Mieliśmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
@mrozna Zdanie: “Mieliśmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze” :D
Chciało mi się śmiać. Byli tacy łatwowierni. Mieli nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Nie widzieli tych uzbrojonych konwojów. Tirów pełnych martwych przewożonych w różne części miasta. Pakującego się wojska czy policji zwijającej posterunki. Wszystko było umowne, mało zorganizowane. Czy oni nie słuchali radia? Trudno mi było w to uwierzyć. Sytuacja wyglądała pozornie na opanowaną, ale dopóki siedzieli w zamknięci mogli tak myśleć, choć właściwie mogli czuć się pozornie bezpieczni. Bo dzisiejsza sytuacja pokazała, że nawet zamknięte drzwi nie powstrzymają martwych.
Wąski korytarz ledwo nas mieścił. Okno na jego końcu oświetlało ludzi siedzących pod ścianami. Po środku wąskie przejście utworzone z naszych ciał. W takich chwilach raczej nie myśli się o architekturze, ale ja usilnie zastanawiałam się nad pierwotnym kolorem ścian. Teraz, przykryte brudem, wyglądały na zielono szare, ale wiedziałam, że to efekt sztucznego światła wpadającego przez okno. To na pewno nie był zielony, może żółty, ale za jasny. Byłam ciekawa kto zadecydował o przemalowaniu ścian na dzień przed katastrofą. Chociaż… to nie miało znaczenia. Nikt się tego nie spodziewał.
Rozejrzałam się po najbliżej mnie siedzących. Znaleźli się tam tak samo przypadkowo jak ja. Chociaż ja bardziej. Oni są związani z tym miejscem, ja tylko przechodziłam. Wiedziałam, że muszę się wydostać. Jak najszybciej. Siedzieliśmy w ciszy i pewnie wszyscy mieliśmy nadzieję, że to skończy się dobrze. Nadzieja. Widziałam ich strach, przerażone twarze. Obejmowali się, niektórzy bezgłośnie łkali. Nikt nie odważył się ruszyć z miejsca. Byliśmy bezpieczni, choć wiedziałam, że to tylko kwestia czasu.
A na czasie mi zależało. Rozejrzałam się uważnie. Po swojej lewej miałam jedyne okno, ale nie zamierzałam skakać z pierwszego piętra. Po prawej wyjście na zablokowane schody. Wyprostowałam nogi, a kilka osób prychnęło. Środek korytarza miał pozostać wolny, chociaż teraz to i tak było bez znaczenia. Nikt nie zwrócił mi uwagi, strach przed hałasem był większy niż niezadowolenie z mojej wygody. Dziewczyna naprzeciwko mnie poruszała ustami i przekręcała koraliki na różańcu. Na jej ramieniu ktoś uciął sobie drzemkę. Od jakiego czasu nie spałam? Zerknęłam na zegarek, szybka była pęknięta, ale wskazywał dziewiątą czterdzieści.
Dlaczego światła dziś działały? Wczoraj panowała ciemność, co się dziś zmieniło? Gdy się zapaliły pojawiły się głosy, że to zmiana na lepsze, wojsko musiało zająć elektrownię. Prychnęłam na ten pomysł. Mijałam elektrownię gdy wjeżdżałam do miasta, stała pusta. Światła nie były najważniejsze w obecnej sytuacji. Potrzebowałam planu wyjścia, ominięcia parteru.
Głośny trzask wyrwał mnie z zamyślenia. Kilkoro ludzi krzyknęło i poderwało się ze swoich miejsc. Zauważyłam drzwi. Klatka schodowa! Druga klatka schodowa, zupełnie o niej zapomniałam. Było z niej przejście na parking. Mogłabym przedostać się na drugą stronę budynku i ruszyć dalej..
Ludzie zasłonili mi widok, więc wstałam i podeszłam do drzwi. Były szklane, a za nimi zdecydowanie znajdował się martwy. Jakiś mężczyzna w okularach uciszył pozostałych. Patrzyłam na niego i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że skądś go znam.
- To i tak bezcelowe - szepnęłam. - Wie, że tu jesteśmy.
Kolejne poruszenie, wiedziałam, że byli tu od początku. Siedzieli w budynku od momentu usłyszenia sygnału. Potem wojsko lub policja przywiozła im zapasy. Przestrzegali bezwzględnego zakazu poruszania się po mieście. Zakazu pod groźbą śmierci. Nie wiem czy tego spodziewałam się po moich rodakach. Zachowywali się karnie i pokornie. Nie protestowali, nie narzekali, zachowywali ciszę. A przede wszystkim nie mieli pojęcia co dzieje się poza budynkiem. Teraz nawet nie mieli parteru.
- Czy te drzwi da się otworzyć? - zapytałam mężczyznę w okularach. Wyglądał na rozgarniętego.
- Klucze są na portierni, - odparł. - Zabraliśmy tylko część, reszta została na dole. Konrad Kamyk - przedstawił się.
Dotknęłam szyby w drzwiach, a kilkoro ludzi zamarło, usłyszałam jak ktoś zaczyna intonować Ojcze nasz. Prychnęłam. Kamyk, Kamyk, pamiętałam go z telewizyjnych występów o języku. Musiał być pracownikiem Uniwersytetu.
- Jasne, muszę się stąd wydostać.
Sięgnęłam po swój plecak i zarzuciłam go na ramiona. Zbliżała się dziesiąta. Nocą było trudniej, ale nie miałam zamiaru rezygnować. Im szybciej dotrę do celu tym szybciej uwolnię się z tego przeklętego miasta.
Ruszyłam w stronę głównych schodów. Musiałam sprawdzić jak wygląda sytuacja. Korytarz rozchodził się na większe dobrze oświetlone pomieszczenie z krzesłami i fotelami. Ktoś przyciągnął szafy z sal obok i zablokował wejście na schody. Można było iść już tylko w górę. Wszyscy stłoczyli się w salach oraz w korytarzu. Miejsca najbliżej schodów opustoszały. Ktoś zagrodził mi przejście. Spojrzałam na mężczyznę, musiał mieć ze czterdzieści lat, ale już posiwiał. Trudno było się dziwić. Chciałam przesunąć jego dłoń i przejść, ale mi nie pozwolił. Przyłożył palec do ust i nakazał usiąść. Wychyliłam się najmocniej jak mogłam z tego miejsca i rozejrzałam się.
Nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie w dół. O mało co nie upadłam, ale ktoś mnie podtrzymał. Spojrzałam za siebie, Kamyk zadecydował, że już się naoglądałam. Może znali się z siwowłosym mężczyzną. Usiadłam jak najbliżej szerszego pomieszczenia. Zauważyłam na schodach martwych. Nawet nas nie zauważyli.
- Nie możesz wyjść, narazisz nas na niebezpieczeństwo - odezwał się Kamyk.
- Jesteście w takim samym niebezpieczeństwie tutaj jak tam. Tam przynajmniej możecie uciec. Tutaj was zablokowano - wysyczałam cicho.
Spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Musimy czekać na wojsko i policję. Niedługo tu będą i opanują sytuacje.











