mam ostatnio taki lęk o nas. coś, co w gardle staje słowem i kuje w oko wilgocią. mam taki lęk, że coś nam rozpręża serca, że nas rozbiera na pierwiastki: ja i ty. a nam coraz dalej.
może to tylko moje własne odbieranie ciebie. uzewnętrznienie lęków, które sama noszę pod trzecim żebrem. ostrożne choć uparte poszukiwania twoich oddaleń i ich zapowiedzi gdzieś na krawędzi ust czy rzęs, podczas gdy to tylko twoje własne zamyślenia.
a może to codzienność zaczyna uwierać cię w dłonie coraz bardziej wystającą zwyczajnością. codzienność, która nie przypomina w swym kształcie tego, co nas wtedy otulało...
i wiem, że powinnam dać ci odetchnąć innym powietrzem niż moim własnym. pozwolić swobodnie spłynąć myślom i nasiąknąć przestrzenią pachnącą tobą a nie nami.
tylko że boję się o twoje niepowroty. że nie zawrócisz już z tej drogi, co z obu stron coraz bardziej ci mnie rozmywa, mimo że może być ona wyłącznie zlęknionym odbiciem moich przestrachów. że zacznę tak bardzo rozbijać ci dzień, że postanowisz resztę spędzić beze mnie, w całości. a jedyne co po nas zostanie to rozbite pierwiastki i zapach wspomnień, jak po burzy.








