Całe życie szukałam ciszy, jednocześnie panicznie bojąc się tego, co się stanie, jeśli jednak ją znajdę. W ciszy człowiek słyszy siebie. To trudne, wiesz? Tylko najodważniejsi mają odwagę usłyszeć siebie. Denerwowałam się strasznie za każdym razem, gdy docierało do mnie, że i mi tej odwagi brakuje. Mi? Odwagi? No komu, jak komu, ale MI? No mi. Królowej prędkości. Księżnej skutecznej ucieczki. Od zawsze frustrowali mnie ludzie, którzy się nie spieszyli. Poirytowana wymijałam ich na ulicy ostentacyjnie, tak jakbym próbowała coś usilnie udowodnić. Ci, co się nie spieszyli, najpewniej nie robili nic istotnego. Ci, co nie biegli, najpewniej nie mieli żadnego ambitnego celu. Ci, co nie pędzili, zawadzali na drodze, stopując tych, którzy wiedzieli, czego chcą. Moja prędkość była synonimem siły. "Nie da się za tobą nadążyć.". Sama nie byłam w stanie. Każde "szybko" było zawsze niewystarczająco szybkie. Każdy tramwaj i autobus za długo stał na przystanku, a pociągi przejeżdżały przez stacje niczym ciężkie, spalinowe lokomotywy. Każda minuta, w której musiałam po prostu być, dłużyła się niemiłosiernie, powodując nerwowe przebieranie nogami.
Pewnego dnia dociera do ciebie, że biegniesz nie dlatego, że tak lubisz, ale dlatego, że nie potrafisz się zatrzymać. Pewnego dnia dociera do ciebie, że biegniesz, bo nie masz po co się zatrzymać. Biegniesz dalej. Mijasz tych sunących powolnie osobników. Mijasz ich i masz ochotę zapytać: "Państwo tu są, prawda? Są. Tutaj, teraz." Państwo nie rozumieją. Państwo po prostu są.