Diane Dillon (1933-) & Leo Dillon (1933-2012), ''Nine Hundred Grandmothers'' by R. A. Lafferty, 1970
seen from United States
seen from Italy
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Spain
seen from United States
seen from China
seen from India
seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Canada

seen from Germany
seen from United States
seen from China
seen from United States

seen from Germany
Diane Dillon (1933-) & Leo Dillon (1933-2012), ''Nine Hundred Grandmothers'' by R. A. Lafferty, 1970
Cover illustration by Diane & Leo Dillon
Info from ISFDB
Leo and Diane Dillon’s 1969 cover to Fourth Mansions, by R. A. Lafferty
A book you very likely don’t have on your shelf #134
Cover illustrator unknown
Kids... Smoke!
The Reefs of Earth (1968) - by R. A. Lafferty
The Reefs of Earth (1968) - By R. A. Lafferty
R. A. Lafferty - Najlepsze opowiadania
Jeżeli książki mają czegoś uczyć, to najbardziej uczą te niezrozumiałe. Bo jak ma coś, co już rozumiemy, nauczyć czegoś nowego. Temu też przejście przez te 22 opowiadania zajęło mi osiem miesięcy w dwóch seriach. Zacznę jednak od autora. Raphael Aloysius "R. A." Lafferty nie jest pisarzem znanym na rodzimym rynku. Szkoda, bo został nominowany do nagród Nebula i Hugo. Opowiadaniu "Matka Euremy" udało uzyskać się tą drugą. Pierwszej nigdy nie zdobył. Dodatkowo wydaje się, że swoimi krótkimi formami zainspirował wiele głośniejszych gwiazd tego nurtu. Te, wypowiadają się pochlebnie w przedmowach do każdego z opowiadań, a mamy tutaj Niela Gaimana (ostatnio postać kontrowersyjna), Roberta Silverberga (na półce czeka jego "Luna to surowa pani"), Samuela R. Delany'ego (kiedyś przeczytam "Babel 17"), jak i wielu innych. Sam urodzony w stanie Iowa w 1914 roku, przeżył na Azji-Pacyfiku II wojnę światową, a całe swoje życie związał z Oklahomską Tulsą. Widać w jego twórczości te wpływy kultury indiańskiej, czy mniej zagospodarowanej środkowej części Ameryki. Jako przykłady można wziąć indiańskie "Wąska Dolina", romskie "Kraj Wielkich Koni", czy bardziej mu swojskie "Na naszej ulicy". Dodam, że to wszystko są drobne formy z lat 60-tych i początków 70-tych, by umiejscowić to w jakimś czasie.
Dobra, ale o czym te wszystkie teksty są? Powiem szczerze, sam nie wiem. Bo niby jest to fantastyka naukowa, ale zostawić to proste, niemówiące nic określenie byłoby potwarzą. Bliżej mu często do absurdu, czy literatury "dziwnej" - literatury bizzare. Oczywiście mówię to w dobrym tych słów znaczeniu. Nie jest to bowiem strumień myśli jakiegoś pomylonego z pustyń, a w tym szaleństwie jest metoda. Choć nie jest dobrze to przyznać, to czuję, że wielu idei zaklętych w tych krótkich nowelkach nie złapałem. Można powiedzieć, że są to takie niebezpośrednie przypowieści komentujące w niebanalny sposób rzeczywistość, w której się znalazł. Jak i bardziej fundamentalne kwestie. Do tego trzeba się jednak dokopać, obić się parę razy o te ściany znaczeń, które oszczędną formą buduje autor. Trzeba też mieć dobrze rozwiniętą intuicję i nie bać się wyobraźni, z której tak chętnie korzysta. Przykłady "Matka Euremy" jest o syndromie oszusta i wynalazczości, "Świat jako wola i tapeta" to rozprawka na temat powtarzalności form i słomianym poszukiwaniu coraz to nowszych wrażeń, a "Wąska Dolina" to zabawny komentarz na niezabawny temat grabieży terenów rdzennych amerykan. Zresztą, nie da się w jednym zdaniu zawrzeć wszystkiego co udało umieścić się Laffertemu, w tych opowiadaniach. Można to robić co najwyżej metodą odkrywkową - jeden odczyt na raz. Choć niestety jedna z tych warstw, czyli język oryginału, musiała zaginąć w tłumaczeniu. Słowa, barwa ich i zabawa nimi, pewnie została utracona, niezależnie od tego jak dobry przekład by nie był.
Podobnie jak opowiadania Williama Gibsona, które niedawno opisywałem, prowokują do myślenia i pofilozofowania. Oczywiście oba z nich oferują zupełnie inne klimaty. Tak jak Gibson patrzył bardziej w horyzont, przy okazji opisując teraźniejszość, tak Lafferty pomimo gawędziarskiego stylu i humoru oferuje poważne spojrzenie na tu i teraz. Jest to taka swoista forma mitologii, którą tutaj autor buduje. Świata, w którym wiele rzeczy jest możliwe, wiele nieprzewidywalne, i drugie tyle niepoznawalne. Najbardziej właśnie cenię tą możliwość oderwania, wyabstrahowania elementów codzienności i zbudowaniu prozaiczno-magicznej narracji. Z tego względu też będą żyły te teksty ze mną na długo i możliwe, że jeszcze do nich wrócę, jak do studni, by zaczerpnąć jeszcze więcej znaczeń z tych pozornie bezsensownych i chaotycznych zapisków.
Miłego, Adiabat 31.08.2025