Nigdy nie myślała, że ją postrzelą. Uderzą, pobiją, potrącą – brała pod uwagę różne scenariusze. Będą jej grozić, wyciągną pałkę teleskopową, kastet, może pistolet, ale zawsze kończyłoby się na strachu. Oni mieli broń, ona była szybka. Zawsze zakładała, że to jej nie spotka. Postrzału sobie oszczędzi. Nie wyszło. Uciskała lewy bok. Miała zakrwawione ubranie i dłonie. Czuła pod palcami ciepło swojego ciała i ciecz, dużo. Czy krwi powinno być aż tyle? Wolała nie patrzeć.
Zatrzymała się przy następnym zakręcie w wąskiej uliczce. Miała nadzieję, że za śmietnikiem jej nie zauważą. Czuła jak się trzęsie, jak ból rozchodzi się po ciele. Wolną ręką wytarła łzy by lepiej widzieć. Wciągnęła powietrze i spojrzała. Jej prawa dłoń była cała we krwi. Ubrudzona były też bluzka i spodnie. Delikatnie odsłoniła ranę, ale nie widziała obrażeń. Spokojnie, spokojnie powtarzała w myślach. Kucnęła i jak najostrożniej ściągnęła plecak wraz z bluzą. Owinęła się nią w pasie by uwolnić rękę. Pal licho ubranie.
Zastanawiała się, kiedy dostała. Poczuła ból. Co dalej. Ból. Przyłożyła dłoń. Dłoń. Mokro. Wiedziała, że to krew. Skąd padł strzał?
Usłyszała głosy w końcu uliczki skąd przyszła. Skuliła się mocniej, plecak zapchała za kontener. Dla uspokojenia zaczęła liczyć. Przy trzynastu głosy zaczęły się oddalać. Dobrze, że nie mają psów. Chciała głęboko odetchnąć, ale przysporzyło jej to więcej bólu.
Biegła. Za nią było dwóch mężczyzn. Przed nią co najmniej trzech. Kto strzelał? Ci przed nią?
Wyciągnęła plecak i podniosła się z trudem. Wiedziała, że musi otrzymać pomoc. Skąd? Kogo wezwać? Jej głowa pulsowała bólem. Chciała by to się skończyło. Dom. Wrócić do domu.
Nie chciała zostawać w miejscu, więc ruszyła na drugi koniec uliczki. Założyła delikatnie plecak. Znów złapała się za bok. Czy zostanie jej blizna? Jak duża? Czy kula wciąż tam jest? Miała trudności ze złapaniem oddechu. Znów oparła się o ścianę. Uliczka zawirowała.
- Pieprzyć to – szepnęła i zaczęła iść, - wciąż żyję.
Liczyła kroki by być bardziej przytomną. Wszystko by nie myśleć o bólu. Miała przytępione zmysły, jej bok i głowa pulsowały. A może to sen?
Za trzecim zakrętem na nich wpadła. Krzyknęli, a ona odwróciła się i zaczęła biec. Chciała jak najszybciej uciec. Byli blisko, gdyby tylko nieco przyspieszyli. Może nawet wyciągnęli ręce, ale żaden z nich na to nie wpadł.
Ostro skręciła w prawo, mała uliczka. Lewo, wreszcie jakiś ruch na ulicy. Przy trzecim skręcie o mało nie wpadła na parę policjantów. Uskoczyła na bok. Zawołali za nią, ale tylko przyspieszyła. Wydawało jej się, że odległość między nią a mężczyznami nawet się nie zmniejszyła. Kolejny zakręt i znany budynek. Drzwi. Ostatnie kilka metrów pokonała długimi susami, Pociągnęła za klamkę i szarpnęła. Otworzyły się bez problemu. Wskoczyła do środka i je zatrzasnęła. Przesunęła zasuwę. Odetchnęła ciężko.
Oparła się o drzwi. Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu. Pod ciemno żółtymi ścianami ustawione były wysokie regały zastawione pudłami i skrzynkami. Po prawej stronie ledwo widoczne drzwi. Naprzeciwko niej kolejne. Trudno było się poruszać bo podłoga zastawiona było dużymi pojemnikami.
Słyszała jak próbują sforsować drzwi. Czuła uderzenia na swoich plecach. Nie dała rady się odsunąć. Czekała. Krzyczeli, grozili, nawoływali się nawzajem. Jęknęła.
Dali sobie spokój po kilku minutach, ale to nie był koniec. Powtórne uderzenia, tym razem miarowe i silne.
- Policja - tylko tego jej brakowało.
Zamarła czekając, i tak nie wiedzieli, że jest tuż za drzwiami. Wystarczyło nie dać żadnego znaku. W końcu każdy sobie odpuszcza. Ucisnęła ranę i nasłuchiwała. Zastanawiali się czy warto raportować zdarzenie. Nagle drzwi naprzeciwko otworzyły się. Stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Zauważył ją od razu. Natychmiast przysunęła palec do ust i pokręciła głową. Patrzył zaskoczony, ale nic nie zrobił. Czekali przez kilka minut zanim policjanci zdecydowali się odpuścić.
Jej oddech stał się szybki. Opuściła rękę i sięgnęła do kieszeni. Zapomniała, że scyzoryk zgubiła kilka godzin wcześniej.
Miał przyjemny głos, spokojny i ciepły. A może tylko jej się tak zdawało. Przyjrzała mu się, ale nie za wiele mogła zobaczyć, światło padało zza niego. Na pewno miał na sobie fartuch. Ona była doskonale widoczna. Postanowiła wstać.
- Przyjaciółka szefa - odparła pewnie ostrożnie wstając. - Jest u siebie?
Jęknęła gdy się prostowała. Patrzył jak wsuwa rękę pod bluzę i przyciska lewy bok.
- Po prostu mnie do niego zaprowadź - warknęła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Wiedziała, że nie ma co wracać na ulicę. Na pewno na nią czekają. Tutaj miała jakąś szansę. Musiała przeczekać.
- Nie ma go. Nie ma nikogo - wyjaśnił.
- Świetnie, więc wracaj do pracy. - Ruszyła do drzwi po prawej. Otworzyła je. Pomieszczenie było mniejsze niż poprzednie, ale schludniejsze. Pod ścianami znajdował się rząd szafek. Wiedziała, że mężczyzna idzie za nią.
- Nie powinnaś tu wchodzić - odezwał się gdy podeszła do przeciwległej ściany. Dalej nic nie robił.
Sięgnęła ręką ku górze, od razu jęknęła. Zatrzymała się. Poczuła, że słabnie. Łapała krótkie oddechy. Szafki zawirowały. Oparła się o nie. Słyszała, że mężczyzna coś mówi, ale nie mogła zrozumieć poszczególnych słów. Palcami zaczepiła o górną krawędź szafek. Bez sensu - pomyślała, - czy ja zamierzam zemdleć?
Mężczyzna przytrzymał ją gdy tylko zaczęła się osuwać. Jęknęła. Delikatnie odwórcił ją w swoją stronę.
- Ktoś powinien ci to opatrzyć - stwierdził. Miała zamknięte oczy. - Mogę to zrobić jeśli chcesz.
Pomyślała o dobrych samarytanach. Tak to wygląda? Ktoś próbuje ją zabić, a potem ktoś inny opatrzeć jej rany. Kiwnęła głową.
- Oprzyj się o mnie. Mogę cię ponieść jeśli chcesz - zaproponował.
Prychnęła. Poprowadził ją do drzwi, z których przyszedł. Nigdy tu nie była. Nie dlatego, że nie chciała. Nie mogła. Nie przypadkowo wybrała to miejsce by się przyczaić. Kilka miesięcy wcześniej dogadała się z właścicielem. Za comiesięczną opłatą miała tu swoją szafkę, pod warunkiem, że nie będzie wchodzić do kuchni, ani przechowywać łupów.
Półmrok sprawił, że światła kuchni oślepiły ją na chwilę. Zamrugała. Pozwoliła by poprowadził ją wzdłuż długiego blatu i posadził na krześle. Oparła się z westchnieniem. Co dalej? pomyślała.
Przyjrzała się mężczyźnie. Miał regularne rysy, lekko odstające kości policzkowe. Kwadratową twarz i bystre ciemne oczy. Do tego jasne włosy związane w krótki kucyk. Przyjemny uśmiech. Prychnęła na siebie w myślach - człowiek o takim uśmiechu nie zrobi jej przecież krzywdy, chyba. Był niewiele starszy od niej.
- Oddychaj głęboko. Wciąż uciskaj ranę. Postaraj się nie spaść z krzesła - rozkazał, a sam odszedł.
Posłusznie przycisnęła mocniej rękę do rany. Bolało cholernie. Co ona sobie myślała. Spróbowała przeanalizować dzisiejszą noc. Włamała się. Nikt jej nie zauważył. Wykonała zadanie. Uciekła. Zdążyła się przebrać, a oni pojawili się nagle przed nią. Czy chronili domu? A może zabawił się z nią Michael. Kolejna próba zastraszenia? Wydawało jej się, że ból osłabł, ale gdy tylko poluzowała uścisk, powrócił gwałtownie. Podstępnie rozprzestrzeniał się po całym ciele. Czuła go wszędzie. Zgarbiła się i zachwiała.
Zgięta w pół zauważyła jak mężczyzna do niej podchodzi. Nosił trampki i czarne spodnie - były ubrudzone. Uniosła głowę.
- Powinnaś się gdzieś położyć bym mógł obejrzeć ranę - odezwał się i rozejrzał po sali.
- Jesteś lekarzem? - zapytała zdziwiona jak bardzo jej głos brzmi słabo.
- Studiuję - odparł. - Pozwolisz, że położę cię na stole? Jest czysty.
Nie czekał na jej zgodę. Podniósł ją i przeniósł na najbliższy szeroki blat. Nogami dotykała kuchenki. Nad głową miała półkę i zapaloną lampę, zmrużyła oczy. Poczuła zapach ziół. Po jej prawej wisiało kilka małych doniczek.
Skupiła się na mężczyźnie. Delikatnie zdjął jej bluzę i oderwał jej rękę od rany. Sięgnął po nożyce i przeciął bluzkę.
- Będzie boleć - oznajmił.
Nie przygotowała się na taki ból. Polał ranę jakimś płynem. Zapiekło. Chciała się skulić, osłonić ranę, ale ją przytrzymał. Załkała. Ledwo powstrzymała krzyk. Wszystko wokół się rozmazało. Zacisnęła pięści. Znów przemył obrażenia. Tym razem krzyknęła.
- Nie mam nic na ból - szepnął.
- Jesteśmy w kuchni do cholery, nie ma tu alkoholu? - krzyknęła.
- Jeszcze nie - odparł i mogłaby przysiąc, że nie ma zamiaru uśmierzyć jej bólu.
- Palant - szepnęła bezgłośnie.
Czuła jak oczyszcza wacikami jej ranę. Robił to bardzo delikatnie.
- Ktoś cię postrzelił, oznajmił po chwili. - Straciłaś sporo krwi, ale na szczęście krwawienie nie jest już tak obfite. Kula przeszła tuż pod ostatnim żebrem. Ładna dziura wylotowa. Trzeba to zszyć - jego głos był rzeczowy i pewny.
Zastanawiała się co studiuje i jakim zrządzeniem losu wylądował w tej kuchni. Dzisiejszej nocy.
- Zszyjesz mi to? - zapytała cicho.
- Mam całkiem niezłe nici. - odparł. - Jeszcze nigdy nikogo nie szyłem. -dodał. - Nie powinnaś się ruszać.
Miała ochotę go uderzyć. Za ból, brak alkoholu, jego uśmiech gdy mówił, znów za ból. Niech to szlag, miała ochotę zrobić cokolwiek by nie być teraz na stole. Nie tak to dziś miało wyglądać. Ładnie zaplanowana, szybka akcja. Nie postrzał i szycie w kuchni. Zaklęła.
- Uznam to za przyzwolenie - odparł. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie rękawiczki, może nie trafiła tak źle, może on studiował medycynę.
Gdy wbił igłę, drgnęła. Pouczył ją by się nie ruszała. Kolejny ruch. Dodał, że będzie mieć bliznę. Czuła jak metal przenika jej skórę. Powinna to czuć tak wyraźnie? Powinna czuć dwa rodzaje bólu - ciągły od rany i krótkotrwały od igły? To możliwe? Jeszcze nigdy nie była zszywana. Kiedyś złamała rękę. Gips nosiła przez miesiąc. Złamanie zamknięte. Ale nikt jej nigdy nie szył.
Patrzyła na mężczyznę. Miał niewielkie blizny na policzkach i piegi. Jego oczy uważnie śledziły ruchy dłoni. Zszywał ją wolno i spokojnie. Nie widać było po nim zdenerwowania, ale irytowała go cała sytuacja. Co jakiś czas zerkał na jej reakcje. Za każdym razem gdy widział, że na niego patrzy kręcił głową z dezaprobatą.
Musiała przesunąć się na prawy bok. Pomógł jej się odwrócić. Poczuła jego dłoń na plecach. Znów użył płynu dezynfekujacego. Tym razem nie zareagowała tak gwałtownie. Patrzyła na białe kafelki i kawałek doniczki. Bała się ruszyć. Ból zastępowało odrętwienie, a może się mieszało. Nie potrafiła określić swojego stanu. Jakby dryfowała. Drżała za każdym razem gdy czuła jego dotyk lub igłę.
- Jeszcze kilka szwów - powiedział cicho.
Przyjęła to z ulgą. Zastanawiała się ile to już trwa. Straciła poczucie czasu. Spróbowała określić, o której się tu znalazła, ale nie miała pojęcia. Na pewno z włamania wyszła przed północą. To miejsce zamykane jest zwykle koło pierwszej. Zanim kucharze i pomocnicy posprzątają stanowiska mija pewnie godzina. Student musiał tu pracować. Dlaczego został sam? Przykleił gazę do jej rany.
- Powinnaś na to uważać - pomógł jej przewrócić się na plecy. Spojrzała na niego. Ostrożnie z wodą, dużo odpoczywaj, postaraj się nie odwodnić, Szwy nie są duże, ale i tak zostanie blizna. Co ci się przytrafiło? - pomyślała, że strasznie długo czekał z tym pytaniem.
- Jestem zmęczona - odparła.
- Jeszcze nie zasypiaj. Nie tutaj! Chcesz pić? - zauważyła że trzyma szklankę z kolorową słomką. Spojrzała na niego mrużąc oczy, ale pociągnęła łyk. Woda. - Wolno, małymi łyczkami. - posłusznie wykonała polecenie.
Pozwoliła by głowa opadła jej swobodnie na blat. Zamknęła oczy.
- Postrzelili mnie. Nie przewidziałam tego - powiedziała.
- Nie spodziewałem się tego - zakpił. - Pomogę Ci wstać. Muszę tu posprzątać. Jak się nazywasz?
Świetny czas na uprzejmości, naprawdę. Znów pomógł jej się podnieść, a potem przeniósł na krzesło. Każdy oddech sprawiał jej ból. Zauważyła, że na blacie zostawiła mnóstwo krwi.
- Da się to zmyć by nie zostawić śladów? - zapytała.
Ten fragment nie jest idealny, nie jest pewnie bardzo dobry. Ale lubię go. Są takie sceny które trzeba spróbować napisać, czasami to momenty gdzie matka morduje własnego syna, czasami gdy bohaterka otrzymuje postrzał, czasami to zwykły seks. Bywa różnie. Będę wdzięczna za wszelkie komentarze zawierające uwagi i krytykę (pochwały też chętnie poczytam, zawsze). Dajcie znać jak wrażenia.