Fantasy notes => AVES DOLLARS from ATLANTIC FOREST with insects.

seen from United States
seen from Argentina
seen from Sweden
seen from Malaysia
seen from China

seen from Türkiye
seen from United States
seen from United Kingdom

seen from Australia
seen from Yemen
seen from Germany
seen from Malaysia
seen from Poland
seen from Thailand
seen from China

seen from United States

seen from Estonia

seen from Italy

seen from Germany
seen from Germany
Fantasy notes => AVES DOLLARS from ATLANTIC FOREST with insects.
よそのお宅の家庭菜園にショウリョウバッタ(7月17日)
Oriental longheaded grasshopper/locust or Chinese grasshopper (Acrida cinerea)
Na początku myślałam, że pszczoła śpi. Dopiero po chwili zauważyłam białego pająka. Nie chcę antropomorfizować tej sceny śmierci i życia. Jest to obraz natury: ofiary i drapieżnika
VILLINGEN - now Villingen-Schwenningen / GERMANY
Ja kiedy wyjdę z siebie i stanę obok
Drake Toulouse. Leavenworth street. 2023
Follow my new AI-related project «Collective memories»
Dwójka w buszu
Na specjalną prośbę pewnej przyjaciółki kilka słów o owadach, aczkolwiek nie dokładnie tak, jak zadane było pytanie. Oryginalna kwestia dotyczyła obecności owadów zapylających.
W okolicach Wellington trudno dostrzec jakiekolwiek latające insekty; być może z uwagi na wiatr. Na szczęście nie ma tu sandflies, czyli irytujących, gryzących muszek, na które już kiedyś psioczyłem w pierwszej relacji z Wyspy Południowej. Pominę też wety (opisywane wcześniej) i widoczne przez szyby badziewie ciągnące nocą do światła domowego; tego ostatniego zresztą też nie ma tak dużo, jak w letnie dni w Polsce.
Późną wiosną, około listopada, za to zbudziły się trzmiele. Latem było ich sporo i jeszcze ciągle można je spotkać, jednak coraz mniej. Zwrócę na to uwagę.
Pewnym problemem Nowej Zelandii są rzekomo inwazyjne osy zawleczone tu przypadkowo przez ludzi, nie wiadomo mi dokładnie kiedy. Było to wspomniane w jakimś muzeum lub na planszy ścieżki edukacyjnej; nie pamiętam dobrze. Z osobistych obserwacji mogę powiedzieć, że w żadnym miejscu nie zwróciły mojej uwagi. Os nie widziałem nawet w sytuacjach znanych z kraju, tj. naprzykrzających się sprzedawcom owoców lub słodkich bułek na straganach. Mieliśmy wprawdzie jeden przypadek ukąszenia osy lub pszczoły na którejś wycieczce: wleciała pod rąbek ubrania i została przyciśnięta; nie jest jednak tak, że trudno się od nich odpędzić, to było odosobnione zdarzenie.
Utkwiła mi za to w pamięci jedna sytuacja związana z owadami, uprzedzam jednak, że opis będzie drastyczny, osoby wrażliwe niech lepiej sprawdzą, czy nie pojawiło się w międzyczasie coś ciekawszego na buniu, inście lub tiktoczku.
Na jednej z wycieczek zachciało mi się kupę. Niespecjalną pałałem chęcią do wchodzenia w wilgotny i gęsty busz, tym bardziej że było dookoła stromo i tym samym ciężko przyjąć pozycję najazdową, by móc później podnieść się eleganckim telemarkiem, zamiast ryzykować przeskoczenie skoczni i glebę w środek wiadomo-czego. Coż jednak począć, natura wzywała pilnie.
W buszu latają czasem duże, pojedyncze i głośne muchy. Nie narzucają się człowiekowi, chyba że w latrynach — dlatego uprasza się o zamykanie klap, by utrudnić im rozprzestrzenianie się i rozmnażanie. Na wolnym powietrzu jednak ich obecność jest sporadyczna.
Postawienie klocka odwraca sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. Niczym oko Saurona zwracające się ku Frodowi, gdy tylko ten zakładał Pierścień, tak uwaga much przeskakuje natychmiast na wprowadzone dopiero co do środowiska nowe treści. I tak samo jak orki Saurona, nie wiadomo skąd pojawiają się następne i następne, mimo że jeszcze chwilę wcześniej było cicho i spokojnie. Dosłownie w ciągu sekund bzykanie zaczyna przybierać na sile, by po minucie, góra półtorej, przejść w złowieszczy, basowy szum roju, który w istocie gromadzi się pod nami, niepokojąco blisko odsłoniętych tych części ciała, które przywykło się uważać za ważne.
Rzut oka pod siebie upewnia mnie, że oto sto lub dwieście wielkokalibrowych gównojadów obsiadło mój stolec dokładnie, miejsce przy miejscu, tak że nie dało się już dostrzec brązowych akcentów, a jedynie czarną, ruchomą, brzęczącą masę. Nie żebym tęsknił za widokiem kupy, ale tego się nie spodziewałem.
Jako że zgromadził mi się tego dnia spory dług techniczny, nie mogłem jeszcze odtrąbić sukcesu. Pomyślałem, że jeśli się przemieszczę, to będę miał chwilę spokoju w nowym miejscu — zostawię to, co zrobiłem, muchom na przystawkę, a sam popracuję nad daniem głównym. Sztuczka zadziałała wprawdzie, ale wieści rozeszły się błyskawicznie i specjalność zakładu też miała spore wzięcie. Chwilę później więc znowu odsunąłem się o dwa metry i zwieńczyłem dzieło deserem, takowo wyprzedanym na pniu.
Gdy już oddalałem się z miejsca przestępstwa, basowy pomruk wyciszał się jeszcze długo — rzekłoby się za wieszczem: rój jak wicher, niewstrzymanym dechem, niesie w puszczę muzykę i podwaja echem!
Wszystkim się zdawało, że Wojski wciąż sra jeszcze... xD