26.03.2019
Powołanie nauczyciela.
Naszła mnie pewna refleksja związana z moim kierunkiem studiów, pracy i planami na życie.
Jestem młodą osobą. Mam niespełna 22 lata. Pracuję z dziećmi od 14 roku życia. Najpierw zajmowałam się dzieckiem sąsiadki babci, wówczas 3-letnim Bartkiem. Później, gdy miałam niecałe 15 lat, urodził się mój brat. Zawsze brałam czynny udział w jego wychowaniu i nauce. Prowadziłam korepetycje z angielskiego i matematyka. Po maturze, nie mając jeszcze 19 lat pracowałam na obozach jako wychowawca. 2 sezony. Zaczęłam studiować pedagogikę. Krótko później, cudem, dostałam pracę jako lektor-nauczyciel języka angielskiego dzieci dla dzieci od pieluch do wieku 15 lat. W tym roku, w wakacje, również miałam pod opieką dzieci jako animator. Od września znów w firmie jako lektor. W te wakacje chcę popracować na różnych obozach.
W tym roku kończę studia. Zastanawiam się każdego dnia czy iść do pracy do szkoły. Ale jest kilka rzeczy, które mnie (zupełnie szczerze pisząc) przerażają.
Jakie?
1. Zarobki. Idąc do szkoły za "18 godzin przy tablicy" dostanę poniżej najniższej krajowej i musiałabym pisać wniosek do urzędu miasta o wyrównanie. Dodatkowo do każdych zajęć będę musiała się domu przygotować. Pisać Indywidualne Programy Edukacyjno-Terapeutyczne. Kiedy? Po pracy. Dla każdego dziecka, które będzie tego wymagało do końca września! A jeżeli tych dzieci w klasie będzie 10? Tak, jest możliwa. Będę musiała przygotować 10 różnych programów całorocznych do 30 września. Nie znając jeszcze dziecka i jego problemów. A kiedy rady pedagogiczne? Zebrania? Wycieczki? Za to nikt mi nie zapłaci. Czy Tobie płacą za nadgodziny i delegacje? Mi nie zapłacą.
2. Niechęć ludzi do mojego zawodu. Mam wrażenie, ba, uważam, że inne grupy zawodowe nie widzą jak ważna jest rola nauczyciela w społeczeństwie. Ludzie szydzą, wyśmiewają, "tylko debil pójdzie uczyć dzieci za 1500 zł" można usłyszeć od dzieci, które powtarzają słowa rodziców. "Nic nie robią, a pieniądze chcą!" brzmią kolejne krzywdzące słowa.
A co mam teraz?
Więcej.
Uczę w prywatnej firmie, szkole języków obcych. Team składa się z młodych osób. Dorabiamy sobie w czasie studiów. Prowadząc zajęcia 16 godzin w tygodniu zarabiam 2400 na rękę. Oczywiście, do tego dochodzą godziny przygotowań materiałów, drukowanie, szukanie ciekawych ćwiczeń i zadań, żeby jak najlepiej, w najbardziej przystępnej formie wytłumaczyć dany temat. Ale materiały na zajęcia mam dostępne, mogę robić różne zakupy. Pracodawca oddaje mi wszystkie wydane przeze mnie pieniądze, gdy przekażę mu faktury. To fair.
Chyba najwyższy czas na refleksję i której wspominałam na początku. Otóż, czy opłaca mi się iść do szkoły publicznej, skoro teraz mam szacunek rodziców i dzieci, dzieci wpadając do sali przychodzą się przytulić i mówią, że mnie kochają. Dzisiaj, na zajęciach popołudniowych usłyszałam od dziewczynki, że wcześniej nie lubiła angielskiego. Ale teraz lubi. I prosto w oczy powiedziała mi, że lubi angielski ze mną. Tylko ze mną.
Jak w takiej sytuacji mam odejść do szkoły od tych wspaniałych dzieciaków?
Dzisiejsze wydarzenie nie jest pojedyncze. Jest takich wiele. To jest dla mnie sens życia zawodowego. Uwielbiam to. Do szkoły to ja chyba nigdy nie pójdę. Rady, papierologia, pretensje, fochy.
Jestem za strajkiem nauczycieli.
Popieram strajk nauczycieli.












