Byłam z Librą na spacerze. Przechodziłyśmy obok starego, niskiego bloku. Latarką świeciłam nam pod nogami i łapami. Zobaczyłam człowieka w kapturze, zbliżałyśmy się w jego kierunku. Kiedy byłyśmy bardzo blisko człowiek okazał się równie czarny, jak ów wieczór. Stanęłam z nim twarzą w twarz.
Libra podeszła.
Nie będę hipokrytką. Przecież wiesz, że jestem otwarta na ludzi każdej narodowości, orientacji... itd., etc. Ale jednak coś mnie przeszyło.
Niestety ten strach, że ma inny kolor skóry. A gdyby był biały to już w porządku, jesteśmy bezpieczne? Oczywiście, że nie.
Nasze twarze dzieliło (naprawdę biorę miarkę krawiecką) od 20 do 25 cm. Libra stała obok. Człowiek miał w dłoni stary telefon, coś jak Nokia 3310.
Powiedział mi, że czeka na kolegę, ale nie może się do niego dodzwonić. Zwracał się do mnie per pani. Obok przejechał autobus. Pomyślałam, że w razie czego uciekniemy w jego kierunku...
Rozglądałam się i, niestety, myślałam, że to pułapka, ktoś się czai i chcą mi zrobić krzywdę. Co z Librą?
Wiesz co?
Pomimo strachu zadzwoniłam do jego kolegi. Cały czas oglądałam się za siebie, wokół.
Wiesz co?
Możesz mi napisać, że powinnam była olać tego człowieka, nie pomagać.
Jeden numer poza zasięgiem/wyłączony. Drugi numer - włączyła się poczta głosowa.
Nagrałam się, chłopak myślał, że rozmawiałam, pokazał gestem, abym przysunęła telefon bliżej (no to już na bank wyrwie mi telefon - w głowie) i powiedział: "Łukaszku, czekam tu na ciebie (...)".
Powiedziałam, że zrobiłam co w mojej mocy i odeszłyśmy.