Dzisiaj zachowuje się jak robot. Wykonuje wszystkie czynności machinalnie, a moje myśli błądzą wciąż w jednym kierunku. Cały czas myślę, czy mogę coś zrobić. Chce poczekać te niecałe dwa tygodnie. Wierzę, że do tego czasu wszystko się unormuje i nie będę się tak bała tego spotkania.
Sytuacja jest prawie kalką wydarzeń z ubiegłego roku. Tylko wtedy moje uczucia nie były tak silne. Wtedy nawet nie zdawałam sobie z nich sprawy. Było mi przykro i źle się czułam przez ten okres, ale obecnie jest znacznie gorzej.
Czuje się, jakby brakowało mi tlenu. Nie mam ochoty na nic. Nie ma takiej czynności, nie ma takiej osoby, która byłaby w stanie, chociaż na dłuższą chwilę mnie uradować.
Mama się pyta, czemu jestem smutna, a ja nie chcę o tym mówić. Wiem, co powie, powie to samo co wcześniej. To w niczym nie pomaga, a nawet pozostawia wyrzuty sumienia. Niektórzy mogą to odbierać tak, że robię z siebie ofiarę, jednak chyba niezbyt to określenie rozumiem. Nie mają w sobie uczuć, które je mam. Nie wiedzą, z czym mierze się w każdej sekundzie mojego życia od początku tego roku, może nawet wcześniej, tylko wtedy miałam przy sobie kotwice, która mnie trzymała. Kiedy ona ustąpiła, ja zaczęłam tonąć, a przecież nie umiem pływać.
Woda jest to żywioł, który przeraża mnie najbardziej. Wolę mieć z nią do czynienia tylko tyle ile trzeba, nie więcej — nie lubię morza, basenów. Wolę pozostać bezpieczna i suchą, na lądzie.
Błagam, ja nie chcę więcej tonąć. Mam nadzieję, że wkrótce wszystko się ułoży i szczerze porozmawiamy. Powiem otwarcie o wszystkich swoich uczuciach przez ten czas, jeśli nie ustnie to poprzez list.
Plan jest taki, aby teraz zadbać o siebie. Być może jak zacznę walczyć o siebie, dla siebie, uda mi się wypłynąć z głębiny, odbić się od przepaści, wygrać z depresją. Być może wtedy do mnie wróci.