Timothée Chalamet and Dwayne Johnson at the Golden Globes on January 11, 2026.
seen from Spain
seen from South Korea

seen from Italy
seen from China
seen from Belarus
seen from Lithuania

seen from United States

seen from Indonesia
seen from Malaysia
seen from Canada
seen from United States
seen from United States

seen from France

seen from Türkiye
seen from France
seen from China
seen from Australia
seen from Australia

seen from United States
seen from Indonesia
Timothée Chalamet and Dwayne Johnson at the Golden Globes on January 11, 2026.
Mo Morphine
The Rock
ABFF Honors
O kilku filmach, które obejrzałem w ostatnim czasie, ale szkoda mi było poświęcać im osobny wpis.
Kung fu panda 4 (2024) - założenie filmu już na dzień dobry jest naciągane. Po realizuje się jako smoczy wojownik, aż tu nagle Shifu usiłuje wymusić na nim, żeby wyznaczył swojego następcę i został duchowym przywódcą wioski? Say whaat? Miałby porzucić tę fuchę będąc w szczytowej formie, żeby zająć się siedzeniem na tronie, czy co tam jest na szczycie tych schodów? To tak, jakbyśmy oczekiwali, że Lewandowski po sezonie obejmie stanowisko prezesa PZPN. Po jako duchowy przywódca? Raz, że się nie nadaje, co Shifu powinien wiedzieć najlepiej z nich wszystkich, a dwa, że od śmierci Oogwaya minęły 3 filmy i wioska jakoś się nie rozleciała. Już lepiej, jakby Shifu sam objął tę funkcję. Zresztą przez to wygląda to tak, jakby sam chciał wymigać się od odpowiedzialności. Dalsza część filmu ma swoje lepsze i słabsze momenty, ale ogólnie powiela większość problemów poprzedników, dokładając przy tym nowe, co czyni go najsłabszą częścią.
Puchatek: Krew i miód 2 (2024) - jeśli pierwszy Puchatek reprezentował sobą wszystkie najgorsze cechy slaszerów, to drugi reprezentuje sobą wszystkie najlepsze. Realizacja jest widocznie lepsza, fabuła jest ciekawsza i bardziej przemyślana, aktorsko jest w sumie na podobnym poziomie. W dodatku film w prześmiewczy sposób anulował istnienie pierwszego filmu, przywołując na myśl rozwiązania z serii Krzyk. Nieprzekonani nadal będą nieprzekonani, ale fani bezmyślnego rozlewu krwi powinni być usatysfakcjonowani.
Smashing machine (2025) - nie jest wielką tajemnicą, że ten film powstał głównie po to, żeby Dwayne Johnson mógł się wykazać jako aktor. Mi tam nie musi niczego udowadniać, dla mnie zawsze był przyzwoitym aktorem. Chociażby jego występ w Planie gry (2007) bardzo mi się podobał. Ale tej roli prawdopodobnie nikt inny by nie udźwignął w takim dobrym stylu. Sama potrzeba posiadania góry mięśni dyskwalifikuje większość aktorów, a do tego dochodzą sceny zwykłych, ludzkich dramatów, co nie każdy strongman potrafiłby zagrać. Dwayne potrafi i podołał. Nie jest to wg mnie rola na Oskara, ale zdarzało się, że słabsze występy były nagradzane, więc gdyby mu się udało, co jest bardzo realne po tym jak sam Christopher Nolan okrzyknął go najlepszym aktorem roku, nie będę miał z tym wielkiego problemu.
Civil war (2024) - dziennikarze na wojnie, to ci dopiero niefajny zawód. Oglądamy tu wędrówkę kilku dziennikarzy przez kraj ogarnięty wojną domową. Wykonują swoją pracę możliwie rzetelnie, czyli pakują się ze swoimi aparatami wszędzie, gdzie się da, dokumentując ludzkie dramaty, a nawet zgony. Można odnieść wrażenie, że to nieludzkie, ale skąd indziej brałyby się te wszystkie zdjęcia ze stref walk? Żołnierze sami mają strzelać se zdjęcia między strzelaniem z karabinów? Ci co muszą walczyć, niech walczą, ci co się boją, niech się chowają albo uciekają. Dziennikarze mają równie przewalone jak obie strony. Nie walczą, ale i tak mogą zginąć. Był potencjał na znacznie lepszy film, ale sporo rzeczy zagrało tu całkiem dobrze.
Wyprawa na księżyc (2020) - to właśnie otrzymujemy, gdy film próbuje zadowolić wszystkie grupy wiekowe, zamiast skupić się na jednej. Film jest naprzemiennie nudny i impulsywny, poważny i dziecinny, kolorowy i ponury, co czyni go bardzo nierównym i dla każdego będzie w jakiś sposób nieznośny w oglądaniu. A ogólne przesłanie jest takie, że nieważne jak dobry w czymś jesteś, jakieś chińskie dziecko zrobi to lepiej od ciebie. I trochę dziwię się, że polski tłumacz nie zmienił imienia Houyi’ego, co w tym przypadku wyjątkowo miałoby swoje uzasadnienie. Słuchając dialogów, mimowolnie myślałem sobie „tępy Houyi”.