Wyjazd do Krakowa na Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada - recenzja, którą napisałem na zlecenie Julii P. Dodaję ją jako część Creativity. Wypociny. Pisania po polsku.
Czterodniowy wyjazd okazał się być intensywnym wysiłkiem. Fizycznym. Już pierwszy dzień trwał zbyt długo. Męcząca podróż o poranku a zaraz potem pierwsza lekcja czytania. Muszę przyznać; byłem zawiedziony, bo zamiast Olgi Tokarczuk, która po przeczytaniu "Prawieku" spodobała mi się niebywale, przyszła jąkająca się o drżącym głosie i ze załzawionymi oczami pani, która próbowała zinterpretować "Biegunów".
Czwartek dłużył się nieubłaganie na kolejnych dwóch spotkaniach w ciasnej księgarni. Osoby, które opowiadały o wykształceniu uniwersyteckim i nauce pisania nie zainteresowały mnie. Zmarnowany czas wynagrodziło nagłe i przypadkowe spotkanie z "lokalną" koleżanką tuż przy kiosku, w którym kupowaliśmy bilety na przejazd tramwajem do teatru. Sam spektakl okazał się być najlepszą częścią programu. Dodatkowo przed przestawieniem byliśmy świadkami wspaniałej techniki tłumaczenia konsekutywnego, którą zaprezentowała pani "pomocnik" Ebby Witt-Brattstroen w trakcie wywiadu o swojej książce.
Brak odpowiedniego przygotowania pani Kasi dał się we znaki kiedy wracaliśmy do hostelu. Chłód i chód, bieg i zabawa, wykończenie - to pięć słów doskonale opisujących tamten późny wieczór.
Kolejny dzień rozpoczął się tragicznym śniadaniem (wliczonym w cenę zakwaterowania) a w zasadzie jego brakiem. Poranna lekcja czytania, tym razem o niebo lepsza. Półtora godzinny wykład przeprowadzony przez Marcina Wichę zostanie w mojej pamięci przez jego dowcipność i samoloty. Następną atrakcją była rozmowa o kopistach, czy też skrybach - do tej pory ich nie jestem w stanie odróżnić. Jestem za to pełen podziwu dla publiki, której temat ten nie znudził się nawet po godzinie monotonnego wykładu.
Potem - "Biografia Jacka Kuronia" = piski z mikrofonów i zmarnowany czas.
Wieczorem udaliśmy się na spotkanie przeprowadzone w języku angielskim co jedynie spotęgowało moje znudzenie. Na domiar złego zostałem dwa razy "upomniany" przez niemiłego pana z kabiny z tyłu, który najwyraźniej tłumaczył symultanicznie i przeszkadzało mu moje kręcenie się i odwracanie do Laury i Weroniki. Jeżeli doszliśmy do etapu odkrywania imion uczestników to nie mogę nie wspomnieć o Klarze, która przespała całą godzinę, kiedy to ja siedziałem wyprostowany, aby pan z tyłu mógł się skupić na swojej dobrze płatnej pracy. Oh, co za zazdrość (mówię tutaj o spaniu jak i translatorskich wynagrodzeniach).
Sobota - podobało mi się.
Niedziela = jedno spotkanie. I to nie byle jakie, bo z dyrektorem festiwalu, który opowiadał o żarcie sprzed roku w kontekście fałszu, prawdy i fikcji. Pouczające? - Nie wiem. Zabawne? - Owszem. Czy się dłużyło? - Nie. Odjazd z Krakowa był najbardziej emocjonującym wydarzeniem tego czterodniowego wyjazdu. Zawiodło wcześniejsze dogadanie się o podział obowiązków.
Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w tym wyjeździe, mogło by się zdawać skonstruowanym jedynie dla humanistów i filozofów, czy znawców literatury. Sam jestem zdumiony, że to mówię, ale jest to miejsce zdecydowanie dla każdego - nawet ścisłowca. Nie analizowałem i skupiałem się na każdym wątku dyskusji, ale wyciągałem esencję tych spotkań. Na tym to właśnie polega - na zauważeniu co istotne i wpleceniu tego w codzienne życie. Festiwal Conradowski to już wieloletnie przedsięwzięcie z tradycją nadal nie doceniane przez młodzież. Moim zdaniem wyobrażenie sobie tego jako rzeczy dostępnej jedynie dla określonej grupy osób musi się zmienić. Ja sam po powrocie uświadomiłem sobie, że obeznanie z literaturą powinno być nierozłącznym elementem każdego z nas.
Czy pojadę tam za rok? - Jeśli czas pozwoli to z chęcią. Jedyna rzecz jaką bym zmienił to usunięcie litery "S" z nazwy miejsca, w którym śpimy.