1. In This Light (exhilarated) - Harry is a wardrobe stylist who likes to live in the moment, and Louis is a popstar who looks dreamy in double breasted jackets. Harry never stood a chance.
2. Don’t Tell The Gods (We Left A Mess) (bottomlinsons (grimgrace)) - After a misunderstanding with Liam’s mother, Louis agrees to accompany his best friend to a family wedding and pretend to be the world’s best boyfriend. But their simple plan goes awry when he learns that Harry, ex-boyfriend/ex-love of Louis’ life, will also be in attendance.
3. Don’t Look Down (zarah5) - In which Louis is a solicitor at one of London’s most prestigious law firms and Harry happens to apply for the position as his trainee. And everyone else is around, too.
New Reads:
1. This Shifting Ground (zarah5) - In which Louis, law student, is the cheeky waiter to Harry’s dates. This is how it starts.
2. That Dimpled Smile (phillipa19) - Harry is Marcel's big brother and he loves that he looks out for him, especially since he sucks at taking care of his own bullies, but when Harry's tattooed friend takes an interest in him, he'd really rather Harry just backed off. Marcel had accepted his sexuality a while ago, but he'd never actually been able to . . . test the theory, and that's what he really wants to do with this blue-eyed boy.
3. Your Mess Is Mine (amory) - Louis is the father to the most brilliant little boy in the world who is all Louis really needs, or at least that's what he tells himself. Harry is a gorgeous boybander fresh off a two year break and a massive scandal that's left him a little broken and more than ready to move on.
4. Now I’ve Got You In My Space (stylesforstiles) - Harry Styles and Louis Tomlinson almost met on X-Factor. They meet on Dancing With The Stars instead.
5. Married for a Week?! (gravitycentered) - Hi guys :) You might recognize Harry from one or two of my old videos .. I was tagged in the Married for a week challenge so I asked him to be my husband ! We had to live together for a week and take each other out on a couple romantic dates and that, check out the video to see how it went :) Give it a like if you enjoyed and maybe subscribe if you haven't already. Love you all - Louis x
University AU. In which Louis, law student, is the cheeky waiter to Harry’s dates. This is how it starts.
One Shot
THIS WAS SO NICE AND ITS REALLY LONG AND SWEET! Harry's not actually a manwhore but he totally is, Louis is the cutest little pie ever but he takes control and he was broken but he can handle everything, ZIAM, niall with amy and a lot of gay♥♥♥♥
Warnings: super light smut, past relationships, LOUIS STUDIES LAW AND HARRY STUDIES SOMETHING EVEN HOTTER I SHALL WARN YOU, intense final that literally made me scream
Opis: Studencka rzeczywistość, w której Louis, przyszły prawnik jest aroganckim kelnerem dla wszystkich randek Harry’ego. Tak to się zaczyna.
Od tłumaczki: Wraz z jedną z moich ukochanych scen wśród wszystkich ff, żegnamy się z tym tłumaczeniem. Muszę przyznać, że nie było łatwo, lecz z waszym wsparciem udaje mi się osiągać więcej, niż bym gotowa było marzyć. Przede wszystkim chciałam oficjalnie podziękować Caroline za cierpliwe mierzenie się z moimi błędami (jest ich naprawdę sporo, uwierzcie) oraz Józefowej za regularne komentarze, dzięki którym miałam dzienną dawkę motywacji i za każdą rozmowę, którą odbyłyśmy (mimo to wciąż jest paskudą, że zna już ten rozdział!).
Słoneczka! Jeśli po przeczytaniu tej części, czujecie się chociaż odrobinę wdzięczni za przetłumaczenie tego opowiadania - zostawcie jakieś jedno słówko w mojej skrzynce!
***
Tym razem Starbucks tętni życiem, gdy Louis przychodzi. Jedenasta trzydzieści nie wydaje się porą obiadową, lecz najwyraźniej obiad dla niektórych zaczyna się wcześniej, niż dla żołądka Louisa. Nie żeby żołądek Louisa zaczął już normalnie pracować.
Patrząc na kolejkę ciągnącą się niemal do wyjścia, zastanawia się nad zmianą planów, lecz ostatecznie przy nich pozostaje. Harry kocha chlebek bananowy z orzechami do absurdalnego stopnia i dziesięć minut to mała cena w porównaniu z tym, jak chłopak spędził cały poprzedni dzień przyklejony do boku Louisa, wspierając go podczas dodatkowych dwóch wizyt w toalecie i brakiem snu w nocy. Dokładnie, mała cena. Nawet jeśli Louis utknął za mężczyzną w czarnym, zamszowym płaszczu i brązowych spodniach w kratę. Jeśli elegancja to stan umysłu, to ten koleś żyje w ogóle na innym kontynencie. Więc dobra, teraz czekanie. Czeeekkaanie.
Louis sprawdza wiadomości na telefonie. Stara się zidentyfikować tekst piosenki granej cicho w tle, coś o piosenkarzu będącym zakręconym na punkcie… kotów? Traci ona swój urok, więc Louis rozmyśla nad planem egzaminów na następne dwa tygodnie, kalkulując, kiedy ostatnio zrobił planie i czy nie powinien przypadkiem zmniejszyć ilość powieszonych na ścianie zdjęć z Harrym, tak by było to niepozorne. Kiedy Louis wreszcie, wreszcie podchodzi do kasy, gdzie stoi Matt – i nie, naprawdę, on nie chce kawy, dopóki Matt nie chce zobaczyć go wymiotującego na ladę, ponieważ jak na ten moment, Louis chętnie pozostaje przy sucharkach – mija dziesięć minut, a nawet więcej.
Niech Harry lepiej doceni wysiłek włożony w zdobycie tego małego prezentu wdzięczności.
Z Mattem, który wydaje się nie rozumieć pojęcia „mało czasu”, Louis rzuca mu pożegnalny uśmiech, po czym wychodzi na ulicę. Ściskając papierową torbę z logiem kawiarni w jednej ręce, wyciąga telefon i wysyła Harry’emu krótkie: „Dzięki za rozpieszczanie mnie! Mam coś dla ciebie, podrzucę ci do pokoju.”
Odpowiedź nie nadchodzi, lecz być może wykład Harry’ego się przedłużył lub po prostu oszczędza on słowa, by nakrzyczeć na Louisa twarzą w twarz. Prawdą jest, że szatyn może nie powinien wstawać jeszcze z łóżka (Harry z pewnością powiedział mu, by się nie ruszał), lecz oprócz uporczywego zmęczenia i lekkiego braku zaufania do swojego żołądka, Louis ma się dobrze. Dzięki, ale wolałby nie przeoczyć swojego ostatniego wykładu z polityki karnej przed egzaminami.
Spacer wzdłuż kampusu ukazuje mu kilka grup studentów, którzy wzięli swój obiad na zewnątrz, siedząc na trawie i ciesząc się wczesnym, wiosennym słońcem. Powietrze jest ostre i słodkie.
Prawie żałuje odwiedzania Harry’ego w mieszkaniu. Może kiedy chłopak skończy na niego krzyczeć, Louis może wyciągnąć go na zewnątrz na jakąś godzinę, do czasu, gdy nie zacznie się wykład Louisa. Mogliby wziąć piłkę do nogi i trochę pograć; nawet w stanie osłabienia, Louis jest pewien, że pokona Harry’ego.
Znajdując się korytarzu, Louis liczy drzwi, dopóki nie dochodzi do tych z wielkim napisem „odwal się”, wyrażającym uprzejmość Toma. Dobrze, że wyjechał na tydzień. Louis unosi papierową torbę i wolną ręką stuka w drzwi, popychając je bez oczekiwania na odpowiedź.
- Przyniosłem ci chlebek bananowy, – oznajmia – więc nie możesz być na mnie zły za opuszczenie łóżka.
Wtedy łapie wzrok Harry’ego. Pół nagi, ze spuszonymi spodniami, jakiś koleś klękający przed nim.
Och, kurwa. Louis nie powinien tego widzieć, nie chce tego wiedzieć, dlaczego on to widzi? Dlaczego Harry nie może zamykać drzwi, jak każda cholerna, normalna osoba? Dlaczego Harry nie może… ponieważ oczywiście jest Harrym, lecz Louis wciąż myślał… cholera, on nawet nie wie, co sobie myślał. Wszystko co wie to to, że to nie powinno boleć aż tak kurewsko mocno.
- Przepraszam – mamrocze. Stawia papierową torbę na skraju biurka Harry’ego i nie patrzy na nic, gdy się obraca. Coś chrupie pod butem, to mogło być jego serce.
Jeden krok. Kolejny. Harry coś mówi, lecz przez szum w uszach, Louis nic nie słyszy. Nie chce słyszeć. Nie chce patrzeć na Harry’ego.
Drżącymi dłońmi zamyka za sobą drzwi. Gdy tylko trafia na koniec korytarza, zaczyna biec. Harry’ego nie ma zanim, jest po prostu Louis w korytarzu; Louis i jego ból w klatce piersiowej i rozkwitający ból brzucha. Gdy tylko znajduje się na zewnątrz, garbi się, a jego ciało próbuje zwymiotować nic poza wodą i połową sucharka, a on się dusi. Smak żółci pozostaje w tyle gardła, ostry i gorzki.
--
Harry dzwoni, gdy tylko Louis wskakuje do autobusu i ponownie, gdy Louis dotarł już do zoo, szukając na mapie najszybszej drogi do basenu z pingwinami. Za żadnym razem Louis nie odbiera.
On naprawdę nie ignoruje Harry’ego, po prostu… potrzebuje chwili dla siebie. Moment to wszystko, chwila, by naprawić swoje serce, kiedy był tak niezwykle głupi, by dać mu się złamać. Po prostu, Boże, nie żeby Harry kiedykolwiek uwodził go, dawał mu powody do zakochiwania się tak mocno, tak szybko. To wszystko wina Louisa. Powinien być szczęśliwy, widząc Harry’ego z kimś innym, powinien przygotować się na obrócenie z uśmiechem, jeśli kiedykolwiek stałoby się coś takiego. Tylko, że nie spodziewał się tego, gdy otwierał drzwi, więc był zaskoczony, walcząc o każdy oddech i Harry prawdopodobnie zauważył, że coś było źle, coś musiało być źle. Lecz Louis zrzuci winę na nagłe zawroty głowy wywołane niedawną chorobą i Harry mu uwierzy. Tak zrobi.
Ręka Louisa drży, gdy wyłącza telefon, lecz wszystko będzie w porządku, po prostu dobrze, za jakąś godzinę. Teraz jest cholernym bałaganem.
--
Robi się ciemno, gdy Louis wspina się po schodach do mieszkania; każdy krok to małe wyzwanie. Może powinien zostać w łóżku przez cały dzień. Byłoby lepiej dla wszystkich.
Nie zauważa Harry’ego, dopóki nie znajduje się na właściwym piętrze. Jak w tych głupich, filmowych scenach, Harry siedzi na podłodze, opierając się plecami o drzwi jego mieszkania - światło z góry rzuca cień na jego twarz, sprawiając, że wygląda na smutnego i zmęczonego. Louis stara się go nie znienawidzić.
Wykonując kilka ostatnich kroków, Louis zaczyna przeszukiwać torbę tak, by nie patrzeć na Harry’ego: – Nie masz klucza?
- Mam. – Harry odchrząkuje i wstaje; ręce trzyma w kieszeniach. Kiwa się na piętach. – Nie wydawało mi się właściwe, by go użyć. – Jego głos jest cienki.
Na krótko Louis zamyka oczy. Nie jest gotowy na tę rozmowę, nie jeszcze, lecz być może jest to sytuacja, w której musi przełknąć swoją dumę; wybrać między przywiązaniem do beznadziejnej nadziei a… no cóż, Harrym. Nie jest to trudna decyzja.
Wyciągając klucz, udaje mu się spojrzeć właściwie na Harry’ego i uśmiechnąć się. – W takim razie wejdź.
Harry nie odwzajemnia uśmiechu, ciągnąć się cicho z tyłu. Gdy szatyn wchodzi do mieszkania, wykrzykuje powitanie, które pozostaje bez odpowiedzi i włącza światło. Ściągają swoje buty i Louis udaje się w stronę kuchni, oświetlając ją i sprawdza lodówkę w poszukiwaniu mleka, nalewając wody do czajnika… robiąc cokolwiek, by zająć ręce.
- Chcesz herbaty? – pyta odwrócony plecami do Harry’ego.
Harry milczy przez dłuższą chwilę i kiedy mówi, ma niepewny, urywany ton: – Przepraszam.
Jasne. O to nadchodzi. Louis unosi jedno ramię i uśmiecha się, wpatrzony gdzieś powyżej i na lewo od twarzy Harry’ego. – Za co?
- Wiesz za co. – Kiedy Harry robi krok w jego stronę, Louis próbuje nie drgnąć. Nie chce, by Harry go dotykał, nie w tej chwili, nie teraz. Opierając się plecami o ladę, Louis krzyżuje ramiona i studiuje mrugające światełko w czajniku elektrycznym.
- Louis. – Harry wykonuje kolejny krok, jego głos jest teraz odrobinę wyższy. – Louis, czy mógłbyś na mnie spojrzeć? – Wita go milczenie. – Czy mógłbyś proszę, do cholery, na mnie spojrzeć?
- Nie musisz przepraszać – mówi Louis, lecz nie podnosi głowy.
- To dlatego ignorowałeś moje połączenia? – Harry mruczy przekleństwa, brzmiąc na bezradnie zdenerwowanego, zmęczonego i wściekłego w tym samym czasie. – Trzynaście razy, ty pieprzony kutasie. Dzwoniłem trzynaście razy, a ty nie odebrałeś.
- Och. – Woda się ugotowała, lecz Louis nie porusza się, by coś z tym zrobić. Nie jest pewny, czy jego ręce byłyby wystarczająco stabilne. – Wyłączyłem telefon, gdy byłem w zoo.
- Byłeś w… - Harry nie kończy. Bierze długi oddech, głośny w ciszy, która ich otacza i marszy kąciki oczu. Louis może sobie wyobrazić, jak Harry zgarnia dłonią włosy, po czym staje pochylony ze spuszczoną głową. Kiedy przemawia ponownie, jego głos jest pusty. – Chcesz wiedzieć, co się stało?
- Dzięki. – Louis próbuje się roześmiać, lecz nie jest w stanie. – Myślę, że widziałem wystarczająco.
- Lecz nie rozumiesz – mówi Harry.
- A co tu jest do rozumienia? – Tym razem śmiech pokonuje barierę w gardle Louisa, lecz jest on krótki, niczym jęk zranionego zwierzęcia. – To jest seks, Haz. Nie jesteś mi winny wyjaśnień.
- Starałem przekonać samego siebie, że nie jestem głupio w tobie zakochany. – Słowa Harry’ego wywołują rytmiczną ciszę. Wtedy, prawie szeptem: – Nie zadziałało.
Promienny spokój wędruje od czoła Louisa, osadzając w jego kościach. Opuszczając ramiona, podnosi głowę, by wgapiać się w Harry’ego, niezdolny do logicznego myślenia, ponieważ to na pewno nie jest… musiał się przesłyszeć. Takie rzeczy się nie zdarzają; nie gdy był już w pełni przygotowany, do przełknięcia własnej dumy i uśmiechania się przez cały czas.
Harry odwzajemnia spojrzenie bez śladu zwyczajowego rozbawiania. – Kiedy wczoraj nazwałeś mnie swoim chłopakiem? To cholernie mnie wystraszyło, bo zdałem sobie sprawę, że tego chcę. Chcę tego w całości, wszystkiego, nawet gdy jesteś chory i śpisz przez większość dnia, wciąż wolę być tutaj z tobą, niż z kimkolwiek innym i ja... – Chłopak przełyka. Jego oczy są szerokie, a głos niski. – Myślałem, że sprawię, by to odeszło, jeśli po prostu… lecz nie mogłem i wtedy wszedłeś ty. Prosiłem byś został, lecz wybiegłeś i potem nie odbierałeś telefonu.
Louis nie wie, jak się porusza. Po kilku chwilach Harry wydaje mały jęk. – Powiedz coś, proszę?
- Cholera. – Louis wypuszcza powietrze i ociera dłonią oczy. – Myślałem, że zamierzasz złamać moje serce.
Wstępna ulga zmiękcza rysy twarzy Harry’ego. Wygląda na pełnego nadziei i speszonego, niezwykle nieśmiałego. – Czy to oznacza tak?
- Tak. Pieprzone tak. – Louis przytakuje, chowając uśmiech w dłoni, ponieważ w jakiś sposób, to wciąż jest zbyt delikatne, zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Harry odpowiada równie niepewnym uśmiechem, lecz stawia kolejny krok, by zredukować dystans między nimi, niemal wystarczająco blisko, by się dotknąć. Unosi rękę, lecz wtedy wydaje się przemyśleć to lepiej.
- Louis, potrzebuję byś był… - Harry rozgląda się i ponownie patrzy na Louisa. – To co miałeś ze swoim ostatnim chłopakiem, jakby nieformalny związek? Nie mogę robić tego w połowie. Nie z tobą. Chcę byś był w tym w całości.
Jest tak cholernie piękny, że to boli.
- W takim razie idź śmiało, Styles. - Louis parska śmiechem. Ziemia pod nim nie jest wystarczająco stabilna, krawędź blatu kuchennego wbija się mu w plecy. – Jestem w tym. Jestem w tym tak cholernie mocno, że aż się boję.
- Ja też – mówi cicho Harry.
Przez sekundę lub trzy patrzą na siebie. Nie jest jasne, kto poruszył się pierwszy i nie to się liczy. Wszystko co jest ważne to to, że się poruszają, zderzając się; gdy Harry przyciska Louisa do blatu, palce szatyna wplątują się we włosy Harry’ego. Ich zęby obijają się o siebie, gdy Louis wykorzystuje swój chwyt na włosach Harry’ego, by przekręcić jego głowę w prawo, usta w usta. Językiem kędzierzawy rozdziela wargi Louisa bez pytania, bez wahania i po raz pierwszy, Louis zaczyna wierzyć, że to jest prawdziwe.
To jest prawdziwe. Harry jest od teraz jego.
Nagle, nie jest dobre, że Harry przejął inicjatywę. To Harry sprawił, że ta rzecz między nimi się wyjaśniła, Harry, którego palce wbijają się w biodra Louisa, trzymając go stabilnie przy blacie i to jest dobre, wspaniałe i Louis chce i tego. Pozwoli Harry’emu sprawować nad nim kontrolę, robić to wszystko tylko… nie teraz. Teraz to Louis musi dominować, potrzebuje tego tak bardzo, że aż bolą go zęby.
Popycha Harry’ego, zamieniając ich miejscami. Chłopak rozluźnia uścisk na biodrach Louisa i nie próbuje z nim walczyć. Poddaje się łatwo, chętnie, jakby kapitulował. Lodówka kołysze się, gdy Louis pcha na nią Harry’ego i wszystko, co robi chłopak, to sięganie w stronę Louisa z gorączkowymi, czerwonymi policzkami. Wszystko o czym myśli Louis, to „udało się, to wszystko jest dla mnie.”
Kiedy stara się rozpiąć zamek Harry’ego, chłopak porusza biodrami do przodu i wygląda tak nieprzyzwoicie, niemal rozpaczliwie z głową odrzuconą w tył, eksponując gardło. Wypuszcza drżący oddech, gdy szatyn zatapia zęby w miękkim kawałku skóry, ssąc go i kojąc uczucie bólu pociągnięciami języka, dopóki Harry nie lgnie w jego stronę, jego puls jest wyczuwalny w miejscu, gdzie Louis trzyma kciuk. To za dużo i zdecydowanie nie wystarczająco i ręce Louisa nie są w pełni stabilne, gdy ściąga ich spodnie.
Louis dostosowuje siebie do ciała Harry’ego, łącząc ich biodra i kurwa, tak, Harry jest twardy, tak bardzo twardy, doskonale wyczuwalny przez dzielącą ich cienką warstwę ubrań, i to wszystko dla Louisa. W czymś, co wydaje być się nieświadomym odruchem, Harry obsuwa się trochę niżej, dzięki czemu ich ciała łączą się idealnie, a chłopak rozstawia swoje nogi po obu stronach Louisa. Przez ten cały czas Harry obserwuje szatyna z obezwładnionym wyrazem twarzy, oczami zbyt szerokimi i nie ma opcji, że to będzie trwało zbyt długo. Jezu. Louis nie może przypomnieć sobie ostatniego razu, gdy doszedł od samego ocierania się, ze spodniami wokół kostek, wciąż w bokserkach. Lecz Harry łamie wszystkie zasady Louisa, zawsze to robił i zawsze będzie.
Wypuszczając krótkie, ostre wydechy, Louis zbliża się do niego; cudowne tarcie, och. Jeszcze jedno pchnięcie. Ręce Harry’ego, odrobine zimne, wsuwają się pod sweter Louisa, palce śledzą ścieżkę wzdłuż kręgosłupa i Louis ciągle zastanawia się, czy mógłby dojść tylko w ten sposób, przyciśniętym do Harry’ego, poruszając biodrami w małe, precyzyjne kółka, bo cokolwiek ponad byłoby za dużo, spychając go na krawędź. Prawdopodobnie mógłby. Jest już tak blisko.
- Lou, proszę – to ledwo spójne. Głos Harry’ego jest niski i zniszczony, brzmiąc, jakby nie był nawet pewny o co prosi. Jego oczy są oszołomione, przymrużone i Louis łapie go za policzki, przyciągając do pocałunku. Gryząc wargę Harry’ego, chce więcej, chce wszystko, chce wszystko to, co Harry jest skłonny mu dać.
Odchyla się na sekundę, by powiedzieć: – Jestem tak bardzo w tobie zakochany.
Harry wzdryga się pod nim i naprawdę nie ma lepszego słowa na to niż jego jęk :– Tak – jak gdyby była to jakaś odpowiedź. Może tak jest. W tej sytuacji Louis nic już nie wie, jest zaskoczony, że pamięta jeszcze własne imię, gdyż jedynym słowem, które ma sens jest „Harry” i „Mój.” Zaciska mocniej oczy i gryzie szyję chłopaka, gdy dochodzi. Pod powiekami wszystko jest czarne i magnetyczne.
Wciąż przeżywa orgazm, gdy Harry wypycha biodra po raz ostatni, to niemal za dużo dla Louisa i chłopak sztywnieje, szepcąc: – Louis – i opadając do przodu. Louis łapie go i podtrzymuje ich razem, kiedy starają się unormować oddechy.
Wow. Wow, okej, właśnie uprawiał seks. Z Harrym. Pod lodówką. Nigdy nie mogą powiedzieć o tym Niallowi.
- Następnym razem – Harry brzmi na śpiącego, lecz konkretnego – zrobimy to powoli.
- Następnym razem? – Louis wplata jedną rękę we włosy Harry’ego i odchyla jego głowę, by podziwiać pozostawioną malinkę. Zazwyczaj nie jest tak zaborczy, lecz Harry sprawia, że chce oznaczać swój teren, trzymać go jak najbliżej i nigdy nie puszczać. To prawdopodobnie nie jest zbyt zdrowe. – Daj mi pięć minut.
Harry nie odpowiada. Ciągnie za brzeg koszulki Louisa, pochyla głowę i całuje obojczyki szatyna.
- Okej. – Louis wydycha ostro powietrze. – Dwie minuty. I powinniśmy przenieść się do naszego pokoju.
Naszego pokoju.
Nie jest pewny, czy chłopak zauważył potknięcie, lecz Harry śmieje się w szyję Louisa, nawet jeśli to nie było zabawne, oddechem łaskocząc skórę szatyna. Jeśli tylko Louis mógłby zapamiętać ten moment, tak by zrobił. Schowałby go do kieszeni i nosił przy sobie, sprawdzając kilka razy dziennie, by uzmysłowić sobie, że wciąż tam jest.
Stoją tak przez być może minutę, owinięci wokół siebie, zetknięci od czubku głowy po palce. Louis czuje się obrzydliwie w mokrych bokserkach, lecz wciąż nie może zmusić się do poruszenia.
Kiedy Harry unosi głowę, Louis jest zaskoczony, widząc skrzywiony wyraz jego twarzy.
- Hej. – Głos Harry’ego jest cichy. – Czy mógłbyś… proszę nie ignoruj mnie już więcej, dobrze? Możesz krzyczeć lub rzucać we mnie rzeczami, lecz po prostu. – Wzrusza niezgrabnie ramionami, kącik jego ust opada. – Proszę nie znikaj. Nie podobało mi się to.
Och.
- Okej. – Louis przyciąga go nieprawdopodobnie blisko. Nawet przez warstwę koszulki skóra Harry’ego jest ciepła i szatyn pozwala sobie cieszyć się tym, wstrzymując się przez pytaniem. – Więc mogę rzucać w ciebie rzeczami?
- Miękkimi rzeczami – wyjaśnia Harry, uśmiechając się przy skroni Louisa. – Poduszkami, pocałunkami. Tego typu rzeczami.
Harry prycha, jego spojrzenie jest delikatne. – Jesteś taki dziwny – mówi i Louis nagle przypomina sobie, że była to jedna z pierwszych rzeczy, które powiedział do niego Harry, kiedy ledwo się znali. Wydaje być się to wieki temu.
- Przeszliśmy długą drogę, prawda? – pyta Louis, dość nielogicznie, lecz może Harry zrozumie, ponieważ sięga on do jego ręki, dłoń przy dłoni.
- Tak – mówi. – Tak, przeszliśmy – i brzmi to jak obietnica.
--
Przepełniony pęcherz Louisa budzi go o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Po cichu wstaje z łóżka, ostrożnie, by nie przeszkadzać Harry’emu i stoi przez chwilę, studiując formę snu chłopaka, na którego pada miękkie, szare światło wschodzącego słońca. Rozłożony jest on na brzuchu, nagi z kołdrą owiniętą wokół bioder; wypustki jego kręgosłupa aż błagają o pocałunki Louisa, każda z osobna, kierując się w dół, do zaokrąglonych pośladków Harry’ego.
Później.
Louis wymyka się z pokoju i korzysta z toalety, drżąc lekko, gdy wraca. Gdy ma już pchnąć drzwi, zauważa, że Harry musiał wyjść z łóżka w którymś momencie zeszłej nocy, ponieważ na ukradzionym, barowym znaku naniesiona jest kolejna zmiana. Poprzedni napis zniknął i teraz mówi, proste „Harry jest w domu” pismem chłopaka.
Fala ciepła rozlewa się w brzuchu Louisa, sprawiając, że uśmiecha się, biorąc głęboki oddech, otwierając drzwi i kładąc się ponownie na łóżku, automatycznie sięgając w stronę Harry’ego.
Nawet we śnie chłopak przysuwa się ku niemu.