Uplistsikhe, ancient rock-hewn town, Georgia, 2015
seen from United Kingdom

seen from Canada
seen from Italy
seen from Lithuania
seen from Russia
seen from United States

seen from United Kingdom

seen from Malaysia
seen from Canada
seen from Italy
seen from China

seen from United Kingdom

seen from Germany

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Greece
seen from United States

seen from Canada
seen from Greece
Uplistsikhe, ancient rock-hewn town, Georgia, 2015
fot. dus
Gruzja- kraj, w którym to stop łapie ciebie
Udało nam się wreszcie wyrwać z Tbilisi. Widmo wiecznej imprezy było przerażające, a do tego pojawiły się jeszcze obawy, że nie damy rady przepić się z godnością Polaka, więc może lepiej nie robić tego wcale. Ucieczka z przyjacielskiego uścisku czaczy zajęła nam cały następny dzień po wizycie w łaźniach. Dopiero wieczorem dotarliśmy do Gori, gdzie nasze biedne głowy musiały zmierzyć się z ostatnim problemem- zakwaterowaniem. Prowadzeni przez wikitravel i dobrodusznego busiarza stanęliśmy na odpowiedniej ulicy. Zaraz, zaraz… To nie za bardzo wygląda na guest house… No ale, nic. Dzwonimy. Gorszy od przenikliwego jak pisk w uszach, dzwonka był jedynie skowyt rozszalałego ratlerka, który wstrząsnął nocną ciszą. Zwierzę dostało szału i przysięgam, że swoim jazgotem wprowadziło nasiąknięty wilgocią budynek w jakieś diaboliczne wibracje. Rozległ się szczęk zamka. Brama otworzyła się na szerokość twarzy, a potem pojawiła się w niej cała jedenastoletnia dziewczynka, ściskająca w rękach małą drżącą kreaturę z wyłupiastymi oczkami. — Eeee… — odezwałam się, zezując na paskudę — my w sprawie noclegu, znaczy się… Mała gospodyni obróciła się tylko przez ramię i krzyknęła na starszą siostrę. Chwilę później stanęła przed nami piękna Gruzinka. — Tak, tak, tak, nocleg, oczywiście! — zaczęła śpiewnie — Tylko, że w tamtej komnacie tak strasznie zimno! Jak ja was tam mogę położyć, bidulki? Miło było przez chwilę poczuć się bidulkiem, więc odruchowo zrobiliśmy smutne miny, a Cyryl zaczął nawet pociągać nosem. — Nie, nie! Nie mogę! — zdecydowała dziewczyna — Tylko byście się poprzeziębiali! Ale znam gostinicu! Jest na ulicy o takiej samej nazwie. Nawet numer jest ten sam! Wezwę wam taksówkę! Okazało się, że zamiast ULICY Dawita Aghmaszenebeli, wybraliśmy ALEJĘ Dawita Aghmaszenebeli. Jak widać wielki był to król i władca. Następnego dnia udaliśmy się na niespieszną (a jakże!) wycieczkę do kompleksu Upliscyche. To skalne miasto miało być rozgrzewką przed drugim takim cudem- Wardzią. W Upliscyche spędziliśmy kilka godzin, dodatkowe dwie zajął nam powrót do Gori. Pech chciał, że akurat nie jechał autobus, musieliśmy więc spory kawałek przejść. W końcu zatrzymał się koło nas samochód. Zachęcające krzyki ze środka wskazywały na pewnego rodzaju zaproszenie, więc posłusznie wpakowaliśmy się na tylne siedzenie. Dwóch wąsatych i brzuchatych panów nie chciało nawet słyszeć o żadnym „wyrzucaniu w centrum”, czy innym „jak panom wygodnie”. Podjechali pod same drzwi hostelu i jeszcze chcieli czekać aż weźmiemy plecaki, żeby odtransportować nas na dworzec. Rozstaliśmy się z nimi w atmosferze polsko- gruzińskich okrzyków i uścisków rąk. Wieczorem, po raz kolejny w naszej podróży, wylądowaliśmy w luks komnacie. Gdzieś na drodze do Wardzi, ciężko nawet powiedzieć gdzie, bo w pewnym momencie przestaliśmy całkiem kontaktować i powlekliśmy się tam, gdzie wskazali nam miejscowi. Na parterze hotelu wiedli sobie życie dziadek z babcią, spędzając całe dnie na kłótniach o byle co. Jak babcia posprzątała, to dziadek krzyczał, że źle. Jak dziadek siadł w fotelu, to babcia wrzask, że pijany. Jak nas dziadek zaprowadził do pokoju, to babcia poczekała aż pójdzie i przeniosła do innego, z telewizorem i większą łazienką. Potem dziadek wyjął gorzałeczkę, więc wróciła jeszcze, żeby włączyć nam podgrzewane prześcieradło.