Serengeti w języku Suahili znaczy dupa boli od wertepów, a oczy szczypią od pyłu. Ale jak to mówią nasi kierowcy kiedy psuje się auto albo gubią drogę już po zmroku, hakuna matata. Tak więc dzielnie znosimy te warunki i toczymy się z zawrotną prędkością przez główną drogę Serengeti. Na początku nie zachwyca, wyschnięta trawa po horyzont nie przypomina sawanny z obrazków na kanale National Geographic. Jesteśmy w środku pory suchej, wielka migracja udała się do Masai Mara w poszukiwaniu wody i resztek zielonej trawy. Ale z każdym kilometrem krajobraz się zmieniał, pojawiało się trochę zieleni i coraz więcej zwierząt. Grupa pięciu lwów, sępy, hieny, masajskie antylopki czy stado hipopotamów siedzące po uszy w cuchnącym bajorze. Największe wrażenie zrobił jednak na nas szakal, rozszarpujący na części antylopę na środku drogi. I gdy myśleliśmy że nic więcej nas nie zaskoczy, w świetle zachodzącego słońca, zobaczyliśmy bardzo blisko nas żyrafę skubiącą akacje. Bez wątpienia, najpiękniejszy widok tego wyjazdu. Wszyscy gapiliśmy się jak urzeczeni, łącznie z lokalnym kierowcą. Jednak dzięki temu, do namiotu musieliśmy jechać już po zmroku, więc mieliśmy zapewnione dodatkowe emocje.














