The Hunger Games, rozdział piąty; "Either we win together, or we die together"
A/N: jeśli pojawią się tu jakiekolwiek błędy, powtórzenia itd. To przepraszam, ale napisałam go dosłownie przed minutą, i nie mam sił by go sprawdzać. Choroba robi swoje. Miłego czytania!
***
Kiedy armata wystrzeliła, wszyscy zaczęli biec w stronę bunkra. Wszyscy - oprócz Zayna. Louis szukał go wzrokiem, lecz nie mógł go znaleźć. Zobaczył, że Phoebe celuje do niego z łuku. W ostatniej chwili upadł na ziemie, unikając dogłębnego spotkania ze strzałą. Nagle poczuł, jak ktoś łapie go za nadgarstek i ciągnie go za sobą w stronę lasu. Na początku myślał, że to Zayn, lecz zmienił zdanie widząc rude włosy. Ariana biegła ile sił w nogach, ciągnąc za sobą Louis’ego. Tuz za nich biegła dwóch trybutów. Louis spojrzał za siebie i zobaczył, że to Phoebe i trybut z jej dystryktu - James. Nagle chłopak rzucił w ich stronę toporem, co nie umyło uwadze Louis’emu.
- Padnij! - krzyknął Lou, upadając na ziemie, ciągnąc Ariana, by zrobiła to samo.
Kiedy ponownie spojrzał za siebie, zobaczył, że Phoebe i James wracają do bunkru.
- Nic Ci nie jest? - zapytał Louis, doczołgując się do Ariany.
- Nie, nie. - odpowiedziała, powoli wstając na nogi. - Chodź, idziemy się skryć.
- Ale gdzie jest Zayn? Musimy go poszu…
- Nie czas na zmartwienia, Louis. Chodź, już. - odparła dziewczyna, wstrącając się w zdanie Louis’emu, po czym złapała go za nadgarstek. Szli powoli, słysząc jedynie ciche śpiewanie ptaków i szelest liści. Słońce przedzierało się przez korony drzew, oświetlając im droge. Po chwili usłyszeli trzy strzały z armat.
- Trzy osoby zginęły. - odparła Ariana, zatrzymując się.
W jego głowie zaczęły się plątać czarne scenariusze. A co jeśli Zayn jest tym jednym z trzech? Ariana skierowała wzrok na niebo, gdzie ukazali się zabici.
- Dziewczyna z dziewiątki. - Louis odetchnął z ulga, kiedy się dowiedział że owa dziewczyna nie żyje. - chłopak z trójki i… - zawiesiła głos, a w jej oczach zaczęły powoli zbierać się łzy.
- I kto!? - wrzasnął Louis.
- Dziewczyna z mojego dystryktu. - szepnęła cicho, spuszczając głowę. - Jesy… Złamałam obietnicę Louis. Miałam ją chronić! Kurwa mać, złamałam tą jebana obietnicę! - krzyknęła dziewczyna.
Louis chciał już cos powiedzieć, kiedy nagle usłyszał za sobą jakiś szelest i odgłos łamanych patyków.
- Ktoś tu jest .. - odparł, rozglądając się na boki. - Tam jest jakąś jaskinia, idźmy tam.
Szybkim krokiem skierowali się do miejsca, które zaproponował Louis. Nagle przed nimi znalazły się trzy osoby. James i dwóch innych trybutów.
- No, no, no.. Kogo my tu mamy - zacmokał James, z chytrym uśmieszkiem. - Więc jak wolicie umrzeć? Szybko i bezboleśnie? - zapstrykał palcami, na co jeden z jego “sojuszy” skierował w nich strzałe. - Czy może wolno i w katuszach? - teraz ten drugi skierował na nich swój topór.
Louis przełknął głośno ślinę, a na jego czole pojawiły się krople potu. Spojrzał na Ari, która wpatrywała się w Jamesa z chytrym uśmieszkiem.
- No, James, nie próżnujesz.. Już sobie wziąłeś sojuszy? Cóż, widać nie są świadomi tego, że kiedy pomogą Ci wszystkich zabić, ty postąpisz z nimi jak ze zwierzyną, i też ich zabijesz. - odparła Ariana, krzyżując dłonie na wysokości klatki piersiowej.
- Wiesz, Grande, nie wiem o czym ty mówisz, złotko. - odparł Maslow. - Dobra, szybko i bezboleśnie. Ty, trójka, zabij ich i idziemy.
Chłopak wystrzelił strzałe, które wycelowała w ramie Louis’ego. Upadł na ziemię, a z jego ust wydarł się przeciągły jęk. Po chwili nie wiedział co się dzieje. Jego umysł opanowały ciemności.
***
Wokół siebie słyszał jedynie ciche echo odbijającej się wody od czegoś. Czuł, że leży na czymś twardym i wilgotnym. Lekko rozchylił powieki. Nad sobą ujrzał Arianę, która miała lekko rozcięty policzek.
- Shh, Lou, leż. - odparła Ariana, kiedy Louis próbował się ruszyć, lecz nie mógł, bo ból mu to uniemożliwił.
- Gdzie jesteśmy? Co z Jamesem?
- Jesteśmy w jaskini. A Jamesem się nie przejmuj.. Już nic nam nie zrobi.
- Zabiłaś go? - zdziwił się Louis. - Jak?
- Ma się te sposoby, kochany. - zaśmiała się cicho. - Prześpij się, dobrze ci to zrobi.
- A ty? Zapewne nie spałaś długo.
- Mną się nie przejmuj, śpij.
Powieki Louis’ego powoli się zamknęły i odpłynął w słodko krainę snów.
Śnił mu się.. Zayn. Stali obok bunkru, tylko oni dwaj. Nikogo wokół nich nie było. Nagle usłyszeli czyjś głos nad sobą.
“ jesteście ostatnimi uczestnikami! “
Louis wpatrywał się w Zayna z lekki przerażeniem. Są ostatni.. Czyli co? Teraz jeden musi zginąc, by któś musiał wygrać?
Zayn podszedł do Louis’ego. W jego oczach nie było widac nic. Pustka.
- Louis.. - szepnął, dotykając dłonią policzka Lou. - Zabij mnie. Należy ci się ta wygrana. Ty masz do kogo wracać, ja nie. Proszę, Lou..
- Nie! - zaprotestował. - Nikogo nie będę zabijał, do kurwy nędzy! Albo razem wygrywamy, albo razem umieramy..
- Nie można tak.. Skoro ty nie chce mnie zabić, to ja sam się zabije. - odparł Zayn, i wyjął z kieszeni spodni mały, ostry nóż.
Louis chciał powstrzymać Zayna przed popełnieniem samobójstwa, lecz było za późno. Zayn wbił nóż prosto w swoje serce. Jego ostatnie słowa brzmiały “ Kocham Cię, Lou”
Louis obudził się, raptowanie przyjmując pozycje siedzącą. Nagle rana dała o sobie znac, o przez jego ramie przeszedł nieprzyjemny ból. Mimo bólu, rozglądnął się wokół siebie. Otaczała go tylko ciemność.
- Ariana?
Nic. Żadnego odzewu. Delikatnie podniósł się na nogi, i zaczął iść w stronę, gdzie odbijało się światło. Nagle usłyszał czyjś jęk. Jakby ktoś czymś się uderzył, albo zranił. Serce Louis’ego zaczęło bic ze zdwojoną siłą. Czy się bał? Oczywiście. Ale nie miał zamiaru się kryć. Zaczął iść w stronę, skąd dobiegł głos. Skręcił w lewo, a głos zaczął się robić wyraźniejszy. Zauważył, że niedaleko jakiegoś wejścia leży jakas postać. Lewa noga była przebyta przez metalową strzałę. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się owej osobie. Szedł cicho, jak myszka, lecz niechcący kopnął jakiś kamień który leżał akurat obok jego stopy. Owa osoba od razu skierowała wzrok na niego, a kiedy Louis ujrzał twarz tej osoby, odczuł w jakimś stopniu ulgę.
- Zayn .... - szepnął.








