Mariusz Zaruski - Na bezdrożach tatrzańskich
W zimny lutowy dzień, dokładnie drugą niedzielę miesiąca, miałem okazję znaleźć się w Zakopanem. Nie jednak na wycieczce górskiej, na tę mam nadzieję jeszcze przyjdzie czas, a w muzeum. Końcówką poprzedniego roku poszliśmy do Muzeum Narodowego w Krakowie. Okazało się, że bilet standardowy uprawnia do wejścia do wszystkich oddziałów MNK. Jednym z nich była willa "Atma", czyli dom Szymanowskiego, właśnie w tej bramie Tatr. Nie był to wielki obiekt, więc by nie tracić dnia, poszliśmy również do Muzeum Tatrzańskiego. Tam, za pamiątkę nabyłem książkę Mariusza Zaruskiego "Na bezdrożach tatrzańskich". O niej dzisiaj słów kilka. Wziąłem się za nią, jak widać, prawie pół roku później. Po dość filozoficznej "Białej Elegii" Han Kang, a przy rozpoczęciu drobnych spacerów po Beskidach, zapragnąłem przebrnąć przez opisy granitowych turni. Tak więc towarzyszem moim przez połowę lipca było te trzysta stron. Składa się na nich parędziesiąt parustronicowych tekstów, które zostały zebrane w jeden tom, oryginalnie w 1923 roku. Wydanie, które znalazło się w moich rękach jednak, to wydanie piąte, które zmienia trochę układ treści, niektóre rozdziały pominięto i połączono z inną książką autora "Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratownicze". Nie jestem fanem tak mocno zakrojonych ingerencji, ale redaktorem był Witold Paryski, który sam był taternikiem, TOPR-owcem, i znał osobiście autora. Mogę więc przymknąć na to oko. Opowiadania te, dosłownie scenki, to bardzo różnorodny przekrój kultury taternickiej głównie przed pierwszowojennej. Zaznaczam "taternickiej", bo w tym samym czasie, w samym mieście, kwitło bujne życie artystyczne. O nim tutaj nie ma ani słowa. Jest o zachwycie górami, jest o pierwszych latach zimowej turystyki w regionie, o zakładaniu TOPRu, jak i o pierwszych wyprawach ratowniczych. Dla interesujących się wspinaczką szczególnie ciekawy może się wydać rozdział o trasach na Giewont. Niby nic, ale jednak z opisanych ponad sto lat temu ośmiu tras z wariantami, ostały się tylko trzy szlaki. Z kolei z opisu tragicznej wyprawy ratowniczej po S. Szulakiewicza (i śmierci Klimka Bachledy), albo akcji po Bandrowskich, można byłoby nakręcić zajmujący i mrożący krew w żyłach dokument. Jednak też są i luźniejsze tematy, jak po prostu bardzo malownicze opisanie pierwszych wejść dokonanych przez Zaruskiego.
Właśnie, Zaruskiego, czyli kogo? Nazwisko to mi było kompletnie do tego czasu nieznane. Słyszałem o paru jego towarzyszach - wspomnianym przewodniku Klimku Bachledzie, kompozytorze i fotografie Mieczysławie Karłowiczu, malarzu Rafale Malczewskim (synowi słynnego Jacka), czy pisarzu Jerzym Żuławskim (zresztą jego trylogię sci-fi "Na srebrnym globie" mam na półce "do przeczytania"). Ze wszystkimi nimi chodził po górach, jednak było to 120 lat temu. Owszem, mediewiści, czy bibliści, mogą się zaśmiać, że to nawet nie jest istotny okres. Jednak właśnie przez te sześć piątych wieku Tatry, z niedostępnego zimą pustkowia, zamieniły się w narciarskie eldorado. Dobrze pokazuje to fakt, że drugie zimowe wejście na Kasprowy Wierchy odbyło się dopiero w 1904 roku. Autor był właśnie pionierem otwarcia tego regionu zimą, a także jednym z pierwszych propagatorów narciarstwa na Podhalu. Uczestnik wielu wypraw w dziewicze regiony naszych najwyższych gór, jak i czasami po drugiej, jak to nazywa "węgierskiej", stronie. Można powiedzieć, że był jedną z centralnych postaci zimowego taternictwa w okresie przed Wielką Wojną. Założyciel TOPR i uczestnik wypraw ratunkowych tegoż. Pełniejszy szkic całego życia autora podaje na początku książki redaktor. Urodzony w Dumanowie na Podolu w 1867. ukończył wydział fizyczno-matematyczny na uniwersytecie w Odessie. Zesłany za działalność niepodległościową i lewicową do Archanielska. Skończył tam szkołę morską. Przez kolejne lata pływał po wodach świata, aż w końcu po powrocie z zesłania ukończył krakowskie ASP i zakotwiczył się w Zakopanem. Podczas I Wojny Światowej mianowany generałem brygady. Po niej wrócił do Tatr, ale w 1926 znów wypłynął na morze. Podczas II Wojny Światowej zmarł w więziennym szpitalu w Chersoniu.
Sam ten zarys postaci kompletnie nie oddaje całości jego działalności i wpływu na kształt wszystkich środowisk, w które się angażował. Oprócz poetyckiego tonu zachwytów przyrodą, oprócz kalkulacyjnego charakteru opisu akcji ratowniczych, bardzo silnie przebija się przez te strony społeczne zaangażowanie Zaruskiego. Nie szczędził mentalnych batów osobom pragnącym uczynić z Tatr "boisko", czy punktował brak rozwagi (ale na łamach pism nigdy jej nie beształ) - pewne rzeczy się pomimo zmiany wieku i tysiąclecia nie zmieniają. Co najważniejsze jednak, traktował pasmo nie tylko jako rezerwat przyrodniczy, a wartość społeczną. W niebezpieczeństwie, jak mówi, nawet pozornym, może kształtować się wspaniały charakter ludzki. W wysiłku i tężyźnie fizycznej, jak dowodził, wykłuwa się zdrowa tkanka narodu. Jednak nie na pokaz, nie napuszone mięśnie, bo też pokazuje na stronach swoje bardziej wrażliwe oblicze. Czas bym zakończył ten "groch z kapustą", bo wydaje mi się, że kręcę się w kółko. Tytuł mi się bardzo podobał, bo jest pewnym oknem na interesujący mnie temat, a także na część kultury, ducha, czy filozofii, której już nie ma, która w przepełnieniu komercji i cekinowej rzeczywistości trochę się zagubiła. Jest to też, wydaje mi się, piękny testament początków odkrywania terenów od Rohaczy po Gerlach. Dla osób, które nie mają żadnego pojęcia o historii taternictwa, a chcących poszerzyć wiedzę, jest to dobry punkt startowy. Z całą litanią nazwisk, czy nazw gazet, czy roczników (jak np. Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego), można bez trudu kontynuować badania, rozszerzać pasję, albo pielęgnować w sobie tę przygodową ciekawość, którą jako dzieci karmiliśmy czytając np. "W pustyni i w puszczy", czy "Pana Samochodzika". Z kolei łatwo też, w szczególności na portalu "polonia.pl" znaleźć oryginały co niektórych tekstów. Kończąc ten przydługi tekst zostawiam was, mam nadzieję przynajmniej zaintrygowanych.
Miłego, Adiabat 18-19.07.2026









