
祝日 / Permanent Vacation
Not today Justin

No title available

blake kathryn
he wasn't even looking at me and he found me
Xuebing Du
occasionally subtle

★
trying on a metaphor
Cosimo Galluzzi

izzy's playlists!

⁂
Sade Olutola
almost home

@theartofmadeline
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
h
Peter Solarz
No title available

shark vs the universe

seen from France

seen from Switzerland

seen from Indonesia
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Canada
seen from Netherlands

seen from Netherlands
seen from Germany
seen from United States
seen from Malaysia

seen from T1
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from Malaysia

seen from Malaysia

seen from Spain
seen from Greece
@miteuh
Jako najlepszy bloger in da juniwers, winen jestem moim wszystkich trzem czytelnikom tłuste podsumowanie roku. Starałem się uniknąć pisania tego, jak i pisania czegokolwiek w styczniu, jednak męczy mnie kolejny wrzucony na fejsie post z podsumowaniem 2k12, gdzie przewija się identyczne top 3/5/10/70 płyt, artystów, debiutów, etc. Nie widzę sensu wybierania top listy [wut?] płyt, bo co to jest za prestiż mieć 8 albo 9 miejsce w kraju, gdzie dobrych płyt rocznie wychodzi maksymalnie 6, a artyści raperzy od kilku sezonów, to przeważnie te same twarze.
Będzie krótko i zwięźle, tak jak powinno być. Płyta roku to moim zdaniem: "Silny jak nigdy wkurwiony jak zwykle" Mielona, który pomimo kilku krzywych akcji rodem z (tfu!) ślizgu, pokazał, że jest w formie i przede wszystkim - przedstawił jak powinien wyglądać rap w Polsce. Brudny, przepleciony emocjami i doświadczeniami chłopaka z osiedla, który swoje już wychlał, sra na blichtr i jest silnie związany z najbliższymi mu ludźmi. Takiej płyty oczekiwałem i taki rap głównie chciałbym słyszeć w Cebulandii. Jasne, Bisz nagrał fajną płytę, ale co mnie obchodzi, że napierdala syf na kartki jak Pollock - ja napierdalam sos na kanapki jak w rollo, ale niekoniecznie musi Cię to obchodzić. Nie jaram się wyszukanymi metaforami, oddwołaniami do drugoligowych macedońskich malarzy i doszukiwania się sensu w astrologicznym układzie planet, jak wykorzystują to dzisiaj ci, których uznano za najlepszych w tym roku. Gruby nagrał płytę autentyczną, bez zabiegów/eksperymentów z flow, techniką, za to z warstwą liryczną zostawiającą scenę w tyle. Poczynił bardzo dobry ruch dając na pierwszy singiel kosmiczną petardę, a prawdziwą perełkę i jeden z najlepszych numerów jakie dane było mi usłyszeć w minionym roku, zanumerował wymowną dyszką, która zdecydowanie lideruje kolektywnym teamem jakim jest zbiór kawałków wrzuconych na album przez Grubego i Returnersów. Jeśli wers: "dbaj o bliskich, trzymaj ich wciąż za dłonie, matkę pociesz dobrym słowem, a z braciakiem sklejaj pionę" Cię nie rusza, to wróć lepiej do słuchania Buczera. Kończąc na szybkości: Mielzky płyta roku, Zeus i Bisz spoko, warto ich odnotować, Medium na fali ucieczki gimb/licbusów na ideologiczną prawą stronę, wydaje jakieś populistyczne pierdy, które (mimo całkiem fajnego poziomu produkcji/bitów/flow) przez właśnie taki zabieg lądują tam, gdzie ich przeznaczenie #recyclebin.
Raperzyna roku - Beeres. Głównie dlatego, że swoją epką pozamiatał mnie osobiście i w moim odczuciu jest to najlepsza epka w tym roku w kraju (celowo nie stawiam jej na równi z LP). Jeśli jeszcze nie sprawdziłeś - sprawdź, to jest prawdziwy kocur, nie jakieś Radio Sidney, czy inne Birki. Zapal sobie szluga, zaparz kawę/herbatę i posłuchaj na słuchawkach utworu, który w moim odczuciu miażdży ten rok.
Dodatkowo wyciek trzech kawałków Smarka, Singiel roku czyli Rasmentalism - Drogowskazy, a zagranico Macklemore i Kendrick z lekką przewagą tego drugiego, Machine Gun Kelly ze świetnym "Lace Up" i naprawdę mocarne wydawnictwo Kid Inka, które było moją płytą roku w USA (lubię świeżość #sofreshsoclean). Coś tam pobąkiwał Meek Mill i Schoolboy, a płytka Asapa doszła przed czasem. W 2K13 czekam na nowego Yonasa. Napisałbym więcej, ale mi się nie chce. Nawet fajny muzycznie rok.
JUTRO COS NAPISZE
WIERZE
RO-ZJE-BA-LI
Projekt Ganges - kolektyw, który (IMO) wydał najlepszy album długogrający w 2011 powraca, by dzień przed końcem roku rozjebać doszczętnie. Rapową Hiroszimę zlokalizujecie tutaj. Jeśli nadal nie wiesz, kim są Paweł Wu i Wergawer, to wypierdol "Radio Pezet" i nowy Pokahontaz z playlisty i wbijaj po płytę "Kontrasty" wydaną w 2011. Natali z Popkillera gdzieś tam zamieścił linki. Polecam, bo tak. Płyta niemalże bez słabych momentów, mocna produkcyjnie, poglądowo koncepcyjna, świetnie zarapowana na podwójnych, z dobrymi cutami. Obowiązkowa pozycja każdego truskula. Jedynie zwrotka Bonsona odstaje, więc jeśli uważasz, że Bonson zamknął grę w 2k11, to zdecydowanie przesłuchaj "Kontrasty". Zwątpisz. Ja do dzisiaj żałuję, że zapomniałem o preorderze, a płytki teraz latają po allegro za 9 dyszek. To chyba najlepszy wyznacznik podziemnego klasyka #smark
Beka, jestem w stanie zrozumieć turboundergroundowego rapera-przygłupa z trzyliterowym skrótem po regionalnej ksywce, który nie ma sosu na opłatę studia i przycina w chuja z nagrywkami, to naprawdę ujdzie. Ale nie zrozumiem zachowań trzydziestoletniego faceta z własną firmą i potężnym managmentem/pijarem (NEW ZENITH PROMOTIONS - POZDRO, NAGRAMY COŚ WIERZE), nie ma hajsu na wachę. No kurwa, który MUSI nagrać płytę, bo "Kto wrócił na osiedle" nie ma hajsu na jedzenie, jest zbyt najebany by napisać tekst, de facto, których proces tworzenia trwa (COOO) kilka dobrych miesięcy, goddamn, najsłabiej Chudy.
Niewątpliwie Sidney mógł pewne fakty wyolbrzymić, ale sam zarys ich współpracy przedstawiony w 50-minutowej audycji rzutuje na charakter tej relacji.
Pezet, Twoje sprostowanie nic nie zmienia, a nawet w pewnym stopniu Cię ogrąża. Masz 32 lata. Człowieniu, ogaaarnij się. #jałjoł
South Blunt System - "Była Chłodna" to największe ścierwo od czasu dachów z azbestu.
Wydawało mi się, że brak czegokolwiek od Jimsona, wysyp albumów od bezpłciowych artystów i brak tak naprawdę płyty-rozpierdalatora to najgorsze co może spotkać naszą ziemniaczaną scenę. Myliłem się. W 3 dni gimbus ze stepu (sztuka dla sztuki) zgarnia niemal milion wyświetleń pod klipem zrealizowanym przez zaprzyjaźnioną ekipę lokalnych filmowców, których życiowym osiągnięciem jest ściągnięcie z torrentów sony vegas pro. Ale, awruk, nie o tym. Damn, to o czym rapuje ten chłopaczyna też niech zejdzie na plan dalszy, bo ckliwe historie pod tępych gimnazjalistów, spuszczających się nad mistycznym "PRZEKAZEM", już dawno przestały mnie wkurwiać i teraz wzbudzić mogą jedynie uśmiech politowania. Rzecz w tym JAK to rapuje i JAKI poklask w internecie wzbudziło zuploadowanie tego w sieć. Klip został wrzucony 23 grudnia, co dla każdego ogarniętego* słuchacza rapu jest nie tyle co świątecznym policzkiem, ale wejściem do domu ekipy ze Stepu i strzeleniem rzadkiego keksa pod choinką. Przesłuchałem ten kawałek RAZ. Nie do końca. Wytrzymałem do drugiej minuty, co uznaję za całkiem spore osiągnięcie. Dzieciak nie ma warsztatu, pomysłu na siebie, charyzmy, emocji w tekstach (!), jego akcentowanie zwrotek jest gorsze niż pierwsze dyskoteki w podstawówce, a cała otoczka jaką próbuje stworzyć wokół siebie jest jak fetor rozjebanej rury kanalizacyjnej w biednej dzielnicy. Szkoda mi literek na ocenianie tego przygłupa, Step kreuje go na Freshmana (BEKA), co już w ogóle jest smutnym żartem, zresztą każdy kawałek tego beztalencia w przyszłości będzie tylko smutnym żartem. Prawdziwym skopaniem jaj garstce ogarniętych* słuchaczy, jest ilość wyświetleń tego ścierwa. Milion. Bania. 3 dni. Jestem w lekkim szoku. Wiem, że w Polsce słuchacze rapu mają gówno w uszach (dosłownie i w przenośni), ale nie zdawałem sobie sprawy z ogromu skali tego zjawiska. Nie wiem co trzeba zrobić w tym kraju, myślałem, że Bisz/Medium/Zeus swoimi chcąc-nie-chcąc mainstreamowymi wydawnictwami spowodują pewną polaryzację odbiorców, ci, dla których jest jeszcze szansa dołączą do sztywnej grupy ludzi z mózgiem, którzy oczekują od rapera rozwoju, podnoszenia skillsów, hashtagów, ciekawych, celnych linijek przesiąkniętych emocjami (#GEDZ); reszta może wypierdalać do grupy oczekującej na przekaz (przekaz aka 30-letni mentalny gimbus mówi Ci co jest najsys a co łorst). Będzie tego. Pierdole podsumowanie tak samo jak twórczość powodu tego wpisu. South Blunt System, życzę Ci scenicznej śpiączki, nawijaj szanty, tylko tak, żeby nikt tego nie słyszał. Propsowałbym milion wyświetleń, gdyby nie to (#HUCZU), że nabiła Ci je zgrana-zgraja pustych dzieciaków.
*ogarnięty słuchacz - znasz Laika/Wankeja/Smarka a Jimson #KRÓL
TERA BEDZIE KURWA CUD
JA WAM POKAZE JAK SIE ROBI #FEJM
Dom czarodzieja
Wysłano z telefonu Nokia
PRL > wikipedia
Wysłano z telefonu Nokia
Kubek z tych najlepszych.
Wysłano z telefonu Nokia
Dakfejs klasyg dzieciak.
Wysłano z telefonu Nokia
Polska scena szerokopojętej muzyki instrumentalnej od dawna dogorywa. Nie oszukujmy się, ostatnia naprawdę świetna płyta wyszła w 2008 roku i były to "Pewne Sekwencje" Noona. Od tamtej pory wychodziły płyty dobre, ale nie genialne.
Zmieniło się to, gdy natrafiłem na wydawnictwo "export label", które wspiera wykonawców tworzących muzykę nurtu trip-hop, ambient, nu-jazz, chill czy downtempo. To cieszy, bo powstaje coś na kształt Pretty Lights Music - grupy muzyków zrzeszającej wykonawców owych gatunków w USA.
I właśnie pod szyldem export label wyszła wczoraj płyta krakowskiego artysty znanego wcześniej jako Enbe, a obecnie jako Danny Bow, pod tytułem "Unspeakable". Jako, że Danny'ego kojarzyłem z wcześniejszych kompilacji export label (Break Asymmetry, polecam!) oraz z jego starszego albumu "Frozen Memories", podszedłem entuzjastycznie do nowego albumu. Oczekiwania pozostały dość spore przez ostatni niedosyt spowodowany brakiem mocnych pozycji na polskiej scenie muzyki instrumentalnej. Nie zawiodłem się.
Płyta jest spójna. To jest to, co zwykle jest katem produkcji instrumentalnych, nie tylko w Polsce. Wiele mówi się o różnorodności produkcji, nierzadko tłumacząc dziwactwo albumów. Błąd. Moim zdaniem różnorodność nie wyklucza spójności, która dla mnie, jako słuchacza, jest spoiwem solidnej, muzycznej konstrukcji, a tego w końcu oczekuję podłączając słuchawki.
Płyta wita nas krótkim, aczkolwiek wymownym intro, wypowiedź na początku idealnie obrazuje stosunek Danny'ego Bowa do muzyki, procesu tworzenia. Następnie krakowski producent wprowadza nas w nastrój płyty klimatycznym utworem "Image" (mocna pozycja!). Utwór trzeci to sensualne "Only got one", które było pierwszym singlem z płyty i nadal jest jedną z najmocniejszych pozycji na tej produkcji. Przez melancholijne "Inaction" wędrujemy do "Fear", które ze strachem w mojej opinii ma niewiele wspólnego, chociaż słychać specyficzne napięcie w padach współgrających z werblami. I tu dochodzimy (a ja dochodzę po) kawałka "Behind". Jeden z najlepszych utworów, jakie słyszałem od dawna. Naprawdę. Najmocniejsza moim zdaniem pozycja na płycie. Takie utwory zasługują by być wyniesione na piedestał. Klasa światowa! "God sin" było dobrym wyborem na singla, kolejny genialny utwór. Utwór ósmy jest muzyczną hybrydą i ciekawostką zarazem. Otóż mamy tutaj zagrany przez Danny'ego znany motyw z "Money for nothing" Dire Straits, połączony z klawiszami, delikatną linią perkusyjną i bez dysonansu złożonym w całość pod tytułem "Afternoon". Następnie poprzez refleksyjne "Far away" i "Other Way" z energicznym "Mirror" pomiędzy nimi, przez nieco minimalistyczne "Fun" i ciężkie "Seven town" lądujemy w genialnym "Post scriptum for...". Kawałek przypomniał mi klasyczne bity Noona z czasów "Gier studyjnych" czy "Bleak Output". Bardzo dobra produkcja. Numer 15 pod tytułem "You" totalnie mnie oczarował. Nieziemska produkcja. Trudno nawet opisać moje odczucia związane z tym utworem, trzeba go po prostu przesłuchać. Przedostatnie na płycie "Sadeness" bardzi kojarzy mi się z produkcjami Holdcuta. Utwór smutny, dający do myślenia, zagrany perfekcyjnie, szkoda, że trwa tylko niecałe dwie minuty. Płytę kończy mocny, elektroniczny akcent pod tytułem "End", bardzo przypominający mi produkcje Cliffa Martineza. Dobrze wyselekcjowane sample na zakończenie albumu.
"Unspeakable" dostaje u mnie 10. Naprawdę. Płyta jest zaskakująca, olśniewająca wręcz (łatwiej byłoby powiedzieć "brilliant"). Mam nadzieję, że pojawi się wydanie CD, bo to pozycja obowiązkowa na półce dla fanów gatunku. Danny Bow zabiera nas do muzycznego Edenu, łechtając idealnie dobranymi dźwiękami i przy okazji wysoko podnosi poprzeczkę polskim producentom. Polecam.
http://exportlabel.blogspot.com/
Wracasz do domu po milym wieczorze, a tu mozg rozjebany razem z drzwiami.
I tak ma zostac!
Moj przyjaciel umiera. Kompan kazdego picia, pomijajac kluby i niektore domowki. 1,5 roku ze mna, laczna wartosc alkoholu przeniesiona w niej rowna jest budzetowi sredniego afrykanskiego panstwa. Moi drodzy - torba zulowka mnie opuszcza. Moglem w niej pomiescic wiele butelek, rekord oscyluje w granicach 20 w przypadku piw i 48 w przypadku gotowych drinkow (brazery, izzy). Postanowilem wiec kupic cos nowego. I tu zaczyna sie wlasciwa frustracja. Otoz okazuje sie, ze niemal we wszystkich sklepach, kurwa jebana ich mac,oferuja scierwo. Albo dojebia swoje wieeelkie gimbologo naprzodzie, albo torba ma za krotki pasek, ewentualnie jest za mala. Beka z nich. H&M i tak jest najgorszy, zniewiesciale lewackie gadzety, lul. JUtro znajde cos, co godnie zastapi zulowke, wierze.