#NowPlaying single roku - martamalinowska1991
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH
I'd rather be in outer space 🛸

#extradirty
sheepfilms
No title available
h
Game of Thrones Daily

ellievsbear

shark vs the universe
Mike Driver
Keni
Interview Vampire Daily
occasionally subtle
𓃗
TMBGareOK. The Official They Might Be Giants tumblr

Game Changer & Make Some Noise

@theartofmadeline
macklin celebrini has autism

Kiana Khansmith
🩵 avery cochrane 🩵

seen from Germany
seen from United Kingdom
seen from United States
seen from United States
seen from Venezuela
seen from Saudi Arabia
seen from Algeria

seen from Russia
seen from India

seen from China
seen from Bangladesh
seen from United States
seen from Jamaica

seen from United States

seen from Canada
seen from United States
seen from Indonesia

seen from France
seen from United States

seen from Bangladesh
@martamalinowska-blog
#NowPlaying single roku - martamalinowska1991
J.Stalin Shining in Darkness
nihil novi
Dokładnie w 10 rocznicę wydania kultowego krążka Madvillainy, Madlib decyduje się na wypuszczenie Pinaty. Być może powoływanie się na tę symbolikę jest sporą nadinterpretacją, ciężko jednak przejść koło niej obojętnie, bo składowe spełniają zbliżone założenia.
MOTHAFUCKAS NEVER LOVED US
wooooow xD
REVIEW YG - My Krazy Life
YG - My Krazy Life
W roku, w którym się urodziłam wyszedł film Boyz’ n the Hood, z którego szczególnie zapadła mi w pamięci scena, gdzie Furious wygłasza szybką i dosadną przemowę na temat niebezpieczeństwa czyhającego z każdej strony na chłopaka zbyt silnie wczuwającego się w realia ulicy. Wszystko odbywa się na granicy miasta Compton, które wbija ci się w głowę, jako symbol rządzącej się własnymi prawami enklawy, gdzie przetrwają najsilniejsi. Z oczywistym uwzględnieniem ich koloru skóry.
Ciąg skojarzeniowy przywołał ten motyw dość szybko przy pierwszym odsłuchu debiutanckiej płyty YG „My Krazy Life”, która przypomniała, że w Compton nadal nie jest kolorowo i zrobiła to w iście współczesnym, a jednocześnie rdzennym stylu.
YG zasługuje na notkę biograficzną z racji swojego debiutu. Wypuścił do tej pory kilka mało znaczących mixtape’ów, przez co jego historia nie zyskała na intensywności. Pierwszy raz usłyszałam o nim dwa lata temu przy okazji singla I’m a Thug z Meek Millem, który był wtedy jasnym punktem na bladej i jednolitej mapie thug life. Później nie dawał zbyt wielu pobudek do śledzenia swojej ścieżki, niewątpliwym jest, że najprostsza nie była, bo do debiutu nakładem potentata muzycznego, jakim jest wytwórnia Def Jam postanowił pozostać przy wiele mówiącej ksywce YG, czyli po prostu Young Gangsta – nic oryginalnego. W pierwszym poważnym singlu z tej płyty już w samym refrenie 13(!!!) razy pojawia się określenie „nygga”, Rich Homie Quan na refrenie, chcąc nie chcąc czujesz, że 13 ton beki jest blisko (polecam również wersję ocenzurowaną z hitta, zamiast nygga). Tymi słowami też zostajecie przywitani drodzy słuchacze w pierwszych sekundach po odpaleniu krążka, jednak co czujniejsi już wiedzą, że Young Jeezy się nie mylił i jest to płyta, która każe zwrócić wszystkie oczy na Zachodnie Wybrzeże, docenić młodą gangsterką krew w tak dużym stopniu, w jakim i ona szanuje swoich poprzedników.
Niewątpliwą zasługą tej doskonałej w swoim zachodnim stylu klimatyczności jest postać DJ Mustarda, który z YG współpracował praktycznie od początku i jest odpowiedzialny za 95% produkcji na płycie. To co mnie w niej najbardziej ekscytuje to właśnie idealne proporcje między brzmieniową historią całego west coastu, a muzyczną erą 2.0. Jako osoba intensywnie śledząca poczynania raperów urodzonych w latach 90 i goniąca króliczka w odkrywaniu brzmienia przyszłości w tej muzyce, mająca zawsze z tyłu głowy historię i jej najistotniejsze punkty, wraz z płytą „My Krazy Life” dostaję produkcję, na które wydawać by się mogło już nie trafimy. Mam tu na myśli przede wszystkim całe zamieszanie wokół Chiraqu, młodej chicagowskiej sceny, która rozpanoszyła się w mainstreamie ze swoją drillową stylistyką,( którą w gruncie rzeczy też lubię) i to oni pod względem popularności wiodą teraz prym, jednak jedyne spojrzenie wstecz w ich przypadku to epizodyczna współpraca na linii Kanye West + Chief Keef, a największe wsparcie pochodzi przede wszystkim od wielkich wytwórni.
A wracając do sedna Szalonego życia YG: mam poczucie, że ta płyta zawiera wszystko, za co świat najbardziej pokochał mentalność południowej Kalifornii. Byt skupiony na pieniądzach, samochodach, kobietach, lojalności wobec rodziny (rozumianej zarówno w skali sąsiedzkich konotacji). Żywot gangstera jest jednym z niewielu, który wydaje się być stabilny w dzisiejszych czasach.
Początkowo brzmienie wypracowane przez Mustarda odebrałam, jako skrzętnie przemyślaną strategię, jednak kilka wywiadów dobitnie dało do zrozumienia, że panowie rzeczywiście chcieli wydać płytę, która najpełniej zobrazuje ich podwórko, a ono PO PROSTU takie jest. My Krazy Life to dowód na to, że zjawisko „globalnej wioski” może mieć masę korzyści w rozprzestrzenianiu się produktów, jednak przy tworzeniu ich lepiej korzystać z narzędzi, które mamy na wyciągnięcie ręki.
To samo tyczy się gości, którzy swoimi zwrotkami ubarwiają krążek. Nietrudno zauważyć, że wsparciem nowego głosu zachodu jest także Ty Dolla Sings, autor bardzo dobrej EPki „Beach House’’ sprzed kilku miesięcy. Satysfakcjonuje też obecność aż trzech członków ekipy TDE („I Just Wanna Party” to okrutny sztos!!!11). I chociaż ich dokonania zlokalizowałabym w trochę innym rejonie odbiorczym, cieszącym się aprobatą wśród „studenckiej braci”, to doceniam fakt „bycia lokalnym” w kolejnym elemencie tej płyty. Zestawienie Drake’a, jako jedynego gościa z górnej półki i Tory Laneza – młodziutkiego wokalisty i rapera, podobnie jak wyżej wymieniony reprezentującego Toronto to pierwszy tak doraźny dowód na to, że Tory być może kiedyś zastąpi swojego „przewodnika” na listach Billboardu…
O ile bycie wiernym swojej lokalnej tożsamości to zabieg, który nie został skrzętnie zaplanowany, o tyle sporym sprytem wykazali się producenci przy samej konstrukcji albumu. Spotykamy się tu z wyczynem odwrotnym do dominującego w ostatnich latach wydawania płyt w formie mixtape’ów. Płynność, zabawne skity, stosunkowo krótkie numery, a w szczególnym stopniu czas całej płyty – to wszystko, co bardziej kojarzy się z darmowym materiałem, niż pełnoprawnym long play’em . Na szczęście nie tyczy się to miksu, który został potraktowany z należytą rzetelnością.
Zwykle bardzo doceniam multikulturowość i niełatwe do rozpoznania przy pierwszym odsłuchu łączenie wpływów w muzyce. Naturalnym jest jednak, że pewne zjawiska osiągają stan przesytu i wtedy wracamy do korzeni, co zrobił YG przy „My Krazy Life” i dokonał rzeczy, która teraz wydaje się być najbardziej pożądana.
5+/6
nie uwierzycie