Całe moje życie to karuzela. Piękna wielka karuzela. Z mnóstwem świateł i luster, poustawianych tak żeby jeszcze bardziej zmylić błędnik. By nie być pewnym gdzie góra, a gdzie dół. Gdzieś z środka mechanizmu rozbrzmiewa kojąca muzyka, a maszyna raz przyspiesza, raz zwalnia. Wciąż w kółko i w kółko. Zawsze kochałam wesołe miasteczka. Zawsze byłam najbardziej wytrzymała na działanie siły odśrodkowej. Ale po pewnym czasie nawet najtwardszego zawodnika zdradza jedo ciało. Każdego kiedyś musi zemdlić. Zwłaszcza, że moja karuzela nigdy nie zmienia kierunku, ani się nie zatrzymuje. Dlatego właśnie rzeczy dzieją się i powtarzają, jak zaklęte. Jakbym brała udział w jakiej grze i przegrywała za każdym razem tylko po to żeby zacząć od początku. A to tylko karuzela. Ludzie, który patrzą na mnie z ziemi. Mijam ich. Uśmiechnięta i rozradowana. Wychulam się poza skraj tej pułapki czasem po to, żeby skraść komuś watę cukrową, czasem tylko żeby wiatr rozwiał mi włosy. Ludzie, których chciałabym poznać. Do których chciałam się przywiązać. Ale rozmywają mi się. W wielobarwną, piękną smugę twarzy, których nie mogę zatrzymać, których zaraz minę i już ich nie zobaczę. Ja dla nich też jestem tylko atrakcją, o której szybko zapomną. Przygodą. Ot, zobaczyli wariatkę ze stali. I nagle zdaję sobię sprawę, że nie mam pojęcia, jak zejść z tej karuzeli. Że będę się tak kręcić i kręcić bez końca, póki czegoś nie wymyślę, a żeby to zrobić, musiałabym wrócić myślami do powodu, dla którego wskoczyłam na tę wspaniałą karuzelę.
Uciekałam przed czymś. Chciałam się ukryć. Za tarczą luster i świateł. Za grą złudzeń i fałszem. Przed samą sobą chciałam ukryć, że istnieje inny świat, niż ta karuzela. Że można twardo stąpać po ziemi i mierzyć się z własnym bólem.















