seen from Taiwan
seen from United States
seen from China
seen from Chile

seen from United States
seen from United States

seen from United Kingdom
seen from Türkiye

seen from Australia
seen from Saudi Arabia
seen from United States
seen from China
seen from China
seen from United States
seen from United States
seen from Libya

seen from United States
seen from China
seen from Japan
seen from Malaysia
Sopot, 24 III 2025
Świbno, ujście Wisły do Bałtyku, Iwona Grzywaczewska
Banałtyk, październik 2025.
Baltic Sea, Gdynia, Poland by Grzegorz Januszewicz
Here's a break from your regularly scheduled TXR posting! Some photos from today's road trip.
Spokojna tafla morza powoli zaczyna skrzyć się ciepłym pomarańczem. Jest ciepła noc, więc chyba nie mogło być inaczej. Nie pamiętam, kiedy zaszło Słońce. Ono też nie pamięta, bo wydaje się, że tylko na krótką chwilę zmrużyło swe jasne oko. Ponownie rozewrze zasiniałe powieki lada moment, by ujrzeć wpatrzonych w siebie milion rozespanych albo całkiem już przebudzonych źrenic.
Nawet nie wiem do końca, jak tu przyszedłem. Zdawało mi się, że płynę znieczulonym ciałem przez naprzemienne wały rozgrzanego i chłodnego, choć stale wilgotnego powietrza. Minąłem dużo złotych okien i szarych ludzi, kilka grup pijanych i zakochanych. Może wszyscy dzisiaj pozazdrościliśmy rozgadanym mewom widoku pierwszych promieni lipcowej niedzieli.
Chyba taki jest cel mojego życia, iść gdzieś bez celu i coraz to się dziwić, że i ja żyję, i świat wokół, chociaż wszystko bez wyjątku w takich godzinach wydaje się urojeniem.
Różowa, cukierkowa wata owija mnie w swoje poły, rozpościerając się od horyzontu po błyszczące jak kawałeczki bursztynu sztuczne światła z Brzeźna.
Boję się być postrzeganym, ale kocham postrzegać, w szczególności wszystko to, co takiej umiejętności samo nie posiada. Wypełnia mnie wtedy najczystsza przyjemność, jakiej potrafię doświadczać. Przyjemność z instnienia. Tak na codzień - strasznie jest być. W domyśle: być jakimś. A teraz jestem, tak samo jak piasek pod moimi stopami, jasnobłękitne niebo na sklepieniu i wolne ptactwo w przestworzach... i wszyscy czekamy na Słońce, i żadne nie czeka lepiej albo gorzej od drugiego. Gdybym mógł wzbić się w bezkresne powietrze, pewnie krążyłbym tak samo bezsensownie, jak teraz. Jednocześnie będąc kompletnie bez znaczenia dla płonącego pejzażu i choćby przez ułamek sekundy, nadmiernie wyraźnie rzucającym się w oko dla obserwatora tej niekończącej się transformacji.
Tymczasem podziwiam rozżarzoną wpółotwartą soczewkę własnymi odkształconymi soczewkami, a w żółciach, fioletach i różu otwiera się nowy dzień. Całkowicie różny od wszystkich, które minęły i tych, które nadejdą, choć z perspektywy wszechwiecznej gwiazdy - niczym się niewyróżniający.
Wracając, mijam dojrzewające kasztany. Może kiedyś też dojrzeję, wydostanę się z ciasnej kolczastej opoki i chociaż na moment, przyniosę komuś uśmiech na twarzy. Szkoda byłoby opaść między kolorowe liście i zgnić w samym sobie, nie wydobywszy się na zewnątrz.
Słońce, otulone w szarą kołdrę, oddycha miarowo. Znad horyzontu wyłania się jedynie bark z jasną skórą chłodną od nocnego powietrza, które wkradło w ten mały świat, pachnący słowem i kwiatowym płynem do płukania, przez uchylone okno. Czuję się jak intruz we własnym domu - przenikliwie zimny, wciąż bardziej zawieszony w otwartej przestrzeni, nijak nie pasujący do tego intymnego ciepła. Dłuższą chwilę więc patrzę na śpiący wschód, zachód, południe i zaćmienie, krótki zimowy dzień i niekończącą się letnią dobę. Na gęsty las, pola ciężkie od pełnych kłosów, wietrzne hale pokryte mgłą i zaszronione asfaltowe ulice. I znowu, dziwię się, radując w duszy, że mogę tak, o, po prostu być.
06.07.25