Od kilku dni w Sarajewie trwają demonstracje. W ubiegłym tygodniu protestujący przez kilkanaście godzin blokowali parlament Bośni i Hercegowiny, więziąc deputowanych i ich gości. Na dziś planowane są wiece w kilkunastu największych bośniackich miastach. Przeciwko czemu mieszkańcy BiH protestują? Przeciwko braku państwa.
Bośnia jest krajem trzech narodowości: muzułmańskich Bośniaków, prawosławnych Serbów i katolickich Chorwatów. Może pod tym względem trochę przypominać Belgię, ale w Belgii Flamandowie nie ostrzeliwali frankofońskich miast, a Frankofoni nie mordowali Flamandów. W Bośni było inaczej. W wojnie, która trwała w latach 1992-95 zginęło 90 tys. mieszkańców republiki, a połowa została zmuszona do opuszczenia swoich domów. Grupy etniczne BiH żyją w separacji, a ich przywódcy do dziś nakręcają nacjonalistyczne nastroje. Można powiedzieć, że Bośnia jako państwo istnieje tylko mocą determinacji społeczności międzynarodowej. Ale czy w istocie istnieje?
Na bośniackiej scenie politycznej nie ma praktycznie partii wielonarodowych - są serbskie, straszące Serbów muzułmanami, bośniackie - Bośniaków Serbami oraz chorwackie - tu różnie, ale głównie oferujące “ochronę” przed dominującymi Bośniakami. Trudno znaleźć coś, co połączyłoby wszystkie te grupy. Tym czynnikiem jednoczącym nie jest nawet samo państwo. Serbscy liderzy nieustannie deklarują, że Bośnia i Hercegowina jest tworem przejściowym, złem koniecznym, które co najwyżej należy tolerować, a w żadnym wypadku nie można się z nim utożsamiać.
Nie ma więc wspólnego święta narodowego. Dla Bośniaków i Chorwatów jest to rocznica ogłoszenia niepodległości w 1992 roku (Serbowie uznają tamtą decyzję za akt antyserbskiej agresji), dla Serbów - rocznica powstania bośniackiej Republiki Serbskiej (według Bośniaków - politycznego tworu zbudowanego na ludobójstwie). Tylko Bośniacy kibicują drużynom bośniackim. Serbowie kibicują Serbii, Chorwaci - Chorwacji. Nie ma ogólnokrajowego systemu szkolnictwa.
Aby w tym kraju skłóconych i odseparowanych społeczności utrzymać jako taki spokój, kończący wojnę Traktat z Dayton nadał Bośni bardzo skomplikowaną strukturę ustrojową. BiH jest federacją, składającą się z Republiki Serbskiej oraz bośniacko-chorwackiej Federacji Bośni i Hercegowiny. Ten drugi podmiot sam w sobie jest federacją, dzielącą się na dziesięć kantonów: pięć bośniackich, trzy chorwackie i dwa “mieszane”. Każdy z tych kantonów ma własny rząd.
Jest jeszcze dystrykt Brčko, który należy do obu podmiotów jednocześnie. Naturalnie odrębny rząd rezyduje w Republice Serbskiej, zaś w Sarajewie nad wszystkim “czuwa” rząd całej Bośni i Hercegowiny (jeśli jakimś cudem zostanie powołany). Czteromilionowy kraj z czternastoma rządami, to niemałe osiągnięcie :) Flagę Bośnia i Hercegowina ma tylko dzięki arbitralnej decyzji Wysokiego Przedstawiciela - urzędnika, który w imieniu społeczności międzynarodowej nadzoruje przestrzeganie Traktatu z Dayton.
Rozdział stanowisk odbywa się starannie według klucza narodowościowego. Prezydentem Republiki Serbskiej jest Serb, ale musi on mieć dwóch wiceprezydentów: Bośniaka i Chorwata. Podobnie jest w Federacji, z tym, że tam Serb jest wiceprezydentem. Sama Bośnia nie ma prezydenta (bo któż miałby nim być?), tylko trzyosobowe kolegium, składające się - co za niespodzianka - z Bośniaka, Serba i Chorwata. Panowie nie zawsze są zgodni, toteż podczas uroczystości państwowych serbski współprezydent z reguły gdzieś znika :) Choć niedawno to Chorwat zniknął, gdy bośniacka prezydencja spotykała się z prezydentem Serbii.
Taki system oczywiście nie może funkcjonować dobrze. Kuriozalnie skomplikowana struktura sprzyja nadużyciom - BiH jest chyba najbardziej skorumpowanym krajem w Europie (w kwietniu pod zarzutem “sprzedawania amnestii” został aresztowany Živko Budimir, prezydent Federacji BiH)
Na porządku dziennym jest paraliż decyzyjny o coraz bardziej przygnębiających skutkach. Kilka miesięcy temu, po 124 latach, zostało zamknięte Muzeum Narodowe w Sarajewie. Przetrwało kilka wojen, ale padło pod ciężarem sporu o to, która społeczność Bośni ma je finansować.
W przyszłym miesiącu Chorwacja zostanie członkiem Unii Europejskiej, co oznacza poważne problemy dla bośniackich eksporterów żywności do tego kraju. UE wymaga bowiem certyfikatów jakości, tymczasem partie w Bośni nie dogadały się co do tego, czy ma je wydwać rząd centralny (tak chcą Bośniacy), czy władze Federacji i Republiki Serbskiej (tego domagają się Serbowie). Zatem nikt nie będzie wydawał - farmerzy muszą poszukać dla siebie nowych rynków.
Coraz lepiej widać jak bardzo etniczny klincz utrudnia mieszkańcom kraju zwyczajne życie. Z jednej strony prowadzi do do postaw apatycznych (“niech Europa rozwiąże ten problem”) i eskapistycznych (ponad 80% młodych mieszkańców BiH myśli o emigracji), z drugiej... Od kilku lat nad światem unosi się duch ulicznego protestu. Właśnie dotarł do Bośni.
W lutym sąd konstytucyjny unieważnił z przyczyn formalnych ustawę, na podstawie której obywatele BiH otrzymują bośniackie pesele (JMBG). Ponieważ taki numer jest niezbędny, aby dostać dowód osobisty, paszport czy kartę ubezpieczeniową, wystąpienie o nadanie JMBG jest jedną z pierwszych urzędowych formalności dokonywanych przez rodziców nowo urodzonego dziecka.
Konieczna jest nowelizacja ustawy, ale zamiast jej szybkiego uchwalenia, partie BiH zaczęły po raz kolejny odgrywać swoją operetkę. - Część numeru musi określać przynależność do entity (Republika Serbska albo Federacja BiH) - mówią politycy serbscy. - Żadnych odwołań do entities, jesteśmy jednym państwem - odpowiadają im bośniaccy. No to nie ma nic.
Pech chciał, że tydzień temu jedno z dzieci wymagało przeszczepu szpiku kostnego w niemieckim szpitalu. Ale do tego potrzebny jest paszport. Paszportu nie ma, bo nie ma JMBG, więc urzędnicy tylko rozkładają ręce. Dla niektórych mieszkańców Bośni tego było już za wiele. W czwartek zebrali się przed parlamentem w Sarajewie. Część z nich przyszła z dziećmi.
Protesty są interesujące z kilku powodów. Po pierwsze, mają charakter ponadetniczny. W akcji brali udział nie tylko Bośniacy czy Chorwaci, ale również Serbowie - przyjechali ze Wschodniego Sarajewa, a nawet oddalonej o kilka godzin jazdy Banja Luki.
Po drugie, stopień zaniepokojenia politycznych liderów wskazuje, że sprawa nie jest banalna. Co ciekawe, na protestujących oburzają się politycy, którzy tradycyjnie walczą ze sobą. Bośniacki członek prezydium BiH stwierdził, że demonstracje zagrażają reputacji kraju (jakby to w ogóle jeszcze było możliwe), zaś przestawiciele władz Republiki Serbskiej zasugerowali, że w tej sytuacji Sarajewo to dzikie miasto, w którym nie czują się bezpiecznie, a zatem należy “rozważyć nowy model relacji” Republiki Serbskiej z władzami BiH (każdą taką dyplomatyczną frazę należy rozumieć tak samo: odłaczymy się od Bośni).
Reakcja polityków przywołuje skojarzenie z sarajewskimi wydarzeniami z kwietnia 1992 roku. Gdy wojna już wisiała na włosku, w stolicy Bośni odbyła się stutysięczna antynacjonalistyczna demonstracja (nawet mniej więcej w tym samym miejscu, co teraz). Jej uczestnicy domagali się nowych wyborów i odrzucenia partii etnicznych. Udało im się nawet na krótko wejść do parlamentu i powołać jakiś komitet ocalenia.
Przerażeni byli zarówno Alija Izetbegović, jak i Radovan Karadzić. Niestety na krótko. Z sąsiedniego budynku padły strzały, demonstracja rozproszyła się, a Izetbegović i Karadzić spokojnie wrócili do swoich politycznych gierek, których skutkiem był największy rozlew krwi w Europie od czasów II wojny światowej.
Dziś czasy są inne, ulica może więcej. Wyobrażam sobie, że za 20 lat mieszkańcy BiH będą mieli swoje wspólne święto. Nie będzie to rocznica powołania takiej czy innej struktury z lat 90., ani nawet podpisania porozumienia kończącego wojnę. Ale data związana z demonstracjami z 2013 roku, kiedy narodził się nowoczesny polityczny naród bośniacki i zaczął wyzwalać swój kraj z rządów skorumpowanych i nacjonalistycznych polityków. Pewnie idę o parę kroków za daleko, ale kto wie :)