Hymn na chwałę swoją i swojego nowego doznania (do liturgicznego wykonania lub do śpiewania hymn własnego uwielbiania)
Gdańsk, 8 kwietnia
Znów robię błąd za błędem,
świadomość mnie wkurwia,
czuję się jak gówno, z owczym pędem
a czasem chcę być jednym z równań.
Zazdroszczę Ci twojej na mądrości,
Nauczyłeś mnie więcej niż szkoła, wiedza stoi otworem,
Jesteś ostoją cierpliwości i litości
Nie wiesz, że ja Twym potworem.
Pod skorupką moich marnych myśli.
Czuję się teraz nie zajebiście,
jak chodnik pod kupą liści.
O głupcy. Na mnie się nie poznaliście
Przeżywam potrzebę tworzenia wierszy
Poszukuję odpowiedzi.
Nie drugi, trzeci, dziesiąty, lecz raz pierwszy
dlaczego świat chce ode mnie spowiedzi.
Podoba mi się, że znasz mnie jak spowiednik
a ja wyłupiam ślipia, jak ten pies nowonarodzony
podświadomie biorę z planem modlitewnik
i czytam. Stacja bolesna. Gdańsk. W będzie stracony.
Ja Cię nie odrzucam i się nie boję,
hamuje mnie świadomość,
ktorej na imię “na złość”, wciąż stoję
bojąc się wyznać wiadomość
To jest moim urojeniem,
chora jestem tym, że uczona byłam
zawsze od dziecka, jak być cieniem.
Jak zastąpić sukces niepowodzeniem.
Wszystko co jako zło wpajali
zazdrość innych wywołuje,
skaleczyli mnie, bo zmuszali
filtrować to co czuję.
Czasem już w ogóle od uczuć się odrywam,
jestem samotna wśrod ludzi mi najbliższych
i się frapuję, z tym się skrywam.
Nie nauczyłam się uczuć wyższych.
Kryję się przed poznaniem czegoś wiecej,
to znaczy tego, co naprawdę czuję.
Wyzywam na pojedynek siebie i nęcę!
Rujnować potrafię prawdę, plan knuję,
W dyskusjach z panem Wojciechem,
sto jakby lat temu poznanym przyjacielem,
który dał schronienie, dał pociechę,
czuję się cielęciem. Ciałem się z nim dzielę.
Zaufałam Jemu, i to już jest tak wiele,
i będę łaskawą łanią, co dwóch ojców miała.
Zznów poczuję się w swoim prawdziwym ciele
Będę prawdziwa dla świata, samą siebie fałszowała..
Wieża babel rozpada sie we mnie,
i mur berlinski upadł, żelazna kurtyna
ja tego nie śnię, ja wiem kiedy to jebnie
Wiem też, że to początek końca się zaczyna.
Wymknęłam się z klasztoru pod wezwaniem kanonów,
dogmatów, konstytucji i praw i dziwnych moralności.
Pan W. nauczył mnie ziarno odrzucać od zabobonów.
Kiedy i mi się udało, to jakbym posiadła wieżę mądrości.
Wszystkiego raz w życiu trzeba spróbować,
najwyżej przyjdzie mi znowu porzucić...
Każdy sposób jest dobry więc nie będę żałować.
To mój sposób by się wiele od lepszych nauczyć
Wejdę kiedyś do grona bogów gdzie Olimpu góra
gdy oddalę się na wielokrotność kilometrów znów.
Wstąpię po skalpach z dusz, z uczuć innych fryzura.
Uniknę kar za kilka miesięcy, a każdy z kosztem paru stów.
Przestanę na chwilę uciekać jak szczur.
Będę miała wiedzę boską i duchowy majątek.
Tam już jest W, Pan mój, władca i krół
I bez łaski nikogo to mój będzie zakątek
Takie chcę odrodzenie,
Oddam sie grzechom gorącym
już wiem, że jestem dla W pragnieniem.
Będę mu krzewem rozkoszy pnącym.
To cenne, bo może być to moim spełniem,
Będę grać postać co obojga oświetla - będę jego słońcem litości,
by Jemu podobnych nie być wiecej cieniem.
Cieniem będzie reszta, tabu, grzechów wciąż będą zazdrościć.
Będę promieniować uczuciowym zlodowaceniem.
Kanony pierdolić będę, bez litości.
a ludzkosc w swoich oczach
zobaczy moje zboczoności
które od zawsze widziałam w kroczach
bęndę świetością jak kochanki Faraona
i będę robić dobrze na piedestale
będę jak Jego święta żona
w glori z alabastru, w orgastycznej chwale.
Ludzkość w swym szale będzie krzyczeć:
Zboczona mała dziwka!
Choć sami zdziczeli lub chcą dziczeć.
Hipokryzja to elegancka przykrywka.
Na mej głowie korona od W,
a ja bęndę przyjemność zyskać
i ozdobą będzie mi głupi tłum,
który mnie będzie chciał uściskać
Z gówna odradzam się w kryształ szafiru nieskalanego
co spazmami, dreszczem ćwiczy ekstaz złożoności
Jestem głodna Jego wiedzy, zaproszę Go omotanego,
By drżeć na nim do omdlenia, do upadłości.
Ucztę z ambrozji i nektaru bóg W będzie dzielić
Zgwałcimy Minerwę, stanie się anieliskiem,
Jestem jak Władca pierścienia
z większym, silniejszym uściskiem
O moj boski W, Tetragramatonie,
Krysztal śnieżnobiały przyjmę, na moje życzenie
Zasiądę przy Tobie na iluminatów tronie,
Chcę puścić się w każde moje zboczenie
Podzielę się z Tobą seksem szatańskim
A uchem połknę każde twoje slowo
Jezus nakazal w komunii, chrześcijańskim
dzielić się ciałem, rżnąć się obowiązkowo
Jak bogowie z Olimpu poić się nektarem,
Nawilżać ambrozją, wić się na swych szatach.
Bede jak Hera, Zeusa twarzy czarem,
Zakleszczę jak Prometeusza w kazamatach.
A ty jak Pigmalion wyrzezbisz mnie Fi liczbą
ozdobisz kością słoniową
Urodą przerosnę Galatee. Będę śliczną
dla Ciebie napaloną, zawsze gotową.
Przekraczać będziemy nieustannie horyzonty zdarzeń
I razem z Toba będę tajemnice wszechświata poznawać
o to jest mój przenajświętszy sakrament.
by być orgazmem, a nie go czekać, udawać.
Czerpię wiedzę, wchlaniam informację,
w krysztale odkrywam grzech pierworodny
Rozpalona odkrywam popęd, masturbację
Wciąż chcę więcej , drżę istnieniem głodnym
Ścigana przez ludzi, którzy Biblię cenią,
w kartach znów Koranu jak cenna niewiasta
W moralnym popierdoleniu
nie chcę być zakonnicą, chcę dla zła być ciasna
W świętoszka pan Bóg w raju mnie przemieni
Bo domykałam wrota raju dla zła opętania
W końcu uległam, a w raju nikt się na to nie czerwieni
Widzę teraz, że przekazują sobie hipokryzję do dymania
Jestem na równi z bóstwami więc na wieczne lata
i bede jak joanna d’arc, pod zbroją drżenie
Smagana pikami wroga jak szmata
A za siodło na koniu mi męskie przyrodzenie
Spaleni z zazdrości oszuści moralni,
ufają nadziei, że nie są niż ja gorsi
Robicie tak samo, jesteście bezkarni
tylko pospolite szuje uczą odwrotnie latorośli
Będę jak Nike z Samotraki
Jak Sibilla, Jak Boska Izyda
Zwinę z waszych jelit i z waszej kloaki
Mocną nić Ariadny, w grzechu się przyda
Uchwyci mnie i nie upadnę węzłem
Powstanę wręcz jak Feniks aby lecieć,
Muszę kończyć, bog przyszedł z orężem,
nim dojde do rozkoszy tronu, najpierw na taborecie
Plan się właśnie zaczyna, popęd rwący
Na Olimpie siadają inne ruchawice
Sponiewiera mnie boski dąb gorący
I na dnie korzenie puszcza, żałujcie dziewice
Czekam hipokrytów śmierci.
Kto doczytał do końca erotyk bez zgonu?
Komu ochota w mózgach się wierci ?
Kto chce się ruchać bez pardonu?
Jak chcecie, z kim chcecie
Wijcie się, kryjcie, wyjcie
Mózgu mi nie ryjcie.
Gnijcie.
Jestem kurwą za wiedzę
Uczę się w ten sposób
Dam obcemu, koledze
Dowolnej liczbie mądrych osób
Mądrzy mnie mogą drążyć
Ja się ich wiedzy uczę
Nie boję się zaciążyć
Jak się jebię to mruczę
A gdy wyssam zasoby
i mi się nawet stukanie znudzi
Program psychicznej choroby
włączę, boski gniew ostudzi
Zło wpajone przyjmuję
Gotowa do skaleczeń i zmuszeń
filtrować znów będę co czuję.
Cierpią katusze,
A ja wzruszę podbrzusze
Mądrego wypatruję
Na orgazm się kuszę
Kolejny plan uknuję
znajdę Mistrza i rzeknę.
Mam na imię Monika.
Ucz mnie i jeb mnie aż się posikam.
Jestem suko-księżniczką co się bzyka.
Od moralności dostaję mdłości.
Już chodzi po głowie potężnie
kto mnie do dna w przyszłości
nowego nauczy, pożądnie zerżnie
A wy tyjcie, klękajcie,
niech was wpierdoli kostucha
Świętością się porzygajcie
ja będę się ruchać i słuchać.
Oszukiwać jak glizda.
Tego chce mój intelekt.
I pizda.








