Udało nam się wreszcie wyrwać z Tbilisi. Widmo wiecznej imprezy było przerażające, a do tego pojawiły się jeszcze obawy, że nie damy rady przepić się z godnością Polaka, więc może lepiej nie robić tego wcale. Ucieczka z przyjacielskiego uścisku czaczy zajęła nam cały następny dzień po wizycie w łaźniach. Dopiero wieczorem dotarliśmy do Gori, gdzie nasze biedne głowy musiały zmierzyć się z ostatnim problemem- zakwaterowaniem. Prowadzeni przez wikitravel i dobrodusznego busiarza stanęliśmy na odpowiedniej ulicy. Zaraz, zaraz… To nie za bardzo wygląda na guest house… No ale, nic. Dzwonimy.
Gorszy od przenikliwego jak pisk w uszach, dzwonka był jedynie skowyt rozszalałego ratlerka, który wstrząsnął nocną ciszą. Zwierzę dostało szału i przysięgam, że swoim jazgotem wprowadziło nasiąknięty wilgocią budynek w jakieś diaboliczne wibracje. Rozległ się szczęk zamka. Brama otworzyła się na szerokość twarzy, a potem pojawiła się w niej cała jedenastoletnia dziewczynka, ściskająca w rękach małą drżącą kreaturę z wyłupiastymi oczkami.
— Eeee… — odezwałam się, zezując na paskudę — my w sprawie noclegu, znaczy się…
Mała gospodyni obróciła się tylko przez ramię i krzyknęła na starszą siostrę. Chwilę później stanęła przed nami piękna Gruzinka.
— Tak, tak, tak, nocleg, oczywiście! — zaczęła śpiewnie — Tylko, że w tamtej komnacie tak strasznie zimno! Jak ja was tam mogę położyć, bidulki?
Miło było przez chwilę poczuć się bidulkiem, więc odruchowo zrobiliśmy smutne miny, a Cyryl zaczął nawet pociągać nosem.
— Nie, nie! Nie mogę! — zdecydowała dziewczyna — Tylko byście się poprzeziębiali! Ale znam gostinicu! Jest na ulicy o takiej samej nazwie. Nawet numer jest ten sam! Wezwę wam taksówkę!
Okazało się, że zamiast ULICY Dawita Aghmaszenebeli, wybraliśmy ALEJĘ Dawita Aghmaszenebeli. Jak widać wielki był to król i władca.
Następnego dnia udaliśmy się na niespieszną (a jakże!) wycieczkę do kompleksu Upliscyche. To skalne miasto miało być rozgrzewką przed drugim takim cudem- Wardzią. W Upliscyche spędziliśmy kilka godzin, dodatkowe dwie zajął nam powrót do Gori. Pech chciał, że akurat nie jechał autobus, musieliśmy więc spory kawałek przejść. W końcu zatrzymał się koło nas samochód. Zachęcające krzyki ze środka wskazywały na pewnego rodzaju zaproszenie, więc posłusznie wpakowaliśmy się na tylne siedzenie. Dwóch wąsatych i brzuchatych panów nie chciało nawet słyszeć o żadnym „wyrzucaniu w centrum”, czy innym „jak panom wygodnie”. Podjechali pod same drzwi hostelu i jeszcze chcieli czekać aż weźmiemy plecaki, żeby odtransportować nas na dworzec. Rozstaliśmy się z nimi w atmosferze polsko- gruzińskich okrzyków i uścisków rąk.
Wieczorem, po raz kolejny w naszej podróży, wylądowaliśmy w luks komnacie. Gdzieś na drodze do Wardzi, ciężko nawet powiedzieć gdzie, bo w pewnym momencie przestaliśmy całkiem kontaktować i powlekliśmy się tam, gdzie wskazali nam miejscowi. Na parterze hotelu wiedli sobie życie dziadek z babcią, spędzając całe dnie na kłótniach o byle co. Jak babcia posprzątała, to dziadek krzyczał, że źle. Jak dziadek siadł w fotelu, to babcia wrzask, że pijany. Jak nas dziadek zaprowadził do pokoju, to babcia poczekała aż pójdzie i przeniosła do innego, z telewizorem i większą łazienką. Potem dziadek wyjął gorzałeczkę, więc wróciła jeszcze, żeby włączyć nam podgrzewane prześcieradło.