Samowydanie się (self publishing) zdobywa coraz większa popularność. I nie sądzę, aby było to coś złego. Wcale nie czeka na zalew grafomanii, bo on już nastał. Wystarczy spojrzeć na stan współczesnego dziennikarstwa. Tam widać to najbardziej.
Należy zadać dwa pytania: co spowodowało falę grafomańskiego tsunami i czy jest ono w jakiś sposób wyjątkowe. Zacznijmy od końca. Ot tak, dla zgrywy, bo w zaczynaniu od początku nie ma nic oryginalnego.
Otóż nie. Grafomania istniała sobie zawsze i miała się całkiem nieźle. Aktualnie zajmuję się literaturą popularną dwudziestolecia międzywojennego. I to, co się tam działo, przypomina współczesną sytuację, tylko na mniejszą skalę. Chociaż, jeżeli weźmiemy pod uwagę kontekst historyczny, to dla ówczesnych krytyków literackich wzrost grafomanii był równie przerażający. "Nieudolni" pisarze próbowali swoich sił w gazetach. Lata międzywojenne to złoty okres powieści odcinkowej, drukowanej na ostatnich stronach dzienników. A publikowano tam nie tylko Sienkiewicza, ale także pomniejszych autorów, których nazwiska zasypały piaski historii.
Podsumowując: dzisiejszy zalew grafomanii nie jest wyjątkowy. Takie rzeczy wydarzały się już w historii literatury. A teraz przejdźmy do pierwszego pytania.
Odpowiedź będzie złożona, bo na współczesne grafomańskie tsunami złożyło się kilka rzeczy. Po pierwsze: rozwój Internetu. Wszyscy otrzymaliśmy olbrzymią powierzchnię, którą możemy zapełniać treścią (np. ja piszę tego bloga oraz innego, o chwytliwej nazwie, Połącz kropki). Ale to nie znaczy, że wszyscy powinniśmy z niej korzystać. Aktualnie Internet przypomina zabazgrany mur i bardzo ciężko znaleźć wejście do pięknej kamienicy. Na szczęście niektórzy wciąż próbują to zmienić. Trzeba tutaj wspomnieć o nowych akcjach Spider'sWeb oraz NaTemat. Internauci otrzymali nowe miejsca do publikowania swoich treści. Jednak zanim tekst pojawi się w ramach wyżej wymienionych serwisów, przejdzie on przez oczy i ręce redakcji. I tutaj przechodzimy do drugiego aspektu współczesnej grafomanii: zanik instytucji opiniujących jakość treści. Upadek znaczenia krytyków oraz przekonanie o tym, że "wszyscy mogą mówić o wszystkim" doprowadził do zmniejszenia znaczenia słowa pisanego. Najczęściej obserwuję to u różnej maści blogerów. Gdy ktoś zwróci im uwagę, stwierdzają: to mój blog i robię tu co mi się podoba, spadaj, ty wstrętny GrammarNazi/lewaku itp., itd. Możemy mieć odmienne zdania na ten sam temat - ba! nawet powinniśmy! - ale to nie znaczy, że trzeba je zawsze wyrażać. A jak już się to zrobi, to trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje słowa, a nie zasłaniać się formą bloga.
Świat się zmienia. A wraz z nim modyfikacjom ulegają nasze sposoby odbioru oraz tworzenia tekstów kultury. Zamiast się obrażać, powinniśmy próbować zrozumieć i opisać te przemiany. Taka odpowiedzialność ciąży na osobach uważających się za elitę intelektualną.
Miłość na bogato to może i głupi serial. Ale świetnie bawiłem się ze studentami, gdy analizowaliśmy jakie wzorce osobowości rozpowszechnia. Nabijanie się z kultury masowej i popularnej, przy jednoczesnych wywyższaniu tekstów kultury wysokiej, to nie krytyka - to zwykła dziecinada.
(powyższy akapit zawiera fragment niedojrzałej krytyki kultury)