Pisałam ostatnio o podróżach, delegacjach i zepsutym samochodzie. Było o serwisach i dawno nieodwiedzanych miejscach.
Ponieważ jestem papla, powiedziałam mężowi, że tęskniłam bardziej niż kiedykolwiek, wymsknęło mi się nawet o byłym chłopaku i jakiejś tam pierwszej miłości.
Nie słuchał mnie. Tylko samochód i samochód. Że potrzebny jest nowy samochód, że jak auto było serwisowane po raz trzeci w tym roku, to już oznacza, że czas pomyśleć o kolejnym, nowym, że to jeszcze można sprzedać, że każdy diler je weźmie z takim przebiegiem i że z dnia na dzień traci na wartości. Czyli szybko sprowadził mnie na ziemię. Bo miłością dzieci do przedszkola nie zawiozę, to fakt.
Po kilku dniach o temacie zapomniałam. Zapomniałam niestety o czymś jeszcze – o rocznicy ślubu. Dzwoni do mnie mąż w południe i pyta czy dziećmi zajmie się babcia. A niby dlaczego – pytam. A bo mamy rocznicę i idziemy na kolację? – odpowiedział pytaniem zaskoczony.
W mordę jeża! Zwolniłam się z pracy, pobiegłam do galerii i wybrałam zegarek, o którym marzył. Zegarek do biegania. Jakby nie można było biegać bez zegarka, ale już, licho z tym.
Wróciłam do domu, ogarnęłam dzieci, załatwiłam babcię, zaczęłam szykować siebie. Takie szpilki! Z góry założyłam, że nie będę prowadzić – weźmiemy pewnie taksówkę. Godzina w łazience, ale efekt na twarzy zwalał z nóg. Przyszedł mąż i kazał… rozebrać się. No ok, pomyślałam – można i tak. Nie rozebrać, tylko przebrać – poprawił się. Jak to przebrać? Normalnie, jak do biura. Ekstra! Przecież marzyłam o kolacji biurowej.
Przebralam się, jak kazał. Zasmucona nieco, ale ukrywająca swe rozczarowanie zeszłam na dół, a tu pac – opaska na oczy. Czyli jednak nie będzie normalnie – uśmiechnęłam się pod nosem.
Jechaliśmy krótko. Otworzył drzwi, przeprowadził przez schody, i… otworzył drzwi jakiegoś samochodu. Wsadził mnie tam jak bandytę i kazał zdjąć opaskę z oczu. Salon samochodowy. Salon samochodowy – zabrał mnie do salonu samochodowego, czyli… kupuje mi samochód!
Jak przypuszczałam, tak było. Małe, zgrabne, czerwone miejskie autko. Na tyle jednak duże, żeby zmieściły się dziecięce foteliki i żebym nie musiała wciskać się w kierownicę. Dla mnie i tylko dla mnie, nie jak poprzednie, które miało być i na zakupy i na wyprawę wakacyjną (na którą pojedziemy pewnie za sto lat).
Na kolację były natomiast burgery. I co z tego? Trudno. Umarłam ze szczęścia, a przynajmniej tym szczęściem się upiłam, bo kiedy ja do niego o miłości, to on o samochodach – już wiem czemu.
Każdej z Was życzę rocznicy ślubu w salonie… salonie samochodowym.
Więcej ciekawych informacji na stronie: https://anndora.mazda-dealer.pl