Haczyk
Na przystań przychodził z nawyku. Odkąd wyprowadził się z miasta i osiadł na rodzinnym gospodarstwie codziennie rano szedł łowić ryby. Kiedyś razem z kolegami wypływali na fiord, ale odkąd ryby przestały brać koledzy przestali wypływać. Sprzedali łódź i wynieśli się ze wsi. On został.
Nie wiem, chyba spokój. Wiem, że to oklepane, ale oklepane nie znaczy gorsze. Spokój morza, ale przede wszystkim spokój rutyny. Wstawania zawsze o tej samej porze, samotnego poranka, kubka kawy w drodze na przystań, rzucania wędki.
Pod koniec zawsze zwykł odliczać. Jeszcze pięć razy rzucę i wracam. Pięć, cztery. Moment. Coś się stało. Jego głowa niemal zapomniała, co robić w takiej sytuacji. W chwili, gdy żyłka robi się ciężka, gdy coś nią szarpie. Głowa utkwiła myśli w pustce. Ręce wykonywały robotę automatycznie. Lekkie podcięcie i wyciąganie.
Śledź. O tej porze roku miało to sens.
Świadomość bezskutecznie próbowała przejąć kontrolę nad ciałem. Wyjęcie haczyka, spakowanie ryby, samochód, droga. Cały ten czas pracowały wyłącznie mięśnie. Dźwięki były przytłumione, obrazy za lekką mgiełką.
- Nie do wiary! - dopiero dawno niesłyszany głos kupca wyrwał go z szoku. - Nie mów, że coś masz!
- Mam.
- Pokaż.
- Jasna cholera, toż to śledź! Najprawdziwszy śledź!
- Śledź - odparł sucho.
- Nie miałem tu ryby od miesięcy! Dawaj!
Rzucił rybę na wagę. Kupiec przyjrzał się jej z uwagą.
- Piękny okaz. Prawie kilogram. Zaokrąglimy do jednego kilo, po starej znajomości.
Pokiwał głową.
- Jest szansa, że właśnie złowiłeś ostatnią rybę w fiordzie!
- Miejmy nadzieję, że nie.
- Ano.
- To ile będzie?
- No, cena dobra, jak za dawnych, dobrych lat. A że rzadkość, to dorzucę ci jeszcze 10 procent.
- To ile?
- Za kilo śledzia? Pięć i pół korony.














