Nasz przypadkowo wybrany pokój, w kolorze szpitalnej zieleni, z wygodnym łóżkiem zapewnił nam wyjątkowo dobrze przespana noc. Zeszliśmy na śniadanie, zajęliśmy stolik z widokiem na złotą pagodę. Na Śniadanie podano nam kilka kromek tostowego chleba, podejrzanie za żółte masło, herbatę w proszku 3w1.
O godzinie 9 byliśmy umówieni z Thiri, poznana wczoraj w autobusie. My, para z Niemiec oraz chłopak z Austrii zostaliśmy zaproszeni na świętowanie Dnia Niepodległości w dość odległej części Yangon. Właśnie przygotowywaliśmy się do wyjścia, gdy nagle Thiri, powiedziała, ze nie może iść z nami bo jesteśmy śledzeni. Okazało się, ze chłopak siedzący w recepcji hotelu, na którego w ogóle nie zwróciliśmy uwagi został wysłany na przeszpiegi aby dowiedzieć się o naszych planach. Podobno to normalne, ale poczuliśmy się trochę jak w powieści kryminalnej. Tak tez nasza przewodniczka szla w bezpiecznej odległości przed nami, co jakiś czas gestykulując w która stronę mamy iść. Kiedy w końcu znaleźliśmy się w autobusie znowu siadła w bezpiecznej odległości. Zresztą dopiero wtedy zwróciliśmy uwagę, ze tutejsi często pytali nas gdzie się wybieramy.
Podroż zajęła nam jakąś godzinę, podczas której mogliśmy poznać miasto. Jak już wczoraj wspomniałam można się tutaj przenieść w czasie, ale nie sądziłam, ze aż tak, Mianowicie w czasy Drugiej Wojny Światowej! W użytku są nadal ambulanse wojskowe, przerobione na autobusy oraz inne samochody dostawcze z tamtego okresu. Na drodze można spotkać prawdziwe zabytki. No cóż jest przynajmniej na świecie jeden kraj, który nas w tym prześciga. Na dodatek maja gorsze drogi niż w Polsce (o ile w ogóle jest droga, nawet na mapach można znaleźć informacje o tymczasowej drodze). Tak poza tym to byliśmy zaskoczeni poziomem rozwinięcia kraju, międzynarodowe sklepy, centra handlowe, wieżowce, reklamy a nawet telewizja, wszystko prezentuje się dużo lepiej niż w pobliskim Laosie.
Jedynym elementem który nas nieco zastanowił to brak w powszechnym użytku telefonów komórkowych. Od razu po przylocie do Yangon stwierdziliśmy ze zasiąg na naszych telefonie tkwi w martwym zerowym punkcie, jednak nie powiązaliśmy tych faktów. Nawet to, ze na lotnisku znajdował się punkt wypożyczenia telefonu komórkowego nie zwrócił naszej uwagi, ot kolejne dziwactwo. Jak się później okazało, powód jest bardzo prosty- lokalna karta sim kosztuje ponad 500$!
Dojechaliśmy na miejsce. Odwiedziliśmy zakon, gdzie napiliśmy się herbaty, po czym udaliśmy się do wioski. Wszyscy bardzo radośnie nas przywitali. Podobno byliśmy pierwszymi cudzoziemcami którzy tam zawitali. Od razu ktoś zaprosił nas do swojego domu, gdzie rozpoczęły się śpiewy. Pan grający na keyboardzie podobno robił to po raz pierwszy, co dało się słyszeć :) Każdy przychodził się z nami przywitać, zrobić zdjęcie. Podano kawę i orzeszki. Było bardzo wesoło, ale trochę nie wiedzieliśmy jak się mamy zachować.
Z okazji Dnia Niepodległości organizowane są różne gry i zabawy, szczególnie dla dzieci, w różnym przedziale wiekowym. Wszystkiemu towarzyszy muzyka (nawet w mieście zamykane są ulice i przekształcane w boiska).
Jedna z gier dla starszych było wspinanie się po bambusie oblanym olejem silnikowym, powieszonym na drzewie w stercie śmieci . Biorących udział w tej zabawie bardzo łatwo dało się wyróżnić tłumu, toteż łatwo mogłam ich omijać :) Ktoś nawet z duma przedstawił nam syna, który wspiął się na sama gore i zdobył umieszczona tam flagę. Obserwując te poczynania, nie zauważyliśmy ze wokół nas pojawiły się tłumy dzieci, chcąc się przywitać i zrobić zdjęcie.
Poza tym czuliśmy się jak VIPy, cały czas ktoś przynosił nam krzesła, żebyśmy mogli odpocząć lub oferował coś do picia. Ludzie byli naprawdę bardzo życzliwi, jeszcze nigdzie się z czymś takim nie spotkaliśmy. W międzyczasie kilka kobiet zaczęło gotować zupę ryżową w wielkim garze, dla całej wsi. My oczywiście także zostaliśmy zaproszeni do konsumpcji. W czasie kiedy my jedliśmy, pól wsi się nam przyglądało :)
Później nastąpiła kolejna przerwa na herbatę. Kilku mężczyzn postanowiło nas zabawiać pokazem gry zwanej chilo (coś jak nasza zośka), ale Daniel i Flo postanowili się dołączyć. W międzyczasie dwie dziewczynki mnie i Linie podarowały własnoręcznie wykonane bransoletki. Chciałam im jakoś podziękować, ale udało mi się tylko znaleźć kilka miętowych cukierków, które ktoś nam podarował w Wigilie. Gdy zaczęło się już ściemniać, zostaliśmy poproszeni o uroczyste wręczenie nagród zwycięzcom. Nagrodami były plastikowe wiaderka, które w moim przypadku musiałam wręczyć przestraszonym 3 latkom. Po tej wzniosłej ceremonii pól wsi odprowadziło nas na przystanek. Uff.. co za męczący a zarazem interesujący dzień. Fascynujący dzień, jednak taka dawka ciągłej uwagi potrafi również zmęczyć. Jeszcze tylko czapati na kolacje i wszyscy byliśmy gotowi do spania. Jutro kolejny dzień w Yangon a wieczorem podroż do Mandalej.
Nasz dzien w fotograficznym skrocie: