prawda
Zacząłem czytać “Projekt: prawda” Mariusza Szczygła. To jest książka, od której się na chwilę celowo odpoczywa, jak odpoczywa się od rzeczy ważnych, by móc odetchnąć lekkimi tematami, kwestiami, by nie roztrząsać świata i siebie, by nie dokonywać analizy wieloczynnikowej, by odepchnąć SWOT-y i słoty.
Ma się czasami poczucie, że treści pisane przez innych wyciskają własny mózg, jakoby były pisane przez siebie. Tak jest - zarówno z częścią pisaną przez Szczygła, jak i częścią pisaną przez Stanisława Stanucha, “Portret pamięci”.
To jest apel, tak to traktuję i to zapewne wypływa ze mnie lub jest potwierdzeniem. Trzeba i warto dążyć do prawdy. O sobie. Może warto oddać się 3-dniowemu posiedzeniu w barze. Może warto na chwilę się schować. Może warto... pomyśleć.
Te treści, ta miazga różnych zdań, wielowątkowych Stanucha, może być odbierana jak wyziewy pijaczyny lub żula, który spowiada się kolejnym przechodniom. Może to jest taka opowieść barowa, w której zawsze ból istnienia można usprawiedliwić wypitymi drinkami. Ale na pewno pierwszymi słowami, które mi przychodzą, bo i ja mam tendencję do etykietowania, do nazywania prosto, to: zagubienie, depresja i ból.
Eksperymentalnie w głowie patrzę celowo z drugiej strony. I wtedy przychodzi mi konstatacja, że może to są tylko elementy towarzyszące poszukiwaniu Prawdy, zderzania się ze sobą i z tym, co społeczne? Z tym, co określają ludzie, z tym, co każą nam w siebie wtłoczyć, abyśmy byli wypełnieni byli innymi, a nie sobą.
Teraz stawiam kolejne pytanie... Czy poszukiwacz prawdy jest egoistą? Bo możę być tak, że poszukując siebie w sobie odkryję prawdę, która zrani innych? Czy taka prawda mi się należy? Czy może wtedy ją podrzucę osądowi społecznemu, jako papierkowi lakmusowemu?
Bo może moja prawda o sobie nie pasuje do świata? I kiedy dowiem się, że ją poznałem?
A może przecież być tak, że nie poznam jej nigdy, że ją stłamszę, że usprawiedliwię, zracjonalizuję i co tam jeszcze psychika może sobie uczynić?
Piękna sprawa, gdy Stanuch pisze o tym, że trzyma go na świecie tylko “wielki czyn”, chociaż może to trochę egotyczne wyobrażać sobie nagłówki po zgonie - “szkoda, że umarł”. Ale taka jest prawda, że mamy ze sobą wiele wspólnego, panie Stanuch. Bo tylko rzeczy wielkie, może nie wielkie w skali kosmosu, ale mikrokosmosu są w stanie napędzać do istnienia, tylko to sprawi, że ktoś ostanie, osiądzie. Na zawsze. Szczygieł pisze, że trzeba mieć odwagę, by powiedzieć komuś, że po śmierci nie zginie. To jest wyraz nieśmiertelnej miłości.
To jest smutne, Michał (celowo piszę w 3 os., bo chodzi o recenzję ludzi, którą automatycznie słyszę, gdy piszę te słowa). Smutne, przerażasz mnie. Inna wersja: to jest takie szkolne, nie dorosłeś.
Myślałem o tym, czy to po prostu nie jest żałosne, aby dezorganizowało życie, aby powstały myśli natrętne i powrót do moratorium, w którym nic nie jest oczywiste. Bycie zasadniczym jest proste, prawda?
I może to jest cholernie smutne, ale na powrót, Panie Stanuch, otworzyłeś furtkę, którą kiedyś otworzył Hłasko, wędrujący po mieście i obserwujący prymitywny świat. Dżunglę.
Być może nigdy nie odkryję prawdy o sobie, być może będę kłamał siebie, że jej nie odkryłem. A może poznam prawdę... instrukcję użytkownika, kiedy skończę książki - 2 w 1. Dziękuję, Panom.
Nie wiem, czy mi ktoś podziękuje.












