Biały potwór cwałował na swych wielkich, czarnych, krągłych nogach o srebrnym zalążku. Po jego matowej niczym cera po reklamowanym pudrze, a lśniącej jednak tysiącami błysków tysięcy zakrwawionych noży, skórze cwałowały zaś chmurne rosy krople. One, spadające ze wzburzonego nieboskłonu szaleńczo rozpościerały się w gwałtownym wichrze i pączkowały, dzieliły, zmieniały. Wiatr zniekształcał je jak porywacze to robią dzieciom cyrkowym. Jakie prawdopodobieństwo było że para wodna ta, unosząca się wśród ciepła spośród wód, akurat ta kropla, trafi tego Potwora, na tej szybie którą oglądał zapamiętale ten człowiek. Ile ta skroplona para już przeszła? Ilu ludzi obmyło nią twarz, ile psów wydychało ją ze śliną cieknącą i spływającą gładko i zapamiętale z ich otworów gębowych? I człowiek ten, zasiadający w Potworze był z nimi wszystkimi związany tą jedną kroplą. Wpatrywał się jak ostrożnie mąci drogę niewidzialnym wrogom, goniącym ją po szybie. Potwór na swoich nogach okrągłych wiózł bowiem tabuny żywego jeszcze mięsa. Wszyscy zmierzali w nim do grobu. Niektórym zostało wiele dziesiątek lat – inni mogli zejść w każdej chwili, ale każdy powoli, każdego dnia, zbliżał się do swojego niechybnego końca… Biały Potwór miał na sobie kilka znaków. Przedziwne pasy kolorów firmowych, jakieś wytarte logo sprzed 10 lat. Stary, ochrypły Potwór ryczał przeraźliwie z głosem utyskiwania wszystkich dawnych pasażerów. Rżał jak koń niewydojony. Skrzypiące stawy ze złamanymi sprężynami poruszały nim to w przód to w tył, na nierównym, łatanym skąpo i nieprecyzyjnie trakcie – czymś co kultura nasza zwykła zwać drogą, i co prawodawstwo nasze zwykło nazywać infrastrukturą komunikacyjną. Potwór przetaczał się zgodnie z wolą kierowcy, starego obłuszczonego dziada, którego wolą była wola pracodawcy, którego wolą, była statystyka, którą to byli ludzie. Ci ludzie którzy siedzieli za kierowcą, tłocząc się w ciasnym, dusznym PKS-ie rwącym w jesiennym deszczu przez drogę szybkiego ruchu. Była 16:09 – za sześć minut jeden z ważnych przystanków.
NARÓD TAK PIĘKNY, TAK PŁODNY
Mięsa tam było wiele. I świeżego i stęchłego. Płodnego i już – lub jeszcze – nie. Wielki Teatr Myśli byłby zapewne godną sztuką absurdu, gdyby każdy nie widział tylko własnej roli. Więc przedstawmy co mięso zawarte tam myślało. Wpatrzmy się w Sztukę ich myśli, ich czynów. Improwizacja, brak scenopisu, każdy wpatrzony we własną rolę, nie przejmuje się synchronizacją i kurtuazyjnie unika spojrzeń palących, mętnych, obcych, zaintrygowanych, cierpkich jak papka i wielkich jak spływający ze wszystkich łój. Precleare! Wracając zaś do człeka który ukochał za ten czas spływającą kroplę… bał się teraz że nabrzmiała od kanibalistycznego wchłaniania innych nie ucieknie oprawcom. Szybciej teraz stała niż dawniej mknęła. Źrenice mięsa były wpatrzone w ten niewielki, ulotny kształt. W każdej chwili mógł je zwiać wiatr, ale mięso miał nadzieję że ta chwila będzie niewzruszona i nic się jego kropli nie stanie. Potężne, bladosine źrenice z pasją oddawały każdą cząstkę swojej energii starając się jakby zapłacić boską cenę zakrzywienia czasoprzestrzeni, zatrzymania sił natury, które targały bezrefleksyjnie tą miłą, współczującą, matczyną miłością kochającą kroplą! Wtem nastała eksplozja! Odchył sąsiada z boku, zamach na życie i na miłosierną kroplę! Erupcja wszelkich ekosystemów wytrysnęła szeroko ponad głowami mięs. Przedziwnej wodzie, ślinie, łojowi, towarzyszyły większe, luźne, miękkie makroelementy. Oczy łzawo zaciśnięte niby prześladujące okrycia cedrowego kufra wzdrygnęły się ciepłem i podniosły bunt podniosły! Podniosły też brwi. Ścięgna, okryte skórą, okryta potem, okryty łojem, okryty planktonem pantofelków - wszystko ruszało się w potężnej, groźnej, erupcji kichnięcia - aktu tak normalnego, tak naturalnego że nienawidzonego, ostracyzmowanego. Niebieskooki mężczyzna odwrócił się w rekcji obronnej, od swojej miłosiernej kropli. Zmierzył z obrzydzeniem siedzącego obok dziada. Powrócił do swojej ukochanej. Nie było jej. Widział jej początek, rozwój, wzrost, była mu córką i matką, przyjaciółką i kochanką. Nie widział nawet jak zmiótł ją gorący wiatr. Spuścił wzrok. Nie mógł patrzeć na inne krople. One były martwe, blade jak H2O. Wściekłość go ogarnęła, jego zawiła kora mózgowa zaczerwieniła się przebłyskując skórą niczym żarówka, jak wyrywający się, rosnący kawał wielkiego pasożyta, nienawiść jego do sąsiada, do kichnięcia, do anatomii, alergologii, do wszystkiego co mógłby winić, spadła na dno. Chmura wypełniła go. Wzrastała, unosiła go ponad siedzeniem. Mięśnie prężyły ścięgna, żyły wyszły na skronie. Autostrady krwi, tak blisko naskórka, tak odsłonięte, że straszliwy kant stołu, zbereźna umywalka czy niewinna siekierka zdolne były rozsadzić ten wulkan. Chmura wytoczyła działa. Niebieskooki upadł nisko na siedzeniu. Urwał cuchnącą przebytymi w tym chlewie eonami zasłonkę. Obwinął twarz. Włożył pod materiał pęknięte, kamienne ręce Edypa.
Nie widział sceny przeraźliwej, dwa miejsca wprzód od niego. Młodzi siedzieli tam mięsa. Chłopak, wyrostek, płodny i szukający swej samicy, trzęsący się w klatce kultury w której wzrastał. Niemogący powściągnąć grzechu ale nie odwlekający go. Równa krawędź podbródka wzmocniona golonym ale gęstym, ciemnym zarostem, ostre rysy, złote włosy zaczesane niczym aryjscy, silni Synowie Świętych Niemiec z Hitlerjugend. Wpatrywał się zbereźnie w swoją lubieżną samicę. Skrobiąca ekran telefonu, średniej budowy, lekko zaokrąglona mięso o włosach niebieskich niczym ta droższa wata cukrowa którą rozchwytują chłopcy na dożynkach, wielkich, lubieżnych dziurach w naciągniętych uszach trzymanych w ryzach czarnym usznym pierścieniem, wyglądała na całkiem płodne mięso. Każdy fragment całkiem regularnej twarzy dokładnie pokryty był szpachlową gładzią, okalającą całą, wielką ścianę facjaty. Pod tynkiem tym wyrastały wszelkiego rodzaju świństwa – jak na glebie wyrastają kłosy zasiane wewnątrz, twarz ta, choć nie brzydka, pokryta była próżnością. Jednak próżność spływała w dół, a im dłużej skubana leciała, tym bardziej zamieniała się w świństwo, bezwstyd, irytującą zbereźność. Na wielkie bowiem dwa lubieżne kanistry mlecznego paliwa dla potomstwa, patrzył chłopak. Płodny samiec miał oczy jak nabiegłe krwią monety, naostrzone szpilami szpad. Jego oczy łechtały jej ego. Jego źrenice brutalnie całowały jej szyję, wpijały się w szerokie ramiona, i jego oczy były w tym dobre! Jego oczy miały wszystko czego mógł użyć. Jego oczy chwytały ją bezceremonialnie i gwałciły. I któż rzec może że jest to grzech nie mniejszy niż spełnienie tego snu? Któż? Wszak tu nie jest mięso ograniczany. Tutaj nie musi bać się niemożności. Tutaj, w oczach, robi gorsze czyny. Mięso odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła zalotnie. Okno poczęło. Się topić. Zbliżyli się zbereźnymi ustami, coraz bliżej, coraz bliżej, z jam gębowych poczęły wyłazić żuki. Wiele żuków, wiele żuków, wiele insektów żucznych. Zatopieni w żukach znieruchomieli. Żuki wyjadły mięso.
Wszystkie krzesła zajęte. Teatr zapełniony. Jednak stojących jest jak napisano: w sumie nie wiadomo bo te liczby wciąż są na niemieckie standardy. Groch i kasza! Gęstość to stosunek masy danej ilości substancji do zajmowanej przez nią objętości. Dwie substancje w różnych gęstościach nie będą się trwale mieszały. Olej zawsze wypłynie na powierzchnię. W Potworze grawitacja skupia się na środku, a kobiety są mniej gęste. Wszak mięsa męskie, niesiedzące – och jakże tak szarmancko – ruszają tłuste zady by pozwolić świetlistym istotom zasiąść na własnych, zgrabnych pośladach. Tylko mięsa męskie, ale takie sprytne, usiadły przy szybach – wszak paranoiczne ustępowanie pięknym mięsom ruszając pół autobusu byleby tylko wypaść na dżentelmena tylko zaburzy porządek. Pozostało jedno wolne siedzisko i grupa Niesiedzących a wśród nich… Feministka. Jej postura stosunkowo zgrabna, z niezadbanymi krągłościami, niska, z wielce porytą elewacją. Włosy tłuste i krótkie, mono-brew i te obtłuszczone, tak tłuste ropą cieknące, pianą toczące, mięsiste, pocięte kartkami oczy… źrenice… palące Niesiedzących wzrokiem oskarżycielskim. Piętnastu chłopa. Jedno wolne miejsce. Jedna feministka. Niesiedzenie, siedzenie, szowinizm i sufrażystki. Ten kęs goryczy, ustępowanego miejsca, ten straszny kęs zła czystego… był jak obiad karny, w zakładzie emancypantek, gdy wroga, stara baba wlewała pomyje do twej feministycznej gardzieli. Rzec można by że kobiece mięsa zasiadały zaś męskie stały, gdyby nie ta jedna Feministka – wobec tego inaczej dzielą się osobistości – na zasiadających i niezasiadających. Niesiedzenie było do zniesienia. Niesiedzenie było zwykłe, ale teraz, jego mistyczna symfonia spływającej obficie kurtuazji i to jedno wolne, opresyjne, szowinistyczne miejsce doprowadzało do wściekłości feministkę i do konfuzji inne mięsa. Swymi mętnymi oczyma czytała im manifest emancypacji, czytała im obelgę szowinizmu, czytała im swymi mętnymi oczyma. Włosy bujne i niestrzyżone, tłuste i blade wyzierały spod ręki, wyłaziły na tors, niosły pełen cieknącego swądu, zamaszysty i pewny siebie, zadowolony łój. Sierść tę, którą kobiece mięsa zwykły odrzucać, feministka pielęgnowała. W manifestacji niesiedzenia, które zniesione już być nie mogło, w krwawej osłonie grubych jak kozy włosów rosła wielka zasłona. Z sekundy na sekundę, włosy uwalniały się coraz agresywniej! Uwolniły spod ordynarnej, szowinistycznej opresji! Pokrywały niewielki biust i męską tak garsonkę, oplatały nogi i stopy w spodnie proste ubrane. Szyję otoczyły zwartym szykiem i włosy włosami pokryły. Twarz wkrótce z elewacją niepomalowaną i usta gołe, niepokryte krwistym osoczem szminki – włosy otworzyły usta te i do gardła zaczęły schodzić. Wypełniały przełyk! O! Jak cudownie! Koniec szowinistycznej opresji! Wypełniły gardło, przełyk, żołądek, jelita i oplotły z zewnątrz wielki, niezgrabny tyłek. W końcu! Tonąc we własnych pachach, feministka mogła dostąpić Odrodzenia!
Dwa młode, już płodne mięsa damskie nie wiedziały nawet jak znienawidzone są, jak oplute mentalnie przez Feministkę – dwaj chłopcy ustąpili im miejsca. Podziękowały i usiadły. Były to Psiapsiółki! Młode i śliczne. Słodkie i kochane. Stosunkowo nie zbereźne. Myślały że wiedzą co to miłość. Ich uczucia nie były jednak platoniczne. Nie znały słodkiego, gorzkiego, ponętnego smaku upajającej miłości romantycznej. Widziały tylko ślicznych chłopców na zdjęciach, plakatach, marzyły o życiu z idolami 10 lat starszymi – dziś chłopciowatymi, jutro zbyt męskimi. Ale jutro nie jest ważne. Tamci odejdą, pojawią się nowi – ustawieni w kolejce by poślubić każdą, z milionów fankę. Trzymamy kciuki.
- O ja nie moge! Skarga! – piszczało mięso przy oknie – jaki on jes słiiiiiiiit! Jak jórz pojade do Ameryki to go snajdę i wiem rze od razu mie pokoha! Jeteśmy sobie pisani!
- No muw kto to! Misia pokarz gościa! – zapytała ta przy przejściu
- On... – szepnęła Misia wyjmując oprawione zdjęcie młodego klauna.
- Alojs… - szepnęła psiapsółka. Wyjęła zdjęcie. Było inne. Z innej bańki. Z innej bajki. I był to Alojs – pszykro mi, ale akórat on, bedzie muj
Wrogie spojrzenia Psiapsiółek. Młode mięsa lustrujące rywalkę w szaleńczej wściekłości. Spojrzenia pełne żółci, czystej wściekłości. Oczy Misi płonęły różowym ogniem. Spływał z nich żrący kwas. Oczodoły płonęły od chemikaliów, a delikatny naskórek zatopionego w krwi mięsa zarumienił się od różowego płomienia którym spalał się w głowie Alojs, sterczący tam wśród pustki, w miejscu umysłu, który został jej odebrany. Tęczowa kora mózgowa, ocalała na brzegach, generowała właśnie obronne jednostki szturmowe ujeżdżające różowego kucyki. Kuce te, wyjeżdżające z hukiem i echem po czaszce młodocianej, rżały straszliwym głosem: „Zostańmy Przyjaciółmi!”… Skarga odparła atak artylerią dzikich spojrzeń. Jej arsenał był zgoła inny – to armia młodocianych, kimonookich postaci o oczach większych od głowy i kończynach wąskich niczym szpile. Chłopcy idealnie narysowani, idealni dla niej. W jej umyśle również płonął ukochany Alojs – nakreślony pomarańczową kredką. Przeciw kucykom ruszały zgraje japońskich rurururkowrów! Ich małe, blond główki, wypełnione armiami są jednak niegodne opisu – cofnijmy się o długość Potwora.
Były tam zlokalizowane mięsa mniej płodne niż im się wydawało, ale wciąż najbardziej płodne w Potworze. Na ostatnich siedziskach swe twarde, wysportowane tyłki posadziły młode Byczki. Desperado, Esperanto i Santiago. Młode byczki były silne i zdecydowane. Wiele sobie wyobrażały, więcej mówiły, znacznie mniej myślały. Ich piętrzące się mięśnie twardych, silnych, młodych ramion były jak głazy. Wyglądali prymitywniej – wszak nieociosane kamienie ich mięśni piętrzyły się jak góry i wielkie były między nimi krawędzie. Nie byli rzeźbami greckich mistrzów a zbitką kamieni z jaskini Mamuciej. Potężne tatuaże pokrywające ich bicepsy były ciemniejsze od ich umysłów, ale who cares! Wyglądają cool!
- Paczcie na typa tam – burknął pierwszy – znam go. Klasowy metal. Brudas! Ej! Działa na cię magnes? Ej! Metal! Mówiem do cię...
Metal siedział niewzruszenie. Nie dlatego że ich ignorował. Po prostu miał w uszach słuchawki. Dane było mu mieć obok drobną, ale z wielką nadwagą, kurtuazyjną i pachnącą tanimi pachnidłami, starą i zwiotczałą mięso. Kobieta z moherowym beretem na głowie patrzyła zniesmaczona na młodego człowieka. Nie był umalowany na czarno jak to zwykli robić ci wstrętni młodzieńcy ale i tak wyglądał na ordynarnego, złego do szpiku, pochylonego w mroku, ryczącego głosem otchłani prymitywa. Jego włosy były kruczoczarne i długie. Długie. Tak bardzo czarne i takie długie… słuchał jakichś swoich bezecnych i bezwartościowych ryków i hałasu na tych słuchawkach. Włosy tak długie. Jakby tysiące kruków spływało po jego głowie długim, czarnym, prostym, długim wodospadem. Lecące, spadające kruki, długa, tak długa rzeka kruków spływająca z głowy lub ich źródło tryskające na cokole czaszki, nieważne co – to spływało prosto w dół gładkim strumieniem. Skały skórzane na dole – kruki spadając roztrzaskiwały się na skałach tych, kruczoczarnych. Pokrywała to miejsce wielka ilość spadających, wstrętnych kruków, powodując czerwonokrwistą barwę podkoszulki. To krew mordowanych przez niego nocą ofiar z pewnością. Ach! Cóż za straszliwy młody mięso! Słucha tylko tych ryków z czeluści zła! Minę ma to mięso tak wstrętną, tak smutną, tak przepełnioną głębokim smutkiem… cóż za straszne sidła które więżą człowieka gdzieś w głębi! Muzyka! A kysz! Nieszczęśliwy? Gra wariata! Specjalnie katuje się ta wieża morderczych kruków. Nie spostrzeżesz się gdy odlecą – zostanie tylko pióro. A wtedy skaranie nadejdzie dla tego Potwora.
- Co ja powiem rodzicom… pierwsza jedynka w życiu… muszę powtórzyć okres napoleoński i zdać to normalnie, na piątkę – po czym wrócił do ulubionego „Allegro Molto” ze zaiste zacnej kolekcji koncertów Mozarta.
NAZYWAĆ RZECZY PO IMIENIU
Metalowi przyglądał się z równoległego siedzenia, po drugiej stronie Gej. Było to mięso nadzwyczaj słabe. Nie na zewnątrz – w środku. Wszak nie był to pedał a gej – spora różnica. Pocił się – nie z gorąca. Dławił się – nie z duchoty. Paranoicznie i tak intensywnie, tak bardzo pociągali go mężczyźni. Krył się, bał że ktoś się dowie. Mięsem był niestabilnym. Żył z dnia na dzień mając ślepą nadzieję że niczym się nie zdradzi. Nie jednak opresja społeczeństwa była mu problemem. Nie to go zajmowało. Najgorszym co się działo w tym młodym mózgu była niepewność. Gdy już dopuścił do siebie tę trudną myśl o orientacji homoseksualnej, musiał przyjąć zbyt wiele ideologii w pakiecie. Był konsekwentnym mięsem, nie dobierał sobie tylko tego co wygodne. Stał ponad przepaścią. Sporo młodych chłopców w wieku dojrzewania przechodzi przez trudny moment zachwiania orientacji – on nie radził sobie. Był gejem. Wiedział o tym. A jednak – coś go dziwnie ciągnęło do dziewczyn. Poukładał sobie w głowie coming-out i życie z partnerem, ale wciąż pociągały go dziewczyny. Wyrwał się z rozmyślań i spojrzał na mięso stojące przy tylnych drzwiach autobusu. Był mega przystojne. Ostry zarys żuchwy i delikatny podbródek, brak zarostu, mógł być nieco starszy od niego, regularny, lekko zadarty nos, proste brwi, krótko obcięte, ciemne włosy i usta…. Usta które tak bardzo chciał pocałować. Na chwilę jego oczy stały się ustami. Dotykały silnie i gwałtownie innych ust, język pracował. Całowały szyję, agresywnie wpijały się palcami we włosy. Oczy jego zapłonęły żądzą nienaturalną. Poczuł ciśnienie. Skrzyżował nogi. Otrząsnął się. Wzrastał i kurczył się jednocześnie. Szklany odlew jego ciała pęczniał i panoszył się wewnątrz Potwora, lecz on kurczył się niemiłosiernie. Za plecami płodnego, męskiego, atrakcyjnego mięsa były siedziska z których wychylał się inny mięso – młode to było, nie było jeszcze płodne. A może już było? Nie! Nie możesz! Nie! Zbyt wiele tego było w necie! Nie nie możesz… Nie jesteś… A może? Zbyt wiele podobnych mu nie potrafiło oprzeć się tym ciągotom! Nie! Nie jesteś nim, nie! To że oni są, kompleks męskości, paranoiczna obsesja dominacji, pociąg do nieświadomych, niedoświadczonych, tak! Czytał o tym! Tak! Wie! To naturalne gdy już w to wejdziesz a filmy te rozchodzą się jak ciekłe bułeczki! Nie! On ich nie widział! Nie! On ich nie oglądał! Nie… ale ten dzieciak jest taki ładny… takie to małe a takie to ładne… Nie! Przestań! Nie! Gej schwycił swą śliczną twarz i zdarł pazurami jak się zrywa starą tapetę. Tęcza spłynęła z krwią i resztki jej kapały zapamiętale. Spływawa po schodkach a on oparł się, bez twarzy, bez Tęczy, oddychając z ulgą. Wyrwał nogi z grzęzawiska. Zuch chłopak!
Małe mięso było zaintrygowane mijanym właśnie miasteczkiem. Wioską właściwie. Zabawne. Osiedla mięsne są jak dziecięca zabawa. Mała główka z twarzą przyszłego przystojniaka dochodziła do wielu zaskakujących wniosków. Można dziecko oszczędzić, wmawiać że jest tak niewinne, nieświadome, małe. A jednak wracający ze szkoły sam, we wnętrzu Potwora, bardzo mały uczniak czuł się jak prawdziwy macho. Jego oczy nieustannie lustrowały piękne, zgrabne, mięsne nogi żeńskie a młodziak był wyjątkowo niegrzeczny. Cóż… ostatecznie możemy przyznać że przynajmniej był normalny – tak jak jego predyspozycje. Chłopak od zawsze czuł się pewnie, posiadał wyjątkową inteligencję i wyglądał świetnie. Wszystko rzec można było w nim idealne a jednak – wielką była jego główna słabość… był niski. Najniższy z klasy. Niższy od innych małych mięs. Tak niski że jego niskość zniżała się przed niskością niskich. Nigdy też nie był przyjemny w kontaktach z innymi małymi mięsami. Jego mały, młody mózg w dużej dziecięcej główce konkludował naiwnie że w kontaktach z dziewczynami coś musi być więcej niż on zna. Coś tajemnego, coś niepoznanego, coś co instynktownie znajdował krępującym. Naiwne jego rozważania nie były jednakowoż zbereźne – małe mięso nie wie co to znaczy. Było coś wpędzającego w konfuzję, ale dlaczego? Skąd to się brało? Wstydliwość? Kultura? Umysł? Łapczywe patrzenie na zgrabne, kobiece nogi było zawsze tylko chojracką zabawą wyrostka. Był w tym jednak jakiś podtekst. Coś o czym wiedział że jest, ale nie wiedział co to, a jednak – wprawiało go to w niezręczne uczucie konfuzji. Nie był dużym chłopcem i to nie ze względu na wzrost, a jednak wyczuwał w dziewczynach coś więcej niż koleżanki a w kobietach coś więcej niż matrony. Spojrzał na drugą stronę Potwora – przy szybie siedziało piękne dziewczę.
Piękne dziewczę było mięsem już płodnym, którego włosy spływały czarnymi spiralami niczym serpentyny na balu punków z niewielkiej ale pojemnej głowy. Elewację przednią miała szczelnie pokrytą gładzią białą, z czarnymi elementami. Wlew paliwa otoczony czarną kreską, wąską, ale pełną, wyraźną, zaś podwójna rura wydechowa (i wdechowa) była delikatna i regularna w swojej obleczonej białością budowie. Regularna krawędź podbródka i lekko zaokrąglona konstrukcja elewacji były od dołu obleczone w czarne cienie czarnych ptaków, może kruków. Niema inskrypcja mrocznej inwencji ciągnęła się przez długość pnia aż do jego podstawy, gdy korzenie obojczyków wyzierały spod gleby. Ubrana była skromnie – nie lubiła pokazywać zbyt wiele swego pięknego mięsa. Trzymała w dłoni pisadło i zeszyt. Pisała wiersze. Dziełka dość mroczne, samobójcze, tak mroczne, poważne, mroczne, przedziwne, mroczne. Wyrażała myśli swe, przeżycia tak okrutne które dane jej było przeżyć. Niezrozumienie, nieakceptacja, jedynka z matmy, niepozostanie z nią dokonane przez chłopaka, niewspółczucie, nieobecność, niekochanie, nieistnienie w jej życiu, nieradzenie, niepragnienie - krzywdy tak głębokie – czepiający się rodzice, cóż za straszne przeżycia! I jeszcze głos dziadka który rzekł: „W twoim wieku byłem na wojnie i ratowałem rodzinę przed śmiercią, głodem! Wtedy to miałem powody do załamania! Ale trzeba było wziąć się w garść i radzić sobie! A ci wystarczy awantura z rodzicami byś chciała się zabić!” Świat jej nie rozumiał. Żałosne. Pisała kolejne strofy:
Kolejne cierpienia już w kolejce
Pocałunek śmierci zniewala
A miłość – czymże jest wśród cieni
Jeśli ktoś kogo kochasz jej nie doceni?
Tu nie dokończyła gdyż rym potrzebny do
„Potrzebnym jest tylko sznur lub sztylet”
i chciała to połączyć z zanotowanymi na boku
„Niewiele może taka jak ja ameba
Grunt by lina była mocna jak trzeba”
Wyciągnęła plastikową łyżkę i cięła się nią, cięła się nią aż odcięła sobie mentalnie dłoń (rymło się)
„Z daleka od innych homo sapiens być
Pustkowia samotności samotnie przebyć
Uciec od świata który rani mnie
Tego tylko, tego tylko dzisiaj chcę”
Oczy bezlitośnie smagały kartkę swoim strasznym cierpieniem. Przecież została tak strasznie pokrzywdzona! Z jej otworów na kamery pociekły gęste ropy łzy. Lawa czarna, niczym nafta, wyorała oczy, oczodoły, gałki zaś lewitowały pośrodku chwilę by w końcu zatopić się w tych dziurach. Nie rozumiała, nie rozumiała! Ona nie rozumiała nierozumienia jej rozumowania i nierozumienie to wyzwoliło się spośród fanatycznych więzów kulturalnych schematów. Nierozumienie ogarniać zaczęło powietrze i już za chwilę każdy atom jego zdawał się nierozumieć niezrozumienia nierozumienia. Było ich tysiące. Otoczyły ją. Każden jeden łapał się swymi korzeniami jakiegoś schematu i krzyczał poruszając intensywnie żuchwą „nierozumiem, nierozumiem” by w końcu armadą wlecieć do jej zapadających się z duchoty płuc i utopić ją w intensywnym nierozumieniu. I to był już koniec. Pożarła już tylko siedzenie naprzeciwko i nierozumienie spełniło się. Brak!
Tuż za Darcią – bo warto z czystej przyzwoitości i ku uciesze falochronu Łebskiego nadać jej imię – siedział Artysta. Był to mięso nadzwyczaj inteligentny i spostrzegawczy. Zza piórnego siedzenia Darci obaczył kartkę z pisanymi strofami. Czytał w miarę jak pisała. A to urwisek! Był płodnym samcem, lecz mięsem z wierzchu niezbyt ponętnym. Bazgrał coś czarnym długopisem w kraciastym zeszycie A4. Rysunek. Postać kobieca, pozbawiona twarzy, z gładką skórą na całej głowie. Jej włosy były rozwiane na wietrze, a może unoszące się pod wodą? Długie, czarne powolne. Nagie szyja i ramiona, drobne, delikatne, zbudowane z pudru, tak cudowne, żądzy nie wzbudzające a tkliwą miłość i chęć delikatnego ostrożnego, acz namiętnego pocałowania tej papierowej skóry. Ubrana w zwiewną suknię zapiętą dokładnie na bardzo niewielkim dekolcie i ukrywającą delikatnie zarysowany kontur dorodnych piersi stała tam, nie patrząc niczym, nie mówiąc za pomocą niczego. Ale co to? Od pasa zaczynała pękać niby lalka porcelanowa a jej rozłożone na wschody, zachody ramiona spękane były wielkimi kanionami. Po chwili spękania zamieniały się w osobne byty. Jakby mozaika, z której buduje się postać. Płytki mozaiki nabierały podłużnego kształtu i dalej odpadały od siebie w formie i kształcie liści. Łodyżki, kanaliki, żyły zielono-czarnych liści sypały się z tej postaci, a widz miał przemożne wrażenie że Ona jeszcze nie patrzy na ciebie swoimi niczym… Artysta odsunął nieco swoje nic nie znaczące bazgroły z zeszytu i uśmiechnął się zadowolony. Z plecaka wyjął 500 mililitrową, niebiesko-przezroczystą butelkę PET z tworzywa sztucznego, zamkniętą niebieską nakrętką bezpieczną. W tej niewielkiej butelce znajdowała się woda. H2O plus wiele reklamowego arsenału. Dość mocno ale na średnim poziomie gazowana, z 15 tonami magnesu i jeszcze więcej przyciągniętego przezeń żelaza, płynne złoto – nie wiedzieć czemu – na trawienie i – nie wiedzieć czemu – nie stwardniało w niskiej temperaturze. Artysta szepnął:
- Cóż za ironia… woda. Najpotężniejszy żywioł. Pędzel Boga którym ów Przedwieczny pisał świat. Rzeźbił nim góry nieustannym nurtem pełnym siły, podmywał brzegi tworząc rajskie plaże na wybrzeżach. Zasila oceany, morza, jeziora, tworzy je i rzeźbi. Potężna też gdy zamarznięta, bo na lód skuta wyrywa skały, a góry zrównuje z ziemią jako lądolód. Ludzi morduje setkami, Zabiera tyle żyć i mienia w powodziach, napływach, wielkich falach, kataklizmach. Potężna siła sprawcza, żywioł… zamknięty w 500 mililitrowej, niebiesko-przezroczystej butelce PET z tworzywa sztucznego, zamkniętej niebieską nakrętką bezpieczną. Tak ułagodzona, tak oswojona, tracąca swój wielki majestat. Cóż za ironia…
Nie spostrzegł że mówi na głos i – choć szepcze, słyszy go sąsiednie mięso. Wpatrywało się w niego wielkimi, białymi oczyma z fioletowym kołem pośrodku, wypełnionym czarną masą źrenicy i niewielkimi rzekami rozcieńczonej krwi. Usta mięsa poruszały się intensywnie. Bezgłośnie – a słyszał ich głos. Wylewały się jak krzaki spomiędzy warg, wielkie, stare skrzynie pełne kamieni. Znał je. Każdy z nich zebrał w dzieciństwie. Pisk rozsadzający uszy minął. Artysta usłyszał słowa:
- Dobrze się pan czuje? – żeńskie, całkiem pulchne mięso wyglądało na zdezorientowaną
- Tak, dobrze – odpowiedział Artysta. Pociągnął łyk wody i poczuł jak wzrasta w nim nazizm. Wszak woda pochłonęła tyle już istnień, ludzkich i zwierzęcych że nie zdziwiłby się gdyby krople muskające jego usta i przełyk dotykały kiedyś topielca hitlerowskiego ze starego U-Boota.
Ostatecznie nastała ta upragniona 16:15. Niesiedzący mężczyźni i niesiedząca Feministka, która po osiągnięciu prywatnej nirvany zatopiła się w upajających rozmyślaniach, tak miętowych, lub lepiej – aloesowych, wszyscy stali nadal nad wolnym siedziskiem. Oni byli wciąż skonfundowani, ona zaś w swojej Włochatej Improwizacji zaszła dalej niż sięga królicza nora i odleciała daleko, daleko, daleko, daleko, daleko, daleko. Wtem jednak Potwór się zatrzymał. Natychmiast oczy Niesiedzących skierowały się w stronę drzwi. Weszło przepiękne, jakże płodne, eleganckie, damskie mięso. Wszystko było w niej doskonałe. Długie, lokowane włosy koloru ciemnego blond, piękna, delikatna twarz, zwiewna, czarna sukienka sięgająca kolan, zakrywająca dokładnie czające się ponętnie, piękne ciało, ramiona okrywało białe bolerko współgrające z czerwienią szminki i butów na wysokim obcasie. Kupiwszy bilet, poczęła iść powoli, między Niesiedzącymi. Ci szamanko ustąpili jej miejsca. Stanęła przed Feministką. Wolne miejsce. Nie! Nie może usiąść! Feminizm upadnie! Emancypacja upadnie! Szarmancki patriarchat sprowadzi ich znowu do obywateli drugiej kategorii! Do pupili domowych! Do pieprzonych małp w ZOO! Nie może usiąść na tym miejscu! Lata dziedzictwa sufrażystek, obiady karne, rozstrzelania, damski holocaust, opresja savoir vivre, pójdzie na marne! Aria niesiedzenia musi trwać! Kobietka powoli spoczęła swoimi zgrabnymi pośladkami na siedzisku. Usłyszano tętent stada koni. Upadł feminizm! Dalej będzie już tylko akap! Gej zwymiotował. Ze ściany tylnej wybiegły lemury. Zerwała się Darcia i wrzasnęła tłusto: