Bałwan
Listopad, czyli mija dokładnie rok, od kiedy rozpoczęliśmy leczenie Pawła. Dwa od kiedy usłyszeliśmy diagnozę, która zmienila nasze życie.
dzieciak, który zawsze wolał być sam w ciszy, uciekał od innych, od nas, skakał w rytm muzyki, która słyszał tylko on. Bez czucia bólu. Bez słów i prawie bez spojrzeń.
Pamietam łzy, które cisnęły się do oczu, ilekroć słuchałam głupiej piosenki "ulepimy dziś bałwana".. my...marzyłam o wspólnej zabawie, gdzie będziemy coś robić razem i będziemy się śmiać, przeskakiwać w pomysłach i piszczeć z radości. Tak po prostu...
Spadl dziś snieg. Po rzucaniu się śnieżkami, zaczęliśmy lepić bałwana....nawet nos miał z marchewki! Paweł piszczał z radości, gdy robił ręce z gałęzi.
Spełniłam jedno z moich cichych marzeń.
A młody piszczał z radości:-bałan! -bałan!
Kiedy szliśmy już do domu, czułam się tak, że mogłabym ściskać i całować każdego spotkanego człowieka :) nie szłam...fruwalam













