Handball w najgorszym wydaniu
Rzekł kiedyś Mark Twain, że lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Dziś trochę zmodyfikuję tę mądrość i udowodnię, że nie dotyczy tylko odzywania, ale także pisania. Pisania tekstów, które powinny być profesjonalne. A są co najwyżej przykre.
Kontekst historyczny. Dawno, dawno, dwa lata temu, drużyna handballowego Górnika Zabrze wywalczyła brązowy medal mistrzostw Polski. Sukces smakował jak złoto, bo wiadomo, że dwa pierwsze miejsca w lidze zarezerwowane są dla Vive Tauronu Kielce i Orlen Wisły Płock. Rok później zabrzanie ponownie chcą walczyć o wysokie laury, niezłych zawodników w swojej ekipie mają, ale ponoć coś nie zagrało. Skończyli więc sezon na miejscu piątym. Prezes odrobinę się zdenerwował i stwierdził, że gwiazdy są na niebie, nie chce takowych w zespole, bo skutek przyniosło to, eufemistycznie ujmując, marny. Obniżył więc budżet, skompletował skład z mniej medialnymi nazwiskami, a na stanowisko trenera zatrudnił 39-letniego Mariusza Jurasika, który jest równocześnie graczem drużyny. Notabene najlepszym. I często jedynym.
Cięcia kosztów odbyły się chyba także w załodze zarządzającej stroną internetową, PR-em i kontaktem z mediami. Nie wiem, jak przebiegało wybieranie nowego teamu w tym przypadku, ale wygląda to tak, jakby prezes chodził sobie po Silesii i pytał ludzi, czy nie chcieliby łatwej i przyjemnej pracy. Z tym, że tę pracę też można masakrować.
Koniec kontekstu historycznego. Idźmy do konkretów. A kwiatków jest tyle, że aż mi się buzia uśmiecha na myśl o możliwości znęcania się nad czyjąś ułomnością.
Hit numer jeden. Screena niestety nie mam, bo zaczęłam zapisywać hity z satelity dopiero, gdy zorientowałam się, że tego będzie więcej i stworzę folder o uroczej nazwie „Górnikowa beczka na każdy dzień”.
Tytuł artykułu „Dlaczego Dariusz Jurasik stracił głos”. Ludu, ludu. Trzymajcie mnie, bo do dziś mną telepie. Ja wiem, że można nie znać imion zawodników piątej ligi podwórkowej, ale Mariusz Jurasik to jednak ikona polskiej piłki ręcznej. Nawet moja mama wie, jak wygląda i rozpoznaje go w sklepie. A moja rozkoszna rodzicielka od lat ogląda ze mną siatkówkę i wciąż na Murilo woła Gorillo, a na Vissotto Risotto. Rozumiecie więc jej poziom zaangażowania i zrozumienia niektórych sportowych kwestii.
Mały update: Twitter jednak zawsze niezawodny. (@ag_zi)
I jeszcze ta kropka nienawiści na końcu zdania. Trzy razy tak, przechodzisz dalej.
Hit numer dwa.
Jak to mawiają: „co raz się zobaczyło, się nie odzobaczy”. Szkoda tylko, że w przypadku czwartej linijki screenowanego tekstu “coraz” powinno być pisane łącznie, w końcu coraz bliżej święta.
Dobrze, że Górnicy grają, a w meczach o stawkę nie mogą grać źle, ale istnieją również inne słowa, które mogą skutecznie to granie zastąpić. Ale po co. Grają w piłkę ręczną? Grają. To po co drążysz temat.
Miło wiedzieć, że po słabym meczu w Lubinie jutro Górnicy się zrehabilitują. Z tym, że sprawdziłam terminarz i niestety jutro żadnego pojedynku w Zabrzu nie ma.
Po drugie. Wiem, że się czepiam, ale gdzie tu sens i logika: „5 spotkań”, „dwa z nich”, „3 mecze”. Ja jestem kobietą i rozumiem, co znaczy być niezdecydowanym, ale jak już wybieram jedną wersję, to twardo idę i się jej trzymam jak rzep psiego ogona.
Teraz zamknijcie oczy, bo się wam wypalą. TYM CZASEM. Tym czasem, a może tamtym czasem, a może jeszcze jakimś innym. Mam sobie wybrać? Warszawski, nowojorski czy australijski. Chyba ostatecznie zdecyduję się na czas tadżykistański.
Nie wspominam już o tym, że ładnie byłoby teksty justować. Choć jestem w stanie ich rozgrzeszyć, bo sama walczę z Tumblrem.
„Mimo, że rywale zmagają się w II lidze, udało im się rzucić 20 bramek, przy 34 straconych na korzyść zabrzan”. Tłumacząc na język polski – goście stracili 34 bramki, które to były równocześnie golami zabrzańskiej ekipy. Tylko teraz po co pisać, że rywale stracili bramki na korzyść tych drugich? Nie wystarczy stwierdzić, że stracili i amen? Czyż to nie logiczne, że skoro stracili to raczej nie na konto króla Alberta tylko przeciwnika?
Powtórzenia „gości-gości” i „grający-grający” to niższy kaliber, więc nie będę się wyżywać.
Ale prawoskrzydłowy piszemy łącznie. Ja wiem, że można pomachać prawym skrzydełkiem, lewym skrzydełkiem, prawą nóżką i lewą także, ale pozycji prawo (spacja) skrzydłowego nie ma. Choć Word nie poprawia automatycznie tego błędu, więc rozumiem, że można nie wiedzieć.
Jedziemy dalej. Piękny lid artykułu. Szkoda tylko, że dopiero po jego przeczytaniu dowiadujemy się, że tak naprawdę to cytat. Bo po co zacząć cytat od myślnika. Myślniki są zbyt mainstramowe.
Przyznaję, że drugi akapit, zaznaczony przepiękną klamrą rysowaną w Paincie, czytałam dziesięć razy. Ostatecznie zrozumiałam. Łatwo nie było, ale chyba wiem, co autor miał na myśli.
„Bardzo fajnie prowadził ich grę”. Fajnie to sobie można w piłkę na podwórku kopać, a niefajnie jest, gdy piłkę zabiera kolega, którego mama woła na obiad. W gimnazjum przed testami miliony razy mi wpajali, że lepiej zacząć zdanie od „i” albo „a” niż wcisnąć w tekst słowo fajnie. Fajnie po prostu jest niefajne. Nawet Word się zgadza, bo podkreśla na czerwono.
W tym przykładzie jest czerwono. Nie wiem czy wynika to z wielu błędów, czy z tego, że akurat w tym dniu miałam zły dzień i musiałam się wyżyć, ale nie tym się przejmujmy.
„Równo sześć dni”. Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi dzień trwający 25 godzin, a kolejny 23. Trudno byłoby znaleźć nierówne dni.
ILOŚĆ ZMIAN. Matko z ojca. Problem z ilością i liczbą jest równie złożony, co trudny i ciężki. Zmiany można policzyć. Jedna, druga, piąta, trzydziesta. Umiemy liczyć – stosujemy liczbę. Wody lecącej z kranu nie policzymy. No chyba, że zaczniemy jechać z kroplami. To inna sprawa. Stosunkowo jednak, jeśli wody nie policzymy, to używamy ilość wody. Proste, logiczne, a takie trudne do zapamiętania. Nie ciężkie. To nie waży tony, by było ciężkie do zapamiętania. To jest trudne.
Podsumowując, tak się w Internety nie bawimy. To nie jest blog 13-latki, a oficjalna strona poważnej drużyny, która występuje w rozgrywkach ligowych i przez kilka kolejek także międzynarodowych. Odsyłam również do konta na Twitterze, które od początku tego sezonu leży i kwiczy. Facebook jest historią na inną opowieść. Kocham w nim to, że można podglądać edycje postów. Tym samym widać wszystkie błędy, które miały być zatuszowane przez spryciarzy. Ale nie, czujne oko czuwa.









