Fai_Ryy
No title available

@theartofmadeline
almost home
Color Me Curious

Jar Jar Binks Fan Club

shark vs the universe
Monterey Bay Aquarium
The Stonewall Inn
tumblr dot com

#extradirty
EXPECTATIONS
NASA
★
I'd rather be in outer space 🛸

PR's Tumblrdome

Discoholic 🪩

if i look back, i am lost

ellievsbear
Lint Roller? I Barely Know Her

seen from United States

seen from Singapore

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Brazil

seen from Malaysia

seen from Malaysia

seen from Japan
seen from United Kingdom

seen from Philippines
seen from Canada

seen from Vietnam
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Singapore
seen from Ecuador
seen from United States
seen from Philippines
@mitgalicji-blog
List do Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I
List do Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I Najjaśniejszy Panie! Jak powszechnie wiadomo, niemal sto lat temu na terenie Galicyji toczyły się straszliwe walki pomiędzy c. i k. wojskami Austro-Węgier oraz wojskami carskiej Rossyji. Do początku maja 1915 r. wojska carskie okupowaly prawie cale Królestwo Galicyji. Po ofensywie sprzymierzonych wojsk Państw Centralnych pod Gorlicami w maju 1915 r., front wojennych zmagań przesunął się daleko na wschód i tamże zastygł niemal do 1918 r. W ciągu 1915 i 1916 r. wzniesiono w Galicyji ogromna ilość cmentarzy wojennych, które kryją doczesne szczątki żołnierzy poległych w zażartych bitwach toczonych w 1914 i 1915 r. Niedaleko od każdego cmentarza wojennego (wojskowego) znajduje się charakterystyczna ośmiokątną cementowa tablica osadzona na żelazobetonowym slupie. Napisy na tablicy są dwujęzyczne: w języku niemieckim - Kriegerfriedhof No. XX, Zugang oraz niżej w języku polskim - cmentarz wojskowy Nr XX, droga. Po roku 1918 i odzyskaniu niepodległości przez II Rzeczpospolita, napisy w języku niemieckim na wspomnianych tablicach-drogowskazach zostały w wielu miejscowościach dawnej Galicji zamazane za pomocą cementu i stały się prawie niewidoczne. Był to niemal naturalny odruch odrzucenia urzędowego języka niemieckiego w Galicji przez młoda i odrodzona państwowość polska. Był to również symbol powrotu państwowości polskiej na tereny dawnej Galicji. Czy obecnie, po stu niemal latach od odzyskania niepodległości przez II Rzeczpospolita i za "panowania" III RP, nie nadeszła pora aby stuletnie tablice-drogowskazy przy galicyjskich cmentarzach wojennych (wojskowych) odzyskały pierwotny wygląd? Fakt, ze nazwa "Kriegerfriedhof" będzie się znajdować na pierwszym miejscu na tych tablicach może tylko przyczynić się do podtrzymania historycznych skojarzeń z Królestwem Galicyji. Być może kompetencje lokalnych władz wojewódzkich wystarcza do podjęcia decyzji o odtworzeniu historycznych nazw w języku niemieckim: "Kriegerfriedhof" i "Zugang". Z technicznego punktu widzenia, Najjaśniejszy Panie, wystarczy tylko wydrapać ostrym narzędziem cement z niemieckich liter...
autor J.S.S.
Adres dziękczynny
Motto:"BOZE CHROŃ, BOZE WSPIERAJ CESARZA I NASZ KRAJ (GALICYJE)... Dziękczynny adres skierowany do Jego Cesarskiej i Apostolskiej Mości Cesarza Austro-Wegier Franciszka Józefa I Najjaśniejszy Panie, Niniejszym chciałbym podziękować Waszej Cesarskiej Mości za to, iz w Roku Pańskim tysięcznym osiemsetnym sześćdziesiątym ósmym (1868) Wasza cesarska Mość wyraziła swą wole i zgodę na założenie w prowincyonalnym mieście JAŚLE, u zbiegu rzeki Wisłoki, Ropy i Jasiołki położonym, jako też znajdującym się pod Waszym berłem w Królestwie Galicyi i Lodomeryi, cesarskiej szkoły średniej - czyli gimnazyjum zwanym. Jestem absolwentem tej świetnej uczelni prowincyonalnej z roku 1964. Już za kilka lat ta wspaniała jasielska szkoła gimnazyalna obchodzić będzie jubileusz 150-lecia wydania patentu założycieskiego przez Waszą Cesarską Mość. Przez 150 lat działalności jasielskiego, cesarskiego gimnazyjum, niezmierzona liczba światłych obywateli kształciła się w murach tej prowincyonalnej uczelni. Niestety, w roku 1944 gmach Jasielskiego gimnazyjum, wzniesiony za panowania Waszej Cesarskiej Mości, został całkowicie zniszczony i wysadzony w powietrze przez teutońskich najeźdźców. Absolwenci jasielskiego gimnazyjum przyczynili się swoją pracą i walką do odzyskania niepodległości II i III Rzeczypospolitej. Chciałbym jeszcze dodać, ze moi św. pamięci rodzice, a to Franciszek (ur. 1902 r.) i Waleria (ur. 1908 r.) przyszli na świat w powiecie jasielskim Królestwa Galicyi i Lodomeryi jako poddani Waszej Cesarskiej Mości. Uczęszczali oni do czteroklasowej szkoły ludowej we wsi Harklowa koło miasta Biecza położonej. Na początku każdego dnia zajęć szkolnych i przed rozpoczęciem lekcyji śpiewali oni razem z nauczycielem wspomniany w motto Hymn: "Boże chroń, Boże wspieraj Cesarza i nasz Kraj (Galicyje)... Jak to już dawniej wyrazili szlachetnie urodzeni i wybitni obywatele Królestwa Galicyji i Lodomeryji tak i my teraz gorąco powtarzamy: NAJJAŚNIEJSZY PANIE! PRZY TOBIE STOIMY I STAĆ CHCEMY! autor: J.J.S.
NAJJAŚNIEJSZY PANIE - CZY NADSZEDŁ JUŻ CZAS ?
Czy nadszedł już czas, aby portretz 1863 r. Jego Cesarskiej i Apostolskiej Mości - Franciszka Jozefa I -znalazł się ... w auli CollegiumNovum sławnego Uniwersytetu Jagiellońskiegopośród portretów innych dobroczyńców Krakowskiego Uniwersytetu ? Z okazji 90-lecia odzyskania niepodległości przez Rzeczypospolitą Polską w 1918 r., w październiku 2008 r. w Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego uczelnia zorganizowała bardzo ciekawa wystawę. Jednym z niezwykłych i rzadko oglądanych zapewne eksponatów był portret naturalnej wielkości cesarza Austrii Franciszka Jozefa I (jeszcze nie Austro-Węgier!) w stroju koronacyjnym. Portret ten podarował cesarz Krakowskiemu Uniwersytetowi (Kaiserliche Universitaet Krakau) z okazji 500-lecia założenia, które przypadło w 1864 r. Smutny był to rok, "konało" wtedy Powstanie Styczniowe a w Galicyi ogłoszono stan oblężenia... Był to również szesnasty rok panowania Franciszka Jozefa I. Prawdopodobnie portret ten nie został przekazany dla "Universitaet Krakau" w czasie jubileuszu 500-lecia z powodu pewnych zawiłych spraw polityczno-proceduralnych. Od pewnego czasu przebywając w auli Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego z okazji rożnych uroczystości i sympozjów, spoglądałem na portrety króla Kazimierza Wielkiego, króla Jadwigi Andegaweńskiej oraz króla Władysława Jagiełły. Portrety tych władców I Rzeczypospolitej znajdują sie na honorowym miejscu, nad fotelem JM Rektora Uniwersytetu. W auli Collegium Novum znajdują sie również portrety najsławniejszych studentów Alamae Matris - św. Jana Pawła II i Mikołaja Kopernika. Z biegiem czasu zaczęła u mnie kiełkować myśl, czy aby nie brakuje w tym gronie portretu Najjaśniejszego Pana - cesarza Franciszka Jozefa I? Wielokrotnie w myślach wykrzykiwałem: apage satanas !!! (precz szatanie !!!). Cóż za "dyabyelskie" podszepty, przecież ten cysorz to kontynuator tradycji rozbiorowych trzech czarnych orłów! Może i był benefaktorem dla szlachetnie urodzonych obywateli Królestwa Galicyi i Lodomeryi ale też był ciemiężycielem prostego galicyjskiego ludu! Ten biedny lud z ironią nazywał to Królestwo Cysorza Franciszka "Golicyja i Glodomeryja"... Jednakże wykiełkowana myśl nie dawała autorowi spokoju. W tym skromnym eseju skierowanym do Jego Cesarskiej Mości, z poduszczenia "Dziennika Polskiego" i organizatorów prześwietnej wystawy zatytułowanej "Mit Galicyi", znajduje się sugestia, która do tej pory nigdy się nie pojawiła w czasie 26-letniej historii istnienia III Rzeczypospolitej. "Czy nadszedł już czas - Najjaśniejszy Panie - aby portret Waszej Cesarskiej i Apostolskiej Mości znalazł się do Roku Pańskiego 2018 w auli Collegium Novum Krakowskiego Uniwersytetu?" Zdaję sobie sprawę, że koncepcja przedstawiona w niniejszym eseju może się spotkać ze straszliwymi atakami ze strony przeciwników upamiętnienia cesarza Franciszka Jozefa I w Uniwersytecie Jagiellońskim. Jestem przygotowany na odparcie zarzutów zarówno ze strony pt. obywateli Stołecznego- Królewskiego Miasta Krakowa, jak też obywateli III Rzeczypospolitej. Dołączam zatem kilka słów uzasadnienia przedstawionej koncepcyi. Najjaśniejszy Pan panował w latach 1848 - 1916. W pierwszej połowie XIX w. "Universitaet Krakau" jakimś cudownym zrządzeniem losu uniknął rozwiązania i całkowitej likwidacji - stąd ciągłość jego działalności w przeciągu aż 651 lat! W latach panowania cesarza Franciszka Jozefa I (1848 - 1916) krakowski uniwersytet przeżywał drugi od średniowiecza okres wspaniałego rozkwitu i świetności. Krakowski Uniwersytet w istotny sposób wpływał na podniesienie świadomości narodowej Polaków znajdujących się pod panowaniem "trzech czarnych orłów" przez 123 lata. Po dwudziestu sześciu latach istnienia Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej (1989 - 2015) wydaje się, że rozbiorowe 123 lata I Rzeczypospolitej to tylko niewielki lecz tragiczny epizod w 1049-letniej historii Państwa Polskiego. Można zatem spojrzeć na cesarza Franciszka Józefa I jako na dobroczyńcę a nie ciemiężcę narodu polskiego. Tego narodu złożonego ze szlachetnie urodzonych jak też w 90% złożonego z prostego ludu chłopskiego. Przeniesienie portretu cesarza Franciszka Józefa I w stroju koronacyjnym do auli Collegium Novum UJ, na przykład w jubileuszowym roku 2018 byłoby dowodem na to, iż Polacy w III Rzeczypospolitej pokonali traumę rozbiorów I Rzeczypospolitej w XVIII. Byłby to też dowód na to, ze Polacy na początku XXI wieku nie obawiają się demonów z przeszłości. Oby tak się stało! autor: J.J.S.
#galicjaszczesliwa
Ściana dudnęła po zderzeniu zkomórką. Kawałki telefonu rozsypały się po podłodze. Przez chwilę łaziłem w kółko przez pokój. Koniec z tym! Zarzuciłem palto, owinąłem się szalem. Wyszedłem na podwórze, żegnając domostwo trzaskiem drzwi.
Ja już im pokażę. Ciemiężycielom jednostek, pasibrzuchom przebrzydłym, dudki liczącym bufonom. Gołębie rozlatywały się w panice, gdy stąpałem w burzy gniewu przez planty. Minąłem urząd podatkowy, kierując kroki w stronę miejsca, w którym zamierzałem dać upust mojej frustracji. Powiem im, co myślę, popamiętają mnie.
Pchnąłem wrota przybytku i bez pardonu zawołałem już w wejściu:
-Zosiu, nalej mi, z łaski swojej, Holbę jasną, może być z kegi.
Barmanka w barze Felix Austria otaksowała mnie baczenie. Po chwili jej wzrok zelżał po rozpoznaniu stałego klienta. Zajęła się flegmatycznym przelewaniem trunku do kufla.
- Ciężki dzionek…? – zagaiła, gdy rozdziewałem się z nadmiaru ciepłych ubrań.
-Ano – rozejrzałem się po barze. Stoliki ziały pustką, jeżeli nie liczyć jakiegoś dziadęgi w rogu kontemplującego prawie pustą filiżankę z chyba herbatą.
Barmanka, jakby zadowolona, że nie okazałem się zbyt rozmowny, wróciła do przeglądania zdjęć szczeniaczków na laptopie skrytym pod ladą. Przedwcześnie. Pociągnąłem łyk i zacząłem pluć słowami:
- Kiedyś jeszcze mieli czelność wysyłać złe nowiny po ludzku papierem do rąk własnych, spojrzeć w oczy mogło się listonoszowi, w ramach protestu rachunki zjeść ostentacyjnie przy nim, potargać chociaż. Wiem, że nie on mi je zesłał, ale przynajmniej jaka satysfakcja była, że ktoś zobaczył, zrozumiał, zareagował. Dawniej jeszcze istniała ludzka serdeczność… Poczucie braterstwa.
Pociągnąłem łyk z kufla. Dłuższy.
- A teraz? Abonament wyższy, bo chciałem mieć kilka dodatkowych giga na Internet, Internet też droższy, bo miał być szybszy, ledwie spłacę gaz, już prąd się przypomina, że zalegam dwa miesiące, śmieci drożej, bo paliwo drożej, paliwo wiadomo, przez drogą wodę, bo z czego? No i jeszcze czynsz, droższy, bo tak.
Kolejny łyk sięgnął dna.
- I żeby od tego uciec można? Gdzie tam. Zostawisz im numer, już jesteś naznaczony. Smsy z rachunkami wysyłają, maile! Nawet Twittera boję się sprawdzać, bo nuż wtłitują mi tam wysokość odsetek. Tak mnie to oburzyło, że walnąłem smartfonem w diabły – dopiero teraz naszła mnie refleksja, o niskiej rozwadze mojego czynu. A nic to, za dwa tygodnie odnawiam umowę, może wezmę z większym wyświetlaczem – Jak tu żyć? W tym państwie? W tym mieście?
- Myślę, że mogę na to zaradzić, synu.
To dziadyga, co w kącie siedział, przemówił do mnie. Przyjrzałem się mu. Czacha łysa, bokobrody siwe na twarzy, z ubioru schludny, na palcu sygnet mu błyszczy. Jednym słowem – podstarzały aktor. Zdawało się, że już go gdzieś widziałem. Pewnie w teatrze. Już tam nie chadzam, bilety podrożały.
- Posłuchaj, opowiem ci historię, która może pomóc na twe troski.
W sumie, co miałem lepszego do roboty. Zamówiłem kolejną Holbę. Dziadek też.
- Onegdaj siedział w swym pałacu najjaśniejszy cesarz i król Franciszek Józef I, a cesarstwo i królestwo jego dobrze prosperowało i lud szczęśliwy wysławiał jego imię od Budapesztu, Wiednia i Sarajewa przez góry do morza. Mimo to trapiło władcę coś nieustannie, przygnębiona mina nie opuszczała mu twarzy. Zamartwiali się dworzanie i cesarska małżonka, frapując się o zdrowie władcy, w obawie czy nadmiar trosk nie przygniecie go swą wagą. Przeto obwieścili, że kto najjaśniejszego cysorza rozweselić potrafił będzie, temu przypadną zaszczyty i wdzięczność całego C.K. świetnego. Przybyli tedy zewsząd kuglarze, cyrkowcy i zabawiacze wszelkiej maści. Na nic jednak się zdały ich wysiłki, oglądając ich wyczyny cesarz popadał w coraz większą apatię, przygarbił się, jakby sama kostucha niewidzialnymi paluchami przyciskała go do ziemi.
Razu pewnego w pałacu pojawił się dziwny przybysz, o twarzy niczym Tatarzyn, lecz stroju orientalnego, cały w kolorach. Wybłagał audiencję w cztery oczy z cesarzem, na co zgodziła się, czepiająca się każdej, najmniejszej nawet nadziei, małżonka.
Gdy pojawił się przed Franciszkiem, ukłonił mu się w pas i rzekł tak:
- Najaśniejszy Cysorzu Franciszku Józefie I, słońcu swego ludu, wyzwolicielu uciśnionych, władco mądry i sprawiedliwy. Wiem, co jest przyczyną twej troski, a co więcej wiem, jak temu zaradzić. Wiecie już, że was czas niebawem nadejdzie, lecz troska nie płynie ze strachu o waszą doczesność, lecz o wasz lud, który jak owce bez pasterza, tak on bez was może zbłądzić.
Przybysz wyciągnął z fałd swych szat mały lśniący przedmiot.
- Dlatego daję wam w pokorze ten cudowny pierścionek, który wieczne życie może zapewnić, tak byście przez wieki mogli baczenie mieć na państwo wasze i obywateli jego.
Po czym zniknął w oparach dymu, zostawiając po sobie magiczny pierścień. Cesarz wziął go w tajemnicy, a gdy czas nadszedł, wdział strój żebraczy, kijaszek wędrowcy i ruszył pomagać swym poddanym. Państwa rozpadały się, łączyły i rozpadały ponownie, ale wśród ludów C.K. wciąż krąży legenda o cysorzu, który w chwilach próby pojawia się wśród nich, by strzec sprawiedliwości.
Wiele jeszcze tego wieczoru opowieści o cysorzu opowiedział mi podstarzały aktor, a mi jakoś lekko na duszy zaczęło się robić, nadzieja zaczęła mi w głowie kiełkować. Taki władca nie dał by mi zawyżonej ceny za wywóz śmieci spod domu… A chciwym najemcom ukróciłby postronka.
- Hej, a za to kto zapłaci? On chyba nie wróci.
Barmanka wyrwała mnie z półsnu. Przede mną stał rządek opróżnionych kufli, które dziadek rezolutnie zamawiał. Zniknął jakiś czas temu w świątyni dumania.
- Nie. Jeszcze się pojawi – powiedziałem z przekonaniem.
Poruszony do głębi macałem kieszenie w poszukiwaniu portfela.
autor: G.S.
KARTKA Z DZIENNIKA, CZYLI NAJJAŚNIEJSZEGO PANA PODRÓŻ W CZASIE.
Wiedeń, 8lutego 1915 r.
Zadziwiający sen przyszedł na mnie zeszłej nocy. Przypuszczalnie pod wpływem wczorajszej rozmowy z hr. Paarem o poważnej sytuacji w Galicji i o oblężonym Przemyślu - dość, że przyśniło mi się, że znalazłem się znów w mym drogim Krakowie, ale - za sto lat.
Do XXI-wiecznego Krakowa przybywam, naturalnie, koleją. Wysiadam na dworcu, sam, incognito. Dworzec nowy, podziemny - pełno podróżnych! Wszyscy ubrani niemożliwie jaskrawo, kobiety poobnażane, jakby zaraz wskakiwać miały do kąpieli w Karlsbadzie - obyczaje się zmieniły.
Po wyjściu na powierzchnię - widok znajomy. Oto stary budynek dworca, oto teatr miejski i plantacje, widać wieże kościołów i resztki antycznych obwałowań. Obok dworca wyrosła, co prawda, jakaś zwalista, dziwaczna bryła (Jugendstil już wyszedł z mody - nic straconego). Wielki napis obwieszczał (dobrze, że znam trochę polski): „Galeria Krakowska”. Ucieszyło mnie takie zamiłowanie Galicjan do sztuki, każące im budować tak wielkie galerie! Cóż, gdy w XXI w. i to jest inne - galeriami zwą tu domy towarowe. Acz przyznać trzeba, że i do tych „galerii”, jak zauważyłem, ludzie przychodzą w wolne chwile, by patrzeć w zadziwieniu i odkrywać inne światy. Może więc nazwa nie jest taka bezpodstawna.
Najkrótszą droga do Rynku jest ul. Floriańska. Tam zwróciła moją uwagę pewna młoda dama. Że ubrana nieskromnie, to nic dziwnego w XXI w. (że też nie marznie?), dziwne natomiast było, że trzymała różową parasolkę, i to mimo ładnej pogody. Sama zaczęła ze mną rozmowę, pytając na wstępie, czy może nie chciałbym się zabawić - odpowiedziałem, że chętnie, ale do mych urodzin jeszcze pół roku (jak wiadomo, tylko wtedy palę cygaro), a polować już nie bardzo mogę ze z względu na wzrok.
Rozbawiła ją bardzo moja odpowiedź. Korzystając z okazji, zapytałem o automobile. Jest ich ogromna ilość - smród i hałas nie do opisania, z rzadka tylko widać gdzieś uczciwego fiakra. Młoda dama zaczęła mówić, używając dziwnych wyrażeń, jak „smog” i „ekologia”. Wydaje się, że po stu latach do ludzkości zaczyna w końcu docierać, że fiakier to środek transportu dużo godniejszy i właściwszy od przeklętych automobili - zwłaszcza, że nie robi „smogu” i jest bardziej „ekologiczny”, cokolwiek to znaczy. To samo (tylko normalnymi słowy) powiedziałem swego czasu memu kuzynowi, Edwardowi brytyjskiemu, którego te piekielne machiny nadzwyczaj fascynowały.
Rynek krakowski pięknie teraz wygląda, lepiej chyba nawet od Karlsplatzu. Ludzi na nim pełno z całego świata, jakby właśnie odbywała się wystawa światowa! Szczególnie dużo jest studentów - objaśniono mi, że Kraków w XXI w., jak i za moich czasów, to wielki ośrodek akademicki. Żaków podobno tu teraz tyle, ile sto lat wcześniej wszystkich mieszkańców! Ucieszyłem się, że młodzież tak się garnie do nauki i że poziom kraju tak się podniósł, iż tak licznych mu trzeba wykwalifikowanych kadr. Mój rozmówca jednak (sam student) stwierdził, że właściwie trudno o pracę, nawet absolwentom uniwersytetu, i wielu wyjeżdżać musi za chlebem w obce strony. No proszę - a mówiono, że to rzecz i wina moich władz, że z Galicji ludzie ciągnąć muszą aż za ocean...
Następnie skierowałem swe (jak wiadomo, sprężyste) kroki w stronę magistratu. Zastanawiał mnie zupełny brak mundurów w mieście - że wojska nie widać, to pewnie zasługa pokoju i faktu, że Kraków dawno już chyba nie jest twierdzą (a szkoda, bo rewersy demolacyjne dobrze by gdzieniegdzie tutejszej architekturze zrobiły). Że studenci i uczniowie mundurów nie noszą, tego dowiedziałem się, rozmawiając na rynku z wyżej wspomnianym żakiem - dyscyplina i godność, znać, upada; widać nawet na ulicach mężczyzn nie tylko bez lasek, ale i bez kapeluszy! Co jednak z urzędnikami? Czyżby technika pozwoliła tak dalece ograniczyć ich liczebność, że stali się gatunkiem rzadkim niczym te rajskie ptaki, które swego czasu przywiózł mi perski szach?
Nic podobnego. Dotarłszy do starego magistratu, dowiedziałem się, że obecnie jest to tylko jeden z jego wielu budynków, że rozmaite wydziały rozsiane są po całym mieście, i że rozmaitych innych urzędów jest jeszcze wielka mnogość. Nic się więc przez stulecie w Krakowie nie zmieniło, poza tym, że urzędnicy nie noszą już uniformów - podyktowane to chyba tym, że wówczas miasto musiałoby wyglądać jak wielkie koszary.
Jeden z tychże urzędników, widząc, że żywo interesują mnie sprawy sprzed stu lat i że mam o nich dobre pojęcie (nie poznał mnie, swojego Najjaśniejszego Pana!), polecił mi wrócić na Rynek, tam bowiem, w jednej z kamienic południowej pierzei, miała się mieścić wielce ciekawa wystawa na interesujące mnie tematy. Nie mam oczywiście czasu na takie błahostki, jak muzea, teatry, wernisaże i Bóg wie, co tam jeszcze, że jednak cena była nad wyraz korzystna - postanowiłem skorzystać.
Cóż - gdy wtedy właśnie obudził mnie Ketterl. Dochodziła czwarta, do świtu pozostały tylko trzy godziny. Czas najwyższy ruszać do pracy!
autor: Krzysztof B.
Smaki Galicji: barszcz codzienny
Nie mam jedynego przepisu na barszcz. Dlatego, że czasem ma się ochotę na bardziej kwaśny, czasem na żeberkach, czasem z fasolą, chociaż prawie nigdy nie mam ochoty na barszcz z kapustą. Dla mnie podstawową kwestią jest przeważnie uprzednio ugotowany wywar.
Może on być warzywny (marchew, cebula w łupinkach, pasternak, pietruszka, seler, jeżeli jest to również kalarepa lub włoska kapusta, podkreślająca smak wywarów), który należy posolić, dodać kilka ziaren czarnego pieprzu, a pod koniec wrzucić listek laurowy. Nie mniej smaczny jest barszcz zrobiony na wywarze z grzybów (suszone grzyby trzeba namoczyć, przemyć, zagotować z marchewką i cebulą, następnie doprawić do smaku).
I, oczywiście, również będzie bardzo smaczny wywar na wędzonych żeberkach albo kawałku mięsa z kością (z marchewką, cebulą w łupinkach, selerem, pasternakiem albo korzeniem pietruszki oraz przyprawami). W przypadku, gdy gotujemy mięsny wywar, nie zapominajmy o zbieraniu szumowiny po pierwszym zagotowaniu.
Bardzo smaczny będzie także barszcz na wywarze z fasoli. Aby fasola szybciej się ugotowała, warto ją na noc zamoczyć w zimnej wodzie. Fasolę należy gotować w lekko osolonej wodzie z marchewką, cebulą w łupinkach i korzeniem pietruszki.
Bez względu na to, który z wywarów wybierzemy jako bazę, po jego ugotowaniu wyciągamy z garnka niepotrzebne rzeczy. Ugotowane warzywa wyrzucamy, grzyby zostawiamy, żeby potem wrzucić je do barszczu, mięso obieramy z kości. Oczywiście barszcz można także ugotować na zwykłej wodzie. Buraczki należy ugotować osobno, w skórce. Można je także upiec. W tym celu trzeba je dobrze umyć, zawinąć w folię aluminiową i piec w niezbyt wysokiej temperaturze około 1,5 – 2 godziny. Pieczone buraczki mają bardziej nasycony smak. Po wystudzeniu obieramy je i ścieramy na grubej tarce.
Obieramy kilka ziemniaków, marchew i cebulę.
Marchew ścieramy na grubej tarce i wrzucamy do garnka z wywarem (lub wodą). Doprowadzamy do wrzenia i dodajemy pocięte w niezbyt duże kostki ziemniaki.
W czasie gdy marchewka i ziemniaki się gotują, przygotowujemy zaprawę buraczaną. Tutaj także jest kilka wariantów. Na przykład, do startych buraczków można dodać kwas buraczany. Delikatnie dosłodzić (barszcz lubi cukier). Można dodać śmietany, łyżeczkę mąki i wycisnąć kilka ząbków czosnku. Ze śmietaną i czosnkiem barszcz będzie bardziej kremowy i aromatyczny. Można do buraczków dodać przetarte świeże pomidory albo przecier pomidorowy. W danym wypadku radzę buraczki z pomidorami poddusić trochę na patelni. Można także zakwasić buraczki sokiem z cytryny (nie zapominajmy o cukrze!).
Kiedy widzimy, że ziemniaki już dochodzą, dodajemy do garnka zaprawę buraczaną razem z resztą składników. Gęstość regulujemy wodą. Doprowadzamy wszystko razem do wrzenia, gotujemy przez kilka minut, nakrywamy pokrywką i wyłączmy podgrzewanie.
Jeżeli chodzi o przyprawy, ja dodaję je jednocześnie z zaprawą buraczkową. Zazwyczaj używam soli do smaku, czarnego pieprzu i listka laurowego na samym końcu. W zależności od nastroju używam także imbiru w proszku, mielonej słodkiej papryki, nieraz kminku i/albo majeranku. Jeżeli ktoś lubi ostre smaki, można dodać zamiast słodkiej papryki – ostrej a także mielonego pieprzu. Na koniec dodam tylko, że najsmaczniejszy jest barszcz wczorajszy,... dlatego zapraszam na jutro :)
Przepis nadesłała pani Stefa Krynytska
Smaki Galicji: barszcz wigilijny z zakwasem
Kwas buraczany
W naszej rodzinie bożonarodzeniowy barszcz zawsze był gotowany na kwasie buraczanym. Dlatego każda porządna gospodyni, po przeczytaniu tego przepisu, będzie musiała iść do kuchni i zrobić co następuje:
1. Bardzo dokładnie umyć szczoteczką buraki. 2. Pokroić je na ćwiartki. 3. Włożyć je do słoika. 4. Zalać ciepłą wodą. 5. Dodać 1-2 łyżeczki cukru. 6. Dorzucić kawałek czarnego chleba (prawdziwego – bez konserwantów i polepszaczy). 7. Nakryć gazą i odstawić w ciepłe miejsce na około tydzień.
Poza burakami warto także dodać pokrojony w talarki seler oraz kilka ząbków czosnku. Za kilka dni na wierzchu pojawi się pianka – tak ma być, proszę się nie przejmować. Za około tydzień, być może trochę dłużej (w zależności od temperatury pomieszczenia) otrzymamy kwas buraczany, którym zakwasimy barszczyk z uszkami. Kwas trzeba odcedzić ze słoika do butelki, zamknąć. Można go przechowywać w lodówce przez miesiąc a nawet dłużej.
Barszcz bożonarodzeniowy
Taki barszcz można jeść najprawdopodobniej dwa razy w roku: pierwszy raz na Wigilię i drugi na Święto Jordanu (Chrztu Pańskiego). Dojadanie ze śmietaną w dniach świątecznych i poświątecznych – nie liczy się. Tyle lat żyję na świecie, a dalej nie wiem czy bardziej lubię barszcz czy uszka. W naszej rodzinie, podczas Wigilii, zawsze była „walka” o ilość uszek w barszczu. Ale przystąpmy do dzieła:
garść suszonych borowików
2-3 duże buraczki
3-4 ziemniaki
1 duża marchewka
2 cebule
pół selera
korzeń pietruszki
korzeń pasternaku
suszona zielenina
ziarna czarnego pieprzu
listek laurowy
sól do smaku
Wieczorem należy umyć i namoczyć grzyby. Rano odlać wodę, jeszcze raz przepłukać grzyby, wrzucić do dużego garnka, posolić i ugotować.
Kiedy zakipią – zdjąć pianę. Po około 40 minutach gotowania grzybów, dorzucić cebulę w łupinkach, korzeń pietruszki, seler...
Kiedy wszystko się ugotuje, należy wyłożyć warzywa wraz z grzybami na talerz i odlać jeszcze trochę grzybowego wywaru. Cebulę, seler i pietruszkę, wyrzucić.
Buraczki ugotować osobno, w skórkach. Można je także upiec w piekarniku. W tym celu trzeba je dokładnie umyć, zawinąć w folię aluminiową i piec w niezbyt wysokiej temperaturze 1,5 – 2 godziny.
Buraczki ostudzić, obrać i zetrzeć na grubej tarce.
Marchew zetrzeć na grubej tarce i trochę podsmażyć na oleju.
Do wywaru z grzybów wrzucamy: podsmażoną marchew, po 5 minutach ziemniaki w ćwiartkach. Dodajemy trochę soli i kilka ziaren czarnego pieprzu. W tym czasie drobno siekamy jedną cebulę i smażymy ją na oleju do zeszklenia. Następnie dodajemy łyżeczkę cukru. Kiedy ziemniaki będą prawie ugotowane – wrzucamy starte buraczki i zasmażoną cebulkę. Po zagotowaniu, dolewamy przecedzonego kwasu buraczanego i dodajemy przynajmniej 1 łyżeczkę cukru.
Ile kwasu kwasu należy dodać? Do smaku. Wywar ma być niezbyt kwaśny, ale ten smak ma być wyraźnie odczuwalny na tle ogólnej kompozycji. Warto również pamiętać, że po jakimś czasie ziemniaki wchłoną część kwaśności i smak zupy zrobi się trochę bardziej „miękki”. Zaraz po zagotowaniu - wrzucamy listek laurowy, suszoną albo świeżą zieleninę, przykrywamy pokrywką i wyłączamy podgrzewanie. Wywar powinien postać w spokoju przynajmniej kilka godzin.
W tym czasie można ulepić uszka.
Grzyby, które gotowały się w barszczu, mielimy albo drobno siekamy, dodajemy smażonej cebuli, solimy i pieprzymy. Robimy malutkie pierożki i zalepiamy je. Następnie gotujemy w dobrze osolonej wodzie i podsuszamy na stolnicy. Układamy w misce i skrapiamy trochę olejem, żeby się nie zlepiły.
Przepis nadesłała pani Stefa Krynytska
Smaki Galicji: pierogi leniwe i paluszki
Paluszki – to jeszcze jedna potrawa z mojego dzieciństwa. Gdy nie było czasu na robienie pierogów, babcia i mama przyrządzały leniwe pierogi albo paluszki.
U nas w rodzinie pojęcie „leniwe pierogi” oznaczało, że ciasto zawiera ser, a paluszki – bez sera, ale za to z gotowanymi ziemniakami. Obydwie potrawy robione są „na oko” i na podobnych zasadach. Trzeba mieć odpowiednią ilość sera albo piure z ziemniaków, kilka jajek, mąkę i sól. Jeżeli ktoś lubi, można dodać pieprz i kminek. Celem nadania ciastu koloru i dla podniesienia jego „atrakcyjności” można dodać pastę z mielonego koperku lub pietruszki. Wtedy paluszki będą zielone i o smaku zieleniny.
Zarabiamy ciasto. Powinno ono być dość twarde i łatwo odchodzić od rąk. Z ciasta formujemy wałek, który następnie delikatnie spłaszczamy i kroimy ostrym nożem na ukos (w romby). Każdy kawałek lekko otaczamy w mące.
Tak przygotowane kawałki wrzucamy na osolony wrzątek. Po ich wypłynięciu na powierzchnię wrzątku, gotujemy jeszcze przez 2 minuty. Smakują szczególnie polane cebulką zasmażoną na oleju albo ze śmietaną. Przepis nadesłała pani Stefa Kryntyska
Smaki Galicji: piernik wojenny
Przepis na ciasto lipowe pochodzi ze Lwowa. Przepis nie jest oryginalny/od babci, pochodzi z książki kucharskiej Marii Disslowej, wydanej w latach 30-stych.
1/4 kg cukru
1/2 kg mąki
2 jaja
1 łyżeczka sody
1/4 l herbaty z kwiatu lipowego, korzenie,
8 kostek cukru
proszek do pieczenia
Zrumienić kostki cukru na kolor brunatny, zalać herbatą lipową, zagotować. Ubić jaja z 1/4 kg cukru. Wsypać mąkę do miski, wlewać po trochu zrumieniony płyn, mieszając łyżką, dodać cynamom, goździki i skórkę cytrynową, wlać ubite z cukrem jaja, wsypać proszek do pieczenia, dobrze wyrobić, przełożyć na wysmarowaną blachę; ciasto powinno być gęste jak na kluski francuskie; wygładzić łyżką maczaną w wodzie, pokłuć widelcem, wstawić do piekarnika, nie ruszać, aż się upiecze.
Wykonanie zostało przez mnie mocno uproszczone, żadnego wygładzania łyżką, kłucia widelcem. Wyszedł wyśmienity, warto było odkurzyć ten przepis.
Przepis nadesłała pani Katarzyna Ł. z Galicji Wschodniej
Smaki Galicji: cwibak
Cwibak w naszejrodzinie zawsze był obowiązkowym ciastem na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ktoś lubił miodownik, ktoś inny roladę z makiem, a dla mnie najlepszy jest chrupiący, pyszny cwibak. Można go długo przechowywać w spiżarni i dzięki temu staje się jeszcze smaczniejszy. Lubię zjeść sobie kawałeczek cwibaka z kubkiem mleka albo herbaty.
Na długą keksówkę potrzebujemy:
6 jajek,
szklankę cukru
1,5 – 2 szklanki mąki pszennej,
łyżeczkę proszku do pieczenia, cukier waniliowy,
0,5 szklanki rodzynek zaparzonych wrzątkiem i osuszonych,
0,5 szklanki suszonych moreli zaparzonych wrzątkiem, osuszonych i pokrojonych w kostkę,
0,5 szklanki włoskich orzechów, grubo posiekanych, uprażonych na suchej patelni,
0,5 szklanki kandyzowanej skórki z pomarańczy,
0,5 szklanki suszonej żurawiny albo wiśni,
skórka otarta z cytryny.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180‑200 *C.
Foremkę wyłożyć natłuszczonym papierem. W głębokiej misce ubić mikserem białka dosypując po trochu cukru. Do sztywnej piany wmiksowywać po 1 żółtku a później stopniowo mąkę, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, skórkę cytrynową...
Mąki należy dodać taką ilość, żeby ciasto nabrało gęstości śmietany.
Wszystkie dodatki (bakalie …) przed dodaniem do ciasta oprószyć mąką, żeby nie opadły na spód ciasta.
Delikatnie wmieszać wszystkie dodatki do ciasta za pomocą łyżki i wlać je do foremki wyłożonej papierem do pieczenia. Piec około 45 minut, sprawdzając suchym drewnianym patyczkiem.
Następnie wyłączyć piekarnik, pozostawić w nim ciasto jeszcze na 5 minut. Następnie wyjąć z foremki i położyć na bok do wystygnięcia.
Po wystygnięciu posypać cukrem pudrem.
Na drugi dzień kroimy.
Żeby cwibak był prawdziwym cwibakiem (Zwieback – pieczony 2 razy), trzeba go pokroić i podsuszyć w podgrzanym piekarniku jak sucharki, ale nie jest to konieczne (pozostawiam to wyborowi smakoszy).
Przepis nadesłała pani Stefa Krynytska.
Smaki Galicji: proziaki z jarmużem
Wyjazdy do Rodziny w Przemyślu nieodmiennie, od czasów najmłodszych, kojarzą mi się ze smakiem proziaków. Smakiem specyficznie sodowym, lekko szczypiącym w język. Proziaki przygotowywała moja Babcia, potem Ciocia, a ja lubuję się w nich wciąż tak samo. Przejęłam więc sprawę w swoje ręce :). Przygotowuję proziaki w wersji bardzo podstawowej, tj. proziak + masło + odrobina soli, ale lubię sobie też poszaleć i łączyć je z innymi produktami w sposób nieco mniej konwencjonalny. Dlatego przesyłam Państwu przepis na:
PROZIAKI Z BURAKAMI, JARMUŻEM I SEREM
Składniki (ok. 12 proziaków):
1⁄2 kg mąki
1 łyżka sody oczyszczonej (jeśli chcesz, żeby proziaki miały łagodniejszy smak, dodaj 1/2 łyżki)
400 g kefiru
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
spora szczypta zmielonego chilli (opcjonalnie)
1 gałązka posiekanej mięty (opcjonalnie)
Przygotowanie:
Wszystkie składniki mieszamy razem. Wyrabiamy na gładkie, jednolite ciasto. Odrywamy kawałki ciasta wielkości piłeczki golfowej i formujemy podłużne placki, grubości ok. 1 cm. Pieczemy na suchej patelni po ok. 2-3 min. z każdej strony.
Składniki (na 2 osoby):
4 proziaki
4 łyżki pesto z jarmużu (przepis załączam poniżej)
4 ugotowane buraki
1 dłuży (lub 2 małe) ząbki czosnku
gałązka świeżej mięty (lub łyżeczka suszonej)
2 łyżki oliwy z oliwek
4 łyżki startego włoskiego sera Goliardo (może być też kozi)
świeżo zmielony pieprz
Przygotowanie:
Ugotowane buraki kroimy w plasterki. Czosnek i miętę drobno siekamy. Dodajemy do buraków i mieszamy, dodając 2 łyżki oliwy. Podsmażamy lekko na patelni, ale tylko na tyle żeby buraki się podgrzały.
Proziaki rozcinamy (ale nie do końca). Dolną część smarujemy jarmużowym pesto i układamy plasterki buraków. posypujemy startym serem i oprószamy świeżo zmielonym pieprzem.
PRZEPIS NA PESTO Z JARMUŻU
Składniki na pesto z jarmużu:
3 garście jarmużu
1 gałązka świeżej mięty (lub 1 łyżeczka suszonej)
kawałek chilli (ok. 0,5 cm)
1 łyżeczka musztardy
garść płatków migdałowych
sok wyciśnięty z 1⁄2 limonki
1⁄4 szklanki oliwy z oliwek
sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
Wszystkie składniki przekładamy do miski. Miksujemy na gładką masę. Przekładamy do miseczki.
Przepis nadesłała pani Kaja.
Smaki Galicji: placek babci Stefy
Placek ten nie jest czymś osobliwym czy odświętnym, ale właśnie takie ciasto piekło się w naszejrodzinie, kiedy mieliśmy ochotę na coś słodkiego. Szczególnie w zimie, kiedy nie było świeżych owoców, ale zostało jeszcze kilka skrzynek zimowych jabłek.
80 dkg mąki pszennej
1 kostka margaryny,
2 jaja,
1 szklanka cukru,
skórka otarta z 1 cytryny
cukier waniliowy, łyżeczka proszku do pieczenia, cynamon,
szklanka gęstej marmolady z agrestu,
kilka dużych, kwaśnych jabłek,
1-2 łyżki śmietany.
Rozetrzeć mąkę z maargaryną, w taki sposób, by utworzyła się jednolita mieszanina. Dodać cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia, żółtka, startą skórkę cytryny oraz 1‑2 łyżki śmietany i zagnieść twardawe ciasto. Wstawić do lodówki na około 2 godziny. W tym czasie umyć i obrać kilka jabłek (dużych 5-6 sztuk) Wyłożyć formę do placka papierem do pieczenia, cienko posmarować olejem albo margaryną, posypać mąką, zetrzeć na grubej tarce 2/3 ciasta. Na cieście rozsmarować szklankę marmolady (można więcej – w zależności od rozmiaru formy do ciasta). Na wierzch zetrzeć na grubej tarce jabłka i posypać cynamonem. Ubić białka z kilkoma łyżkami cukru i wyłożyć na jabłka. Na wierzch zetrzeć resztę ciasta. Piec w temperaturze 130-150 *C przez 30-40 minut.
Przepis nadesłała pani Stefa Krynytska
Smaki Galicji: bigos cioci Tity
Przepisem na „czerwony” bigos podzieliła się ze mną dziesięć lat temu ciocia – Ewa Makuta-Sommerfeld (przesyłam skan przepisu, skreślonego ręką cioci). Ciocia jest nestorką rodu i nieskończoną krynicą wiedzy oraz rodzinnych anegdotek. Otrzymała go bezpośrednio od tytułowej Tity-Wiktorii, czyli swojej ciotki, a zarazem siostry mojego dziadka Antoniego, która zmarła jeszcze przed moimi narodzinami. Ja także mam nadzieję przekazać przepis dalej. Mój pradziadek (a dziadek Ewy) był kolejarzem, przyjechał do Krakowa z Biadolin k. Tarnowa, a jego przodkowie pochodzą podobno z Czech. Tak (ustami cioci) mówi rodzinna legenda. Od kilku lat spisujemy zapamiętane przez ciocię opowieści, a ja ciągle przymierzam się do realizacji archiwalnej kwerendy. Mój dziadek i jego siostra Zofia (mama Ewy) jako jedyni z dziesięciorga rodzeństwa zostali na miejscu, pozostali rozjechali się po Polsce i świecie. Przepis na „czerwony” bigos funkcjonuje w rodzinie od pokoleń. Tradycyjnie każda osoba, która go przejmuje dodaje kolejną autorską modyfikację, stąd obecność zupełnie współczesnych składników.
Przepis nadesłała pani Olga.
Smaki Galicji: mamałyga z trembulką
Mamałygę zawsze gotowała gosposia, w czasach kiedy moja babcia i jej siostra były jeszcze młodymi Lwowiankami. Mamałyga czyli ugotowana na gęsto kasza kukurydziana. Tyle…aż tyle. Trembulka – świeży szczypiorek. Dzisiaj, gdy poprosi się Panią z warzywniaka o trembulkę, można usłyszeć jedynie grzeczne „Nie ma”. Szczypiorek oczywiście jest wszędzie, trembulki już nie ma prawie zupełnie, a ona szczególnie smakuje Galicją.
Mamałyga to potrawa nazywana czasem „słońcem na talerzu”, według własnej imaginacji można spożywać na słodko jako leguminę, albo zostawić w garnku do wystygnięcia (stężenia), pociąć w kostkę i dorzucić do rosołu w zastępstwie makaronu (tak do dzisiaj robi moja babcia).
Przepis:
szklanka drobnej kaszy kukurydzianej
dwie szklanki wody
łyżka masła
szczypta soli
świeża trembulka (w sklepie lepiej poprosić o „szczypiorek”)
Wodę zagotować w garnku z łyżką masła, dodać soli do smaku. Do wrzącej wody powoli wsypać kaszę kukurydzianą, stale mieszając. Gotować około 20 min na bardzo małym ogniu, mieszać co jakiś czas. Mamałyga jest gotowa, kiedy stanie się sztywna i tylko nieliczne pęcherzyki powietrza będą starały się przedostać przez gęstą kaszę. Podawać ze śmietaną i serem (dla smaku) oraz koniecznie posypać trembulką.
Przepis nadesłała pani Katarzyna
Smaki Galicji: lwowski pieróg gryczany
Lwowski Pieróg Gryczany
Ciasto:
250 g mąki pszennej
130 g masła
20 g smalcu
3 łyżki wody
1 łyżeczka soli
Do posmarowania wierzchu ciasta: 1 żółtko i odrobina mleka
Nadzienie:
4 średnie ziemniaki
200 g kaszy gryczanej prażonej
2 duże cebule
1 łyżka oliwy słonecznikowej
1 łyżka masła
1/2 szklanki mleka
1 liść laurowy, sól, pieprz
kwaśna śmietana
Mąkę przesiać do miski, następnie dodać pokrojone masło, smalec oraz sól. Wszystkie składniki dobrze rozetrzeć w ręce. Po dodaniu wody wyrobić ciasto na gładką kulę i włożyć do lodówki na godzinę. Formę (średnica 20 cm, a wysokość 10 cm) posmarować masłem.
Nagrzać piekarnik do 180 stopni. Dzielimy ciasto na dwie części. Większą część schłodzonego ciasta rozwałkowujemy, kolejno wkładamy do formy na spód oraz boki. Nakłuwamy widelcem. Na sam spód kładziemy folie z fasolą (dla obciążenia). Pieczemy 15 min. Po czasie wyjąć folie i pozostawić na przyrumienienie ciasta na następne 15 min. Resztę ciasta rozwałkować na przykrycie nadzienia.
Obrane ziemniaki gotować wraz z liściem laurowym ok. 15-20 min. Na patelni z dodatkiem oliwy usmażyć pokrojoną w kostkę cebulę. Odcedzić ziemniaki, dodać masło i mleko, zgnieść ziemniaki na piure. Następnie do tego dodać odgotowaną kaszę gryczaną wraz z cebulą, wymieszać składniki, doprawić solą i pieprzem.
Nadzienie wyłożyć na podpieczony spód, położyć na wierzch drugą część ciasta, uformować oraz posmarować ciasto żółtkiem zmieszanym z mlekiem. Piec w 180 stopniach przez 25-30 min. Pieróg podawać z kwaśną śmietaną.
Przepis nadesłała p. Julia - dziękujemy!