"Polska przydrożna" czego jest obrazem? Skansenu lat 90., braku pracy u podstaw, czy naszego dystynktywnego oka, które razi prowizorka? Książka wzbudza we mnie silne uczucie, mam ochotę strzelić w gębę panów, którzy na głos komentują dupska przypadkowych kobiet. Z drugiej strony XIX-wieczny pozytywizm (który został mi zapewne zaszczepiony jeszcze w liceum), każe rozumieć, każe współczuć "tym ofiarom z prowincji". Tego braku dostępu do kultury, a zapewne i ciężkiego dzieciństwa. Czy leczę własne rany po operacji plastycznej (przemiany w mieszczkę)? Być może wydłubałam brud spod paznokci... Jest to więc wielowarstwowe uwikłanie w walki plemion, ta wiejskość przydrożna. Czy widzę dalej piękno w prowincji? Tak, chociażby w wyobraźni mistycznej, magii, urokach, zaklinaniu rozdroży...
Piotr Marecki, wyd. Czarne (2020)














