Nie jest tajemnicą moja wyjątkowa niechęć do cenzury i wszelkich w ogóle prób ograniczania wolności wypowiedzi. Jednakże w przypadku literatury, cenzura to dla mnie szczyt obrzydliwości. Niestety obrzydliwości praktykowanej przez każdą ze stron politycznych i obyczajowych sporów. Romanowi Giertychowi przeszkadzał antypolski „Transatlantyk” Gombrowicza. Grupa żydowskich rodziców w USA żądała wycofania z listy lektur „Olivera Twista”, a w wielu stanach uznano „Zwrotnik Raka” za dzieło nieobyczajne. Lista cenzurowanych dzieł jest niestety długa i jak do tej pory w tej dyscyplinie przodowała ciemna jak noc listopadowa prawica. Teraz lewa strona uznała, że czas prześcignąć rywala w sztafecie głupoty. „W pustyni i w puszczy” uznano za propagujące kolonialny obraz świata, a pod petycją o usunięcie tej książki z listy lektur podpisały się setki Polek i Polaków. Tylko czekać jak na kolejny ogień pójdą „Krzyżacy”, jako zagrażający polsko-niemieckiemu pojednaniu.
Dziwię się jednak, że do tej pory ideologiczne spory ominęły Marię Rodziewiczównę. Autorkę między innymi „Lata leśnych ludzi”, uznanego przez Jarosława M. Rymkiewicza za „jeden z najwspanialszych hymnów ku chwale polskości”. Rymkiewicz jest znanym wsteczniakiem popierającym panujący w Polsce reżim, co już powinno obudzić Waszą czujność.
Ja, zachęcony tą entuzjastyczną recenzją, przeczytałem „Lato leśnych ludzi” w zeszłym roku. Nie bardzo mi się podobało. Nie tylko ze względu na sentymentalizm i idealizacje postaci, ale przede wszystkim z powodu dziwnego podejścia autorki do ochrony przyrody. Niech was nie zmyli apoteoza dziewiczego lasu i wąchanie kwiatków przez głównych bohaterów.
Kwiatki są, ale zupełnie innego rodzaju. Oto co w „leśnych ludziach” pisze się o puchaczu, gatunku prawnie chronionym:
„- Tuś mi krzyżacka wywłoko! - (…) Teraz na cię sąd i prawo! (…) Ostatnia to twoja noc (…) Strzał padł, po sekundzie drugi (…) Jest troje młodych. Jeszcze białe, ledwie wyklute, a juz kłapia szczekami i w reke mnie dziobia (…) - Nie żywić przeklętego płodu! Łby im pokrecić! Rosomak cisnął na ziemię gniazdo i lęg. - Szczeźnijcie do ostatniego! - warknął”
Piękny hymn ku chwale polskości. Zastrzelenie dwóch dorosłych osobników i zniszczenie gniazda z młodymi.
Dalej wcale nie jest lepiej. Dostajemy opis zamordowania rysia (choć w obronie źrebięcia) w postaci matki karmiącej. Oto jak bohater powieści radzi sobie z miotem tego zagrożonego wymarciem kota:
„I pokazał Odrowąż dwie małe skórki kociąt. - Znalazł w dziupli dębowej. Podrapały mu szpetnie ręce, ale całe gniazdo szczezło dzięki tobie. A ot! I czerep masz na pamiątkę boju: mrówki oczyściły cudnie.”
A teraz my wszyscy musimy dawać na WWF, żeby pojawił się choć cień szansy na odbudowę populacji tego wspaniałego kota.
Dziwię się, że grupy lewicowo-zielone do tej pory nie odniosły się do tej lektury, która mnie osobiście wytrąciła z równowagi.
Autorka, co prawda próbuje mylić tropy promując wegetarianizm:
„Orlik dogonił go po chwili. - Zupełnie mi wuj apetyt odjął! - Od dawna mięsa nie jadam i coraz większy czuję doń wstręt.(…) Zresztą niegłodnym. Mam chleb, jagód nie brak ”
Znajdujemy także w „Lecie leśnych ludzi” ukłon w stronę ruchu LGBTQ:
„- Ot i nasz Tęczowy Most! - rzekł Żuraw. Wszyscy trzej wydali długi specjalnie swój okrzyk, zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali”
Nie wiem co to był za okrzyk, strach po lesie chodzić.
Być może właśnie ten ostatni wątek jest polisą ubezpieczeniową, która chroni Rodziewiczównę przed atakiem lewicy i ekologów. Otóż autorka ta jest jedną z głównych bohaterek „Homobiografii” Krzysztofa Tomasika. Pozycja ta ujawnia, a raczej potwierdza, to co sami jesteśmy w stanie stwierdzić patrząc na zachowane zdjęcia pisarki. Maria Rodziewiczówna, choć nazwisko ma dziewczęce i zwiewne niczym naręcza polnych kwiatów, przyjmuje postać grubokościstego pana z fryzurą na jeża.
Jak donosi nam Maria Sobolewska w swoim dzienniku z 1902 roku:
„Znalazłszy się na jednem z zebrań warszawskich, na
którem poznać miałam Rodziewiczównę, szukałam jej oczami i
wówczas oburzył mnie widok młodego chłopca, siedzącego w szarym
surduciku na najprzedniejszym miejscu, wbrew wszelkim wymaganiom
norm towarzyskich. Ogorzałą jego, o regularnych rysach twarz rozjaśniały
piękne, ciemne, w migdał wycięte oczy, niepospolicie rozumne
i dobre, choć hardo patrzące spod wyniosłego czoła, ocienionego
czarną, krótko przystrzyżoną czupryną. Po chwili drobna muskularna
dłoń owego chłopca wyciągnęła się do mnie, twarz jego opromienił
uśmiech pogody, ukazując dołki na twarzy i usta pełne wdzięku i
łagodności, co wszystko razem wzięte dało odblask duszy kobiecej o
subtelnych tajnikach. Stałam przed Rodziewiczówną”
Pisarka do końca życia ukrywała swoje nietypowe preferencje, co nie przeszkadzało jej utrzymywać bliskich relacji z dwoma kobietami naraz. Dyskrecja być może zabezpieczyła jej zachwyty Rymkiewicza i poparcie ruchów konserwatywnych. Bycie trans kobietą natomiast - chroni przed frontalnym atakiem lewicy, której antyekologiczne i narodowo bogoojczyźniane wątki w powieściach podobać się nie mogą.
Cóż za problem dla wszystkich cenzorów! To w końcu nasza czy może ich? Wykreślać czy promować? Szkoda, że biedaczka nie może się już określić po jedynej słusznej stronie!
Ciekawe jestem, czy poparłaby Andrzeja D, zwolennika obdzierania żywcem zwierząt futerkowych, dręczyciela leworęcznych lesbijek, fanatyka przebijającego dętki w rowerach i człowieka, który wmusza kiełbasę w afroeuropejskich wegan?
A może Rafała T, który pali izby pamięci żołnierzy wyklętych, składa wiernopoddańcze hołdy niemieckim mediom (plując w twarz dzieciom z Wrześni), pragnie islamizacji sanktuarium w Licheniu, czy planuje seksualizować bobry na Sanie?
A co mówi ona sama?
„Trzy rzeczy na świecie mogące najzdrowszego
człowieka doprowadzić do obłędu: metafizyka, waluta i kobieta” Maria Rodziewiczówna (1864-1944)










