rocznych kursach programowania i nie posiada wiedzy z zakresu wzorców projektowych, składni i dobrych praktyk programistycznych, tworząc tym samym nieczytelny, niewydajny i często niedziałający kod. Wiecie, co się potem dzieje z takim kodem? Pracodawca w panice poszukuje kogoś, kto mu go poprawi – czyli jednego z tych nienormalnych, rozwydrzonych, zbyt wiele wymagających programistów. Przy czym poprawianie śmieciowego kodu to jak kopanie się z koniem, bo zakłada w zasadzie napisanie wszystkiego od nowa, nie rozwija i jest do bólu frustrujące, a pracodawcę dodatkowo kosztuje. Jak to się czasem mówi – skąpy dwa razy traci.
Taka anegdota na marginesie: poprzez pewną platformę, znajomy zlecił kiedyś programiście z Indii napisanie skryptu. Pomijając jego wątpliwą jakość i fakt, że po tygodniu i tak przestałby działać – skrypt miał ukrytą w kodzie zmienną, której wartość pobierana była z serwera twórcy. Zmiana wartości z „true” na „false” powodowała, że skrypt przestawał działać. Po co? Np. jako zemsta w przypadku wystawienia negatywnej opinii na owej platformie zleceniowej lub w celu wymuszenia zapłaty za naprawę i poprawki kodu. Warto?
Szef notowanej na giełdzie spółki informatycznej opowiada jak to, cały zespół pracujący nad nowym produktem uciekł do konkurencyjnej firmy zabierając również efekty swojej pracy.
To, jak rozumiem, ma być kolejnym dowodem na rozwydrzenie pracowników IT. Rzecz w tym, że nie jest – to po prostu nieuczciwość. Ludzi nieuczciwych, niekompetentnych i bez skrupułów można spotkać w każdym zawodzie i nie ma to nic wspólnego z rozpuszczeniem wysokimi pensjami. Każda profesja ma swoje czarne owce – jedni wynoszą poufne dane z firmy, inni piszą bzdurne artykuły z pretensjami do świata, że ktoś zarabia więcej od nich, ale budowanie opinii o całej grupie zawodowej na podstawie skrajnych przypadków jest głupotą.
W wywiadzie dla agencji Newseria skarży się na brak rąk do pracy. We Wrocławiu, gdzie działa kilka dużych centrów IT, trudno już znaleźć pracowników tej branży. – Dlatego często szukamy ich za granicą, zwłaszcza wschodnią.
Proponować pensję odpowiadającą standardom wschodnim i dziwić się, że w Polsce chętnych na nią nie ma – logika godna pogratulowania.
I to jest w zasadzie ten kluczowy moment, w którym okazuje się, że zarówno Tomasz Molga, jak i niektóre cytowane przez niego osoby, wydają się nie rozumieć, jak działa rynek pracy. Jeśli jest duże zapotrzebowanie na specjalistów z danej branży, a tych brakuje – naturalnym następstwem tego jest walka o pracownika, a co za tym idzie, wzrost oferowanych zarobków. Ci źli, rozwydrzeni programiści wcale nie żądają kwot nie z tej ziemi – to pieniądze, jakie firmy są skłonne zapłacić pracownikowi. Przy czym te szumne 10 tysięcy miesięcznie, które tak oburzyły autora, to wciąż o wiele mniej, niż oferuje się specjalistom w Niemczech czy Stanach.
Tomek Molga wydaje się również nie rozumieć jeszcze jednej rzeczy – to nie jest tak, że absolwent informatyki bierze się znikąd, przychodzi do pierwszej lepszej firmy, dostaje 10 tysięcy na rękę i służbowy samochód, po czym siedzi całe dnie na Fejsie i czasem od niechcenia coś zrobi. Praca w IT bywa naprawdę trudna. W zależności od specjalizacji, od pracownika wymaga się bardzo dobrej znajomości nawet kilku języków programowania, dobrego opanowania algorytmów czy wiedzy o sprzęcie, protokołach i wzorcach projektowych. Co jednak najważniejsze – praca w IT wymusza ciągłą naukę. Jest to tak szybko rozwijająca się dziedzina, że potrzeba naprawdę sporo wysiłku, by być na bieżąco i udaje się to tylko najlepszym.
Nikt świeżo upieczonemu absolwentowi informatyki nie da 6 tysięcy na rękę i masy przywilejów. Tak naprawdę z zawodem programisty czy innego pracownika IT jest tak samo, jak z innymi profesjami – najwięcej dostają najlepsi, najbardziej pracowici i z dużym doświadczeniem. Myślę, że w zawodzie dziennikarza obowiązuje podobna zasada, ale żeby o tym wiedzieć, trzeba robić coś bardziej wartościowego, niż tworzenie bzdurnych artykułów na tematy, o których nie ma się pojęcia.
Nawet zmiany w rządzie Tuska nie przyćmią naszej premiery. Dziś piszemy o naszym programie treningowym w NaTemat www.brzezinscy.natemat.pl #brzezinscy #brzezinscytrenuja #fitandslide #trening #ćwiczenia #natemat
Poza kilkoma prezentacjami (wyjątkami) program konferencji przedstawia się jako zestaw instrukcji dotyczących budowania relacji między nadawcą a odbiorcą oraz strategiami promocji bloga w internecie.
Mało co daje tyle powodów do lolania jak czytanie polskie prasy piszącej o Apple. Przy czym przez prasę rozumiem tu prasę i blogi.
O dziwo, nie Spider's Web w tym tym razem przoduje. Naczelny dał sobie na wstrzymanie świadom własnej żeny po iPhone 4S. Ale wciąż zostają obiekty do pastwienia się, na przykład głupawy tekst z lisowego Na Temat:
Wśród oferty konkurencji, mamy przede wszystkim Asusa Transformer Pad Infinity 700. Tablet oferuje porównywalną szybkość podzespołów i podobne pamięć wewnętrzną (szczegóły w tabeli poniżej). (...) Galaxy Note to nowość firmy Samsung. W przypadku tego modelu również możemy mówić o porównywalnych podzespołach (szczegóły w tabeli).
Podkreślenia oczywiście moje. Walnijcie się w łeb tabelkami. Nikt nie patrzy na tabelki, chyba tylko partnerzy dziewczyn.jpg, którzy na dzień kobiet zwiększają dpi pań swoich serc.