Nie wiele się zmienia. Te same dni. Te same sny. Trochę mniej czuć plastikiem. Wzrosła liczba przerzuconych stron. Talerzy w zmywarce czy godzin przespanych przez kota. Namalowanych ludzi za skutą lodem szybą, nielicznie przechadzających się żwirowymi ścieżkami. Spiętych, przerażonych jak żydowscy jeńcy. Czuć niepokój. Czasem odwiedza też w dzień, na jawie. Potrafi rozgościć się na jakiś czas. Nie jestem w stanie się go pozbyć. Jak zły chochlik psoci i knuje. Pan ''niepokój''. Sprytny i podstępny wchodzi pod skórę. W podświadomość. Jak ubiegłej nocy gdy stałem przed lustrem. Paraliż wypełnił ciało od stóp po czubek nosa. Ograniczony nakazem nieistnienia tkwiłem w bezruchu. Jak martwa natura. Dalej nie mogę nic planować. Deszcz synchronicznie bębni o parapet serwując solowy, perkusyjny popis natury. Krople spływają po szybie balkonowego okna zatrzymując się na betonowym podeście. Co kilka minut błysk rozświetla jeszcze błękitne niebo. Grzmi. Kot patrzy w kierunku podwórka. Chwilę później wskakuje mi na kolana i patrzymy już razem. Tylko nie wiem czy na to samo. Woda z każdym kolejnym kwadransem zbiera się na tarasie tworząc większą kałuże. Coś znowu skrzypnęło na piętrze. Pewnie podłoga. Próbuje zasnąć.














