Nie prosiłam się na ten świat, a jednak od najmłodszych lat musiałam być odpowiedzialna za siebie i nie tylko, bez miejsca na błędy czy beztroskie dzieciństwo. Nauczyłam się więc układać wszystko tak, żeby nikt nie zobaczył pęknięć. Uśmiechać się, być idealna, radzić sobie ze wszystkim sama, nawet wtedy, gdy w środku brakowało mi już sił.
Nigdy nie miałam prawdziwego wsparcia. Zamiast tego sama stałam się oparciem dla innych. To do mnie można było przyjść z problemem, przy mnie można było się rozsypać. Ja musiałam być spokojem, rozsądkiem i siłą. Nawet wtedy, gdy sama potrzebowałam, żeby ktoś przez chwilę był silny za mnie.
Mam rodzinę i mam miejsce, które kiedyś nazywałam domem rodzinnym. Dziś jednak wiem, że to tylko słowo. Gdybym kiedyś się potknęła, gdyby coś w życiu poszło nie tak, nie miałabym tam dokąd wrócić. Ta droga już dla mnie nie istnieje.
Nie proszę nikogo o pomoc. Nie opowiadam nikomu, jak ciężko czasem jest to wszystko udźwignąć. Nie chcę litości. Mam dopiero dwadzieścia dwa lata, a czuję się tak, jakbym musiała planować każdy krok na wiele lat do przodu, jakbym nie mogła sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Czasami czuję się jak bezpański pies. Jak ktoś, kto tylko przeszkadza, kto jest ciężarem, kto ciągnie innych w dół. A przecież każdego dnia próbuję być najlepszą wersją siebie. Staram się być dobra, silna, poukładana. Staram się zasłużyć na miejsce, w którym będę mogła w końcu przestać walczyć. I czasem tylko w ciszy myślę o tym, jak bardzo chciałabym choć raz nie musieć być taka silna.








